wbrew wszystkiemu ja nadal wierzę w tego kropka co mam na pokładzie... fakt wdarło się dużo więcej realizmu ale cały czas wierzę!!! wypłakałam się wczoraj ile mogłam i trzeba się ogarnąć bo i tak już nie mam na nic wpływu...
fakt podchodząc do invitro brałam pod uwagę, że nie będzie zarodków, transferu itp ale utrata 4 zarodków na raz była cholernie bolesnym ciosem w twarz... nie sądziłam, że aż tak będę to wszystko przeżywać bo cały czas sobie powtarzałam, że jak się nie uda to przecież już mam swój największy skarb ale niestety to tak nie działa... cierpi się wtedy pewnie inaczej ale to nie znaczy że mniej...
26+6
Chyba brzusio na razie przystopował ze wzrostem. Każdy jak się dowiaduje że to już rozpoczął się 7 miesiąc, krzyczy: NIEMOŻLIWE!
A jednak! Też czasem myślę "niemożliwe" a potem czuję to lekkie kopnięcie i się uśmiecham, bo to znaczy że jednak MOŻLIWE.
Zdecydowanie potwierdzam że Maks budzi się razem ze mną, w połowie dnia lubi sobie poszaleć- tak żeby odciągnąć moje myśli od pracy ale mogę się założyć że jego ulubiona pora to ta po kolacji, kiedy kładę się na kanapie. Wtedy potrafi stukać i pukać, kręcić się i łaskotać od środka. Na prawdę ciało ludzkie jest niesamowite.
Dzisiaj chyba popadam w zachwyt nad trywialnymi rzeczami!
"Cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest" - jak to kiedyś niezbyt ambitna piosenka mówiła 
Trochę statystyki:
- wg BBF 32% ciąży
- 90 dni od ostatniej @
- 190 dni do porodu wg OM
- 12t6d
Jutro zaczynamy II trymestr 
Niestety doktorek znowu odwołał wizytę. Chyba stało się coś poważnego, bo już 2 tydzień wszystko odwołuje. Mam nadzieję, że nic tragicznego. Proponowali nam nowy termin na 26 lipca, ale boję się, że znowu nam odwołają, a mamy w planach Sztukmistrzów w Lublinie i już ostatecznie umówiłam się na 30 lipca do tego doktora, który nam robi usg. To nie takie złe rozwiązanie, bo to będzie 2 tygodnie po ostatnim usg prenatalnym, a prawie bezpośrednio przed naszym urlopowym wyjazdem poza Wawę, wiec mam nadzieję, że do tego czasu nie zwariuję bez badania kontrolnego, a Mały Ludek sobie w środku ładnie rośnie.
Tak średnio co dwie godziny pytam męża (tak wiem, jestem nudna i monotematyczna), czy jest pewien, że Ludek tam w brzuchu u mnie sobie żyje, a mąż odpowiada, że tak, ż jest wszystko ok. Ale ostatnio czasami pytałam, czy "ona tam jest" i zakazał mi tak mówić "ona", bo powiedział, że jeszcze nie wiadomo, czy na pewno dziewczynka, a jak się okaże chłopcem, to będzie zniewieściały
No to zostaje Mały Ludek 
U mojej fryzjerki zwolnił się termin i umówiłam się na dzisiaj na ścięcie i farbę. Farbuję włosy głównie dlatego, że niestety, ale na czubku głowy mam od paru dobrych lat wyraźnie siwe pasemka. Ostatnie farbowanie miałam w kwietniu, więc sobie można wyobrazić jak teraz wyglądam. Pół głowy ciemny blond, pół głowy rudy blond 
Pani w rejestracji powiedziała mi, że dziewczyny mają farby bez amoniaku i że moja pani na pewno coś wymyśli skoro jestem w ciąży. Trochę się martwię czy mogę, tym bardziej, że II trymestr formalnie dopiero od jutra, ale też czytałam wiele artykułów, że nie powinno zaszkodzić Ludkowi. Z drugiej strony mogę chodzić nawet łysa byle by Ludek był zdrowy. Mam jeszcze parę godzin do zastanowienia...
