43/41
6t+1d
Byłam rano w laboratorium i zrobiłam TSH, ft3, ft4, betę i jeszcze progesteron na dokładkę.
Miałam dziś w planie iść do gina, ale okazało się, że lab nie wyrobi się z wynikami do mojej wizyty, także muszę zaczekać z wizytą do środy. Chyba, że pójdę z samym TSH z piątku? Sama nie wiem co robić. Coś mi mówi, żeby odłożyć tą wizytę na środę, bo może będzie już serduszko? Czy jeszcze za wcześnie?
14tc+0d
(Estrofem, Utrogestan, Acard, Neoparin, Encorton, wit C, wit D, Metafolin, Metylowana B12, Aspargin)
Drugi trymestr jest naprawdę spoko 😊 mdłości odwiedzają mnie sporadycznie, choć czasem pobolewa głowa, ale nie mocno na szczęście. Brzuch powoli staje się widoczny, choć nadal możnaby go uznać za efekt obżarstwa. Od zeszłego tygodnia jak leżę i trzymam rękę na podbrzuszu to czuję takie dziwne pyrkanio-pukanie z początku myślałam, że to jelita, że jest za szybko na czucie ruchów dziecka, ale z każdym dniem to pyrkanie nabiera na siłe. Obaliłam teorię jelit, bo te raczej nie robią się aktywne kiedy pougniata się trochę brzuszek 😈 no i nie powinny reagować na picie coli. Oczywiście trudno to nazwać "kopniakami" to trochę tak jakby mieć aliena w brzuchu, po prostu czuć, że coś tam się gmera. Syn ma już ponoć 8cm 😳 gdzie on się w tym małym brzuchu mieści tego nie wiem 🤔 jutro odbieram wynik pappy, jestem ciekawa jakie śmieszne rzeczy tam powychodziły.
Jestem po stymulacji i po pierwszym nieudanym transferze. Pomyślałam że zapiszę to czego się dowiedziałam w trakcie, może komuś się przyda. Rozwieje trochę wątpliwości i może zapobiegnie częściowo stresowi...I tak go mamy za dużo.
Jako człowiek który nie brał nigdy leków - przeciwbólowy to była ostateczność, antybiotyk raz na sto lat - byłam zszokowana bo nagle wykupiłam wielką torbę medykamentów. Zastrzyki - to było dla lekarzy, jak ja mam SOBIE to zrobić? Połknąć większą tabletkę - męka. Globulki - piekło (a dostałam 3 na dzień
)
Ogólnie z perspektywy czasu to oceniam tak:
- mega się bałam zwykłego badania ginekologicznego - inne zabiegi przerażały mnie do żywego. Dlatego nie mogłam spać, miałam niestrawności etc.
- badanie drożności jajowodów - miałam na znieczuleniu - nie ma się czego bać, usypia się i już jest po. Ale po tym „znieczuleniu” trochę człowiek skołowany jest i trzeba ten dzień spisać na straty. Najlepiej sobie pospać zdrowo w domu i robić nic.
- stymulacja - miałam krótki protokół - bałam się zastrzyków ale przywykłam. Udało mi się opanować nawet ich przygotowywanie. Bałam się