~~~~~~
Na prawdę nie rozumiem dlaczego los jest taki okrutny. Daje tyle radości, żeby za chwilę wręcz rzucić nas na kolana. To jest strasznie dołujące.
Mój mąż mówi, że my tutaj na OF i BBF to nie jesteśmy reprezentatywne, bo tu trafiają raczej wyjątki z problemami. Takie normalne dziewczyny bez problemów z zajściem w ciążę tu nie zaglądają, a zdecydowanie częściej w życiu jest happy end.
Jasne, ale z drugiej strony ci bezproblemowi ludzie nie mają pojęcia nie tylko co to znaczy długie staranie się o dziecko. Oni nawet nie mają pojęcia co to jest strach o donoszenie ciąży i codzienne myśli, czy to malutkie serduszko w środku bije.
Ale może właśnie dlatego tu trafiamy, bo jesteśmy wyjątkowe, silne, aby się wzajemnie wspierać, rozumieć i przekonywać, że dla każdej z nas w końcu zaświeci słońce ziemskiego macierzyństwa.
W końcu, dziś też niektórym z nas zapaliło się zielone światełko
i to jest ten promyk nadziei, który nas umacnia
8 dc
Awaria grypowa zażegnana, ale za to opryszczka kolonizuje twarz (co zapewne dodaje mi uroku), aktualnie spod nosa przeniosła się na usta, na szczęście pakiet antyopryszczkowy działa i tak szybko jak coś wychodzi tak samo szybko się zasusza. Oby tym razem oszczędziła powieki (tak, tam też potrafi wyjść). Opryszczka dopada mnie raz w roku, szczęśliwie atakuje tylko twarz, ale nie jest wybredna, w obrębie twarzy potrafi wyjść wszędzie i zawsze jest to zmasowany atak.. Oprócz tego mam złe wyniki cytologii, więc transfer w tym cyklu wcale nie jest taki pewny. Wszystko pod górkę.
Wiadomość wyedytowana przez autora 14 listopada 2019, 19:54
No to znowu tu jestem, znowu zaczynam od początku. To moje trzecie konto na OF. Poprzednie usuwałam impulsywnie pokonana przez frustrację i zniechęcenie. Dzisiaj co jakiś czas spotykam "stare" nicki z dawnych czasów, niektóre starają się o drugie albo i trzecie, inne na fiolecie opisują jak radzą sobie z macierzyństwem. To budujące.
Swoją drogą czy to nie dziwne, że ciąże "płodnych" nas dobijają a "niepłodnych" pocieszają? 
Dziś 5 DPO i 5 DPInseminacji
(wg OF 4)
Z jednej strony mam cichą nadzieję, że może akurat, może wreszcie, że czasem jednak zaskakuje nas szczęście. Potem przychodzi opamiętanie i myślę o 10% skuteczności IUI, o tym że jestem stara i że od ośmiu lat nie zobaczyłam pozytywnego testu, więc jakim cudem niby miałoby się teraz udać ot tak i to za pierwszym podejściem. A potem o tym jak bardzo będzie bolało rozczarowanie tym razem.
Pewnie jeszcze bardziej niż zazwyczaj bo to pierwsze IUI, bo stymulacja, bo dwa jaja, bo dupek - no przecież szanse są teraz większe. A jak są większe szanse, to jest większa nadzieja. A jak jest większa nadzieja, to porażka pierdolnie po głowie ze zdwojoną siłą 🙄
Może będę tego żałować, ale i tak to wyartykułuję: intuicja podpowiada mi, że albo wszytko albo nic.
Mieliśmy dwa jajca.
Albo się nie uda, albo będą bliźniaki
Tak czuję.
Wiadomość wyedytowana przez autora 11 listopada 2019, 17:53
Trochę się ogarnęłam. Ale każda kolejna porażka, każde kolejne utopione nadzieje oznaczają większe trudności w podniesieniu się. Nie wiem, skąd Starający się biorą siłę na kolejne dni.
Mężuś w środę powtórzył wszystkie badania z krwi, a w czwartek był na wizycie u innego niż dotychczas lekarza. Do tego dotychczasowego jest zarąbiście trudno się dostać. Zrobienie badań nie obyło się bez przygód. Robi je w tym samym laboratorium i zawsze ma wyniki na drugi dzień. Tym razem, już po zapłaceniu za badania i pobraniu krwi - Pani mówi, że wyniki będą za 3 dni. No ale jak, jak mają być na jutro, bo jutro wizyta? - No, coś im się popsuło i wiozą próbki do Warszawy. Wisieliśmy obydwoje na telefonach w laboratorium podstawowym i w Wawie, żeby wyniki na pewno były na czas wizyty u endokrynologa. Udało się, były. Nie od dziś wiadomo - klient upierdliwy = klient załatwiony.
cholesterol całkowity 172 jednostki (w normie i spadł, poprzednio był ponad normę)
reszta z badań cholesterolowych w normie
glukoza 100 jednostek (już tylko 1 punkt ponad normę, spadł, bo była powyżej normy: meta czy dieta?)
TSH 3,14 (0,27 - 4,2)
ft3 3,42 (2,00 - 4,40)
ft4 1,45 (0,93 - 1,71)
DHEA-S 868,1 (34,5 - 568,9, powyżej normy, wcześniej wychodziło w normie)
FSH 12,1 (0,9 - 11,9, znowu podwyższona, ona wahała się bardziej niż testosteron)
LH 6,9 (0,6 - 12,1)
prolaktyna 13,53 (3,46 - 19,40)
estradiol 14 (poniżej 44)
progesteron 0,30 (poniżej 0,20)
testosteron 689,97 (240,20 - 870,70) - on jest znowu w normie, w górnych granicach normy i taki powinien być.
Zaledwie 5 dni wcześniej, bo w sobotę testosteron leżał i kwiczał, bo był na poziomie 26% normy, teraz 79% normy. Ześwirować można. Mężuś w tym czasie, tj. we wtorek (czyli kilka godzin w zasadzie przed badaniem, bo wieczorem) przyjął wyższą dawkę mety. Zamiast 425 mg - 850 mg. Przecież to nie mogło tak wpłynąć na wynik testosteronu. Nic innego nie zmieniał. Wchodził do gabinetu endokrynologa z poczuciem "już nic nie kumam".
Endokrynolog: stwierdził, że Mężuś ma hipogonadyzm hipogonadotropowy. Zapytał, czy w dzieciństwie przechodził świnkę i różyczkę - Tak, przechodził, ale szybkie leczenie i brak powikłań było. - No ok, ale nawet jeśli ma ten hipogonadyzm, to prawdopodobnie jakieś lekkie uszkodzenie jąder nastąpił w wyniku tych chorób, bo sam hipogonadyzm powinien zmniejszyć ilość plemników do 2-3 milionów na mililitr (czyli około 8-12 milionów w całości), a u nas na samym początku było 1,5 miliona w całości. Mężowski hipogonadyzm wynika z nadwagi, zdaniem lekarza. Do tej pory było tak, że ok, powinien iść na dietę i zrzucić 2-3 kg. Teraz lekarz kazał mu zejść 12-14 kg. No i schodzić z głową 3 kg miesięcznie. Ruch fizyczny również ma być odpowiedni - joga tak, ćwiczenia siłowe tak, ale niekoniecznie bieganie, rowerek czy wioślarz (co robił w zeszłym roku). Endokrynolog wytłumaczył, że w przysadce mózgowej produkowane są LH i FSH. LH w jądrach wpływa na produkcję plemników, natomiast FSH w jądrach wpływa na produkcję testosteronu. Znaczenie ma tylko wolny testosteron, bo jest on blokowany przez składniki tłuszczu. Powiedział, żeby Mężuś się nie przejmować podwyższonym progesteronem, że czasem tak się ma i tyle. No i stwierdził, że Mężuś nie ma insulinooporności. Że owszem, jak jeszcze 5 lat będzie żył tak jak teraz (czyli nieodpowiedni ruch fizyczny, brak śniadań) to owszem będzie miał IO. Ale teraz jeszcze nie ma. Natomiast poziom glukozy ma podwyższony, bo przy jego poziomie wagi taki poziom glukozy musi być. Wahanie testosteronu między sobotą a środą wytłumaczył w ten sposób, że on cały czas się tak u Mężusia waha (odkąd był na zmniejszonej dawce kuracji hormonalnej), i że jakby codziennie przez tydzień robił, to byłyby takie skoki. Zmienił tylko dawkowanie leków w kuracji hormonalnej, choć dawki tych leków nie zależą od wagi, to powiedział, że te pół tabletki to jak dla kota. Ma przyjmować 1 tabletkę codziennie, ale w taki sposób: 5 tabletek na 7 dni, w ciągu 7 dni mają być 2 dni przerwy, ale nigdy pod rząd. Suple ma brać, tak jak bierze. Nawet pochwalił, że brał przy spadku hormonów suple, bo stwierdził, że wtedy, to co się buduje jest super jakości. Liczyliśmy na zmienione leczenie, w sensie leków. No, ale zobaczymy. Lekarz powiedział, że leki w nowej dawce na pewno przygotują go do ivf. Na pytanie dlaczego nie wyszło ivf stwierdził, że in vitro to nie jest sklep, że się płaci i wychodzi z dzieckiem, i że ma 30% skuteczność. Poza tym, pan doktor wypytał o moją sytuację - moją wagę, wzrost, problemy hormonalne, reakcję na stymulację i inne. Mężuś odpowiedział 177 cm, 56 kg wagi, owulacje były potwierdzona na monitoringach, cykle co do zasady regularne, usunięcie zrostów, w trakcie ivf 12 pęcherzyków, 10 dojrzałych. Słowa lekarza: "Zaraz 172 cm i 56 kg wagi? I ona normalnie miesiączkuje???? I są normalne owulacje???" - "Panie Doktorze, 177 cm wzrostu, tak, chodziła na monitoringi, owulacje potwierdzone, raz na bardzo rzadko się zdarzyło, żeby pęcherzyk nie pękł" - "To ona powinna ważyć 62 kg, czy ona nie jest anorektyczką, skąd taka waga?" - "Żona je wszystko, niczego sobie nie odmawia, w zasadzie nasze porcje są porównywalne, bo ja mam schudnąć, a ona utrzymuje wagę i je bardzo dużo, no i z rodziny takich szczupłych ludzi pochodzi, tylko ona dużo się rusza" - "O, a co uprawia?" - "WSZYSTKO. Aktualnie na tapecie jest joga i wspinaczka" - "Jogę to sobie może, chyba, że uprawia tą jogę z krzesełkami, wtedy jest wysiłkowa i może niekoniecznie (przypuszczenie redaktora: joga z krzesełkami to chyba joga Iyengara, z pomocami - czyli akurat ta praktykowana przeze mnie), ale ta wspinaczka, nie, nie, nie. Wie Pan, co ja pochodzę spod Zakopanego, coś wiem o tym sporcie, to nie jest wskazane dla Pana Żony, w młodości robiłem kurs skałkowy i taternicki. Może Pan podchodzić do ivf już teraz, ale Żona dopiero jak przytyje, czyli za około 3 miesiące, waga minimalna dla niej 60 kg, w przeciwnym wypadku będzie ronić".
Ciekawy artykuł o schorzeniu Mężusia:
http://www.przeglad-urologiczny.pl/artykul.php?2773
Od wtorku zwiększył dawkę metforminy do 850 mg na dobę (to jednak taki lek, że stopniowo trzeba zwiększać), w najbliższą sobotę idzie do diabetologa. Zobaczymy, co tam usłyszy.
7 tygodni Olusiowych🥰💕
Oluś jest coraz fajniejszym i rozumnym bobaskiem
uśmiecha się do nas i zaczyna gugac! Uwielbia jak się do niego mówi,uwielbia być na rączkach i się wtulac, jest ciekawski,reaguje na to co się dzieje na około;)
Po wizycie waży 4260g czyli równy kilogram więcej od porodu !
Po szczepieniu były łzy, ale cycus i drzemka po trochę ulzyly. Przespał ponad pół dnia,z pobudkami na płacz.. O 16 wstał z uśmiechem na buzce i od tej pory wszystko było ok
miał 37.9 ale zaraz mu spadło więc uf!
Tego samego dnia ja miałam wizytę i u gina. Lekarz od razu zapytał "Jak się ma Oluś?",jak ja się czuje i co słychać. Jak powiedziałam o szczepieniu to się zainteresował co teraz szczepią. Zapytał a raczej stwierdził,że nie dostałam się do przychodni i tłumaczył się dlaczego;p
Na usg i badaniu wszystko super,ćwiczyć mogę. Na usg podpytywal jaki jest Oluś i jak Pola w stosunku do brata. Na wizytę kolejna widzimy się za 2 miesiące. Gdy zapytał o tabletki to odmówiłam i podpytał czy będzie kolejne
odpowiedziałam,że pracuje nad tym to się śmiał że rozpoznaje teren😂 na koniec dałam prezent w podziękowaniu za opiekę to podziękował i podał mi rękę
oczywiście wracałam jeszcze później bo zapomniałam o dokument na becikowe 😂
Dzień wcześniej byłam z Olim na bioderkach,zabladzilam haha ale najważniejsze że wszystko jest dobrze,kontrola za 4 miesiące;)
Wczoraj cwiczylam z Chodą a wieczorem miałam wolne,dzieci usnely o 20 i miałam 2h dla siebie
oczywiscie szylam
dzisiaj już nie było tak kolorowo,bo Pola zasnęła po 20 a Olo siedział że mną:p zleciał dzień na sprzątaniu,spacerku itp.
Pomału myślę o porażkach świątecznych. Po wystawieniu uszytkow biorę się za ogarnianie po kolei szafek.
Jutro jedziemy rozwozić avon,ja wstapie do empiku i Rossmanna a na obiad mc Donald;D
Należy się!
Kropek 3.1.2 z 5 doby na pokładzie 🙏🩷🍀
Emocje i myśli - totalny brak wiary w sukces, odrobina nadzieji, smutek (bo przypomniał mi się poprzedni transfer), płaczliwość. Wszystko jest inaczej tym razem.
Dziś 5 dzień jak biore luteine.
Martwię się tym torbielem, bo co jakiś czas czuje jajniki i to dosyć mocno, mam nadzieję że to się wchłonie i nie rośnie, i że nie będę miała jakiś komplikacji. 😕
Dostalam od Doktora F Arthrotec na oczyszczenie, kazal przyjmowac dopochwowo, na opakowaniu zas jest napisane doustnie. Nie wiem teraz czy w aptece pomylono leki czy ten mozna przyjmowac dwojako.
Dzisiaj mega spadek formy, mam tego wszystkiego dosc. Nie chce badan, nie chce kolejnych wizyt u lekarzy, nie chce lekow, nie chce szpitala. Chce zeby wszyscy dali mi swiety spokoj.
2cs 3dc
No to pierwsze koty za płoty. Pierwszy cykl za nami. Niestety się nie udało, ale w zasadzie chyba tak trochę zbyt luźno do tego podeszliśmy. W tym cyklu już zapowiedziałam staremu, że co 2 dzień się przytulamy. Po chemii męża mieliśmy zakaz starań przez 6 miesięcy i nie mogłam się doczekać, aż ten czas minie, a tu bum już. Masakra jak czas szybko leci.
No, a ta moja kluska mała jak szybko rośnie, za szybko!😭 Tak żałuję, że nie mogę być z nią cały czas, ale przecież pieniążki znikąd nie przyjdą, a mamy dom na wykończeniu. I tak prawie 2 lata z nią byłam cały czas.
Mam poczucie, że nasza rodzina jest niepełna bez jeszcze jednego szkraba. Ale co ma być to będzie. Cieszę się z tego co mam, bo mam tak naprawdę praktycznie wszystko ❤
Wiadomość wyedytowana przez autora 14 listopada 2019, 10:49
32+5
Wizyta przełożona na 10 grudnia
także zostało 13 dni... a w między czasie wizyta u gastrologa - ciekawe jak tam moje jelita...
Ciekawa jestem jak duża już jest malutka, ostatnio rosła jak na drożdżach 
Niech ten czas leci, a ty maleństwo rośnij zdrowe i prawidłowo!!🤞🤞✊✊ Wierzę, że będzie dobrze!!! 🤞🤞✊✊
Badania męża zrobione. Teraz czekamy na wyniki - około 3-4 tygodnie. Już umówiłam nas do androloga na 11 grudnia i będziemy dalej działać.
Zastanawiam się nad sobą... W tym cyklu moja temperatura zwariowała, a program już przestawił owulację na dzień później, chociaż według mnie mogła być raczej dzień wcześniej niż pierwotnie zakładał. Tak czy inaczej mam 8 dzień fazy lutealnej, a od wczoraj lekko plamię (tzn. 3 razy zauważyłam niewielkie ślady krwi na papierze), a do tego temperatura jest nieznośnie niska i nie chce podskoczyć. Może warto by zbadać hormony? Póki co robiłam tylko tsh i prolaktynę. Tylko kto mi da na to skierowanie... Mój ginekolog, do którego i tak chodziłam prywatnie wysyła nas do invikty, a tam pewnie też za wszystko trzeba płacić, kolejny ginekolog na nfz nie daje nam złudzeń i chyba najchętniej wysłałby nas od razu na in vitro
ale o wnikliwym zbadaniu problemu nie ma mowy. Kasa, kasa, kasa...
Do końca roku zamierzam odpuścić ze staraniami. Muszę mieć czas, żeby odpocząć psychicznie i nie krążyć w kółko wokół tematu ciąży i dziecka. Plan jest taki, że nie mierzę temperatury, nie sprawdzam owulacji, nie siedzę na ovu. Znikam i żyję tak jak wtedy, gdy nie planowaliśmy dziecka. Skoro przez 10 cs się nie udało, to czemu miałoby się udać za 11 razem? I muszę przypomnieć sobie, co to spontaniczny seks 
Wiadomość wyedytowana przez autora 14 listopada 2019, 15:49
No i h.. bombki strzelił... właśnie dostałam telefon z kliniki i niestety nie mam już żadnego zarodka 😭😭😭😭😭 skoro 4 przestały się rozwijać to niby dlatego ten transferowany miałby akurat się rozwinąć prawidłowo... 😭😭😭 Straciłam właśnie nadzieję na cokolwiek
2 cs 4 dc
Nie mogę już mieszkać że swoją mamą pod jednym dachem. Po prostu nie mogę. Przypieprza się o wszystko. Dopiero usłyszałam, że nie takie swojemu dziecku kupiłam jogurty.. że za kwaśne.. Chociaż nigdy ich nie spróbowała!! Boże i tak jest ze wszystkim. Ja naprawdę jestem wdzięczna, że siedzi mi z dzieckiem kiedy jestem w pracy, ale prooszee..
"Daj dziecku jeść!"
"Idź z nią na pole!"
"Idź jej umyj ręce!"
"Jedźcie tu, jedźcie tam!"
"Zagrzej sobie jedzenie..wystarczy!..bo będzie za gorące!"
Ja rozumiem, matki żądza się swoimi prawami, ale są pewne granice. A ja wszystko co zrobię jest przez nią skrytykowane. Nawet mi ostatnio powiedziała żebym dziecka nie głodziła (tylko dlatego, że Alicja nie je tonami i wygląda jak normalnie wyglądające dziecko w jej wieku, a nie jak pulpet). Wiecie powiedzieć matce, że głodzi swoje dziecko..słabe. Nie mogę się doczekać tego dnia kiedy w końcu się wyprowadzimy..kurwa ile można.
Mężuś właśnie wyszedł od diabetologa. Miał iść jutro, ale zadzwonili do niego z rana, że bardzo przepraszają, ale jutro pani doktor nie przyjmuje, natomiast dziś przyjdzie wcześniej i czy mu pasuje godzina. No ba. Oczywiście, że tak. Lekarz wypytała go szczegółowo o aktualną dietę, poprzednią dietę, ilość i jakość ruchu fizycznego. Stwierdziła, że to świetnie, że zmienił styl życia, każdy z nas powinien to robić (czyli jeść śniadania!). Powiedziała, ze przy jego wadze to on ma prawidłowy poziom glukozy, nie ma stanu przedcukrzycowego, nie ma cukrzycy, nie ma insulinooporności. Jeśli na diecie nie będzie chudł 2-3 kg miesięcznie, to ma zrobić badanie krzywej cukrowej i insulinowej. W innym przypadku nie ma sensu robić tych badań. Przepisała mu jednak (przecież nic mu nie zdiagnozowała) metformax 500 mg. Powiedziała, żeby nie brał więcej, bo to taki lek, na który człowiek łatwo zyskuje odporność. Powiedziała, że jego praca (pracuje również po godzinach) powoduje u niego stres oksydacyjny i dlatego musi sobie poszukać jakiegoś wciągającego hobby, który zajmie mu myśli po pracy. Ponieważ wg lekarza śpi odpowiednio długo, to musi zadbać o odpoczynek psychiczny, żeby faktycznie odpocząć. Mężuś powiedział o wiosennej przygodzie z dietą Dąbrowskiej. Powiedziała, że ta dieta, jeśli jest zbyt długo stosowana lub zbyt często powtarzana powoduje u ludzi właśnie cukrzycę. I żeby raczej nie powtarzać tego eksperymentu.
Zapomniałabym: endokrynolog z wczoraj powiedział, że jedyną sensowną selekcją plemników podczas ivf jest dobry embriolog, najlepsi (jego zdaniem) są w Gamecie. Jeśli nie ma dobrych embriologów, to ich pracę zastępuje wiązanie hialurioranem, czyli pICSI. Nie ma sensu robić IMSI lub Fertile Chip lub MACS.
1dc
Od jutra stymulacja.
Doczekałam się w końcu.
Czuje ze pozwalam sobie mieć nadzieję na ciąże. Jest realna szansa ze jak wszystko pójdzie dobrze to przed świetami będę mieć swoje małe serduszko. Oczywiście jest równie wielka szansa ze coś się zjebie po drodze, ale na razie myśle pozytywnie, nie panikuje i nie myśle o tym jak wiele rzeczy może pójść nie tak. I jak ja to przeżyję jeżeli się jednak nie uda.
Zatem pozornie jestem spokojna ale powieka mi skacze co jest niezawodnym znakiem ze pod powierzchnią coś się dzieje.
Przed mężem gram odważną - nie chce żeby wiedział ile naprawdę mnie to kosztuje - wole żeby myślał ze jestem dzielna i dobrze to wszystko znoszę.
W pracy mam taki młyn ze lista zadań tylko się wydłuża. Najgorszy moment żeby brać wolne dni - szefowa kręciła nosem jak mówiłam ze potrzebuje pół dnia urlopu.
Ponadto- nie wiem co nam strzeliło do głowy - kupiliśmy nowy samochód - to już naprawdę był najwyższy czas bo jeździmy trupami - mąż 15 letnim a ja 19 letnim- ale po raz pierwszy w życiu obawiam się trochę ze stracimy płynność finansową. Na procedurę niby kasa jest zamrożona ale w połowie grudnia mamy zamówionego płytkarza i szpachlowanie regipsów - ciężko będzie ze wszystkim nastarczyć.
9:00
Mąż odstawił mnie do szpitala na IP, a sam pojechał do COI odebrać moje wyniki
10:00
Przyjęli mnie na IP - KTG i wywiad - największy mój błąd że nie wiem kiedy miałam szczepienie na żółtaczkę i że nie ma daty badań w książeczce ciąży, a pani pielęgniarka ma rubryczkę i musi uzupełnić 🙈
11:00
Siedzę na korytarzu oddziału ginekologii i czekam na wolne łóżko. Nikt się na razie mną nie zajmuje 🤷
12:00
Młody lekarz przeprowadził ze mną wywiad a teraz nadal czekam na korytarzu na łóżko...
13:00
Nadal okupuję krzesełko... Kręgosłup mi pęka no i głodna jestem. Dobrze, że mam paczkę ciasteczek Belvita i wodę 🤦
13.30
Dali mi obiad 😃 dieta cukrzycowa, więc średnio doprawiony ale na szczęście, tutaj jest dobry catering, więc nawet ok, a poza tym głodny człowiek zje prawie wszystko.
Wróciłam na krzesełko i czekam...
Aha, a mąż nadal czeka w COI na wizytę po odbiór moich wyników. Wizyta była na 10...
No to ja czekam tu, on tam, a miał być taki piękny wspólny weekend, bo on w pt pracuje w domu🤷
Wiadomość wyedytowana przez autora 15 listopada 2019, 13:37
Środa. 4.10.
Siedze sobie na kibelku w pracy, telefon wzięłam bo wiecie... dłuższe posiedzenie, a tu dzwoni jakiś nr. Odbieram: chirurgia szpitala. Myślę no niech to szlag, zaraz mi termin przesuną i zaś pół roku czekania w dupe jeża. A tu babka pyta: czy zabieg wtedy i wtedy, no ja potwierdzam ale atmosfera już ogólnie 💩 i to z dwóch powodów 🤣 wiadomo po co dzwonią.
A tu nagle ona proponuję: a mogłaby być Pani u nas za 2h? To zrobimy zabieg jutro.
Ja w pracy środek dnia. Cała szafa spraw. Mówię: Pani! czekaj za 2h to nie dam rady ale zapytaj o której mogę być najpóźniej, ja też spróbuję ogarnąć rzeczywistość i jesteśmy pod telefonem.
Burza. W pracy młyn, u mnie ciężko tak zostawić robotę. Cała szafa spraw, które trzeba przenieść na innych pracowników co oczywiście wiąże się z pełną akceptacją innych. No i na biurku leży moje świeżo wydrukowane podanie o umowę, która mi się kończy za 3 tyg. Leży i czeka na dobry moment. Idę, zanoszę i informuje kierownika, że idę na operacje dzisiaj więc mnie chwilę nie będzie. Chyba nie zdążył przyswoić tej informacji ale podanie rzuciłam i poszłam ogarniać robotę. No nic, niech się dzieje wola nieba.
No to jeszcze co w domu. Stary 2 zmiany, nie ma co z dzieckiem zrobić. Ale ogarnęłam. Zerwałam się z roboty, odebrałam młodą, spakowałam torbę do szpitala i odstawiłam dziecko do babci. Mąż ma jutro rano po zaprowadzeniu do żłobka lecieć na krew i skorzystać z 2 dni wolnego.
No i tym sposobem wylądowałam w szpitalu na pełnym spontanie.
Dzis jestem już w domu. Właściwie to byłam wczoraj.
Schemat był taki środa przyjęcie popołudniu-czwartek operacja-piątek wyjście.
Ogólnie ciężko mi. Bardzo mnie boli.
Przyszłam już laparoskopia i cięcie cesarskie ale teraz boli dramatycznie mocno.
Zgłosiłam to lekarzowi to uznał, że możliwe, że uszkodził się jakoś nerw i musi samo minąć.
Naprawdę ciężko mi chodzić i oddychac.
Dziwnie tak ogólnie. Brakuje mi jakiegoś organu. Mam nadzieję, że to było jednak dobre posunięcie. Że to pozwoli mi żyć jeszcze długo w zdrowiu, a także urodzić kolejne dziecko. No i ogólnie, że już będzie lepiej.
Mam wrażenie, że jakieś fatum nade mną ciąży. Już mam dość chorowania. No ale teraz to nastrój mam posępny pewnie przez ból.
Dieta lekkostrawna przez pierwsze dni/tygodnie jak się uda.
Narazie jest ok.
Lekarz mówił, żeby jeść wszystko tylko uważać i patrzeć co mi szkodzi.
Wiadomo, że dziś nie zjem schabowego ale mam go zjeść normalnie np za 2 tyg. Tylko najpierw pół porcji i sprawdzać jak się czuje.
Także powoli, małymi kroczkami do normalności.
Hej
Dziś podobno owulacja, wieczorem, po powrocie z pracy robimy test i nie ważne czy będzie kreska czy też dwie planujemy serduszkować
pragnę, aby tym razem się udało. Przygodę z pamiętnikiem dopiero zaczynam, ale przejść mam już dużo
w kolejnych etapach będę je opisywać
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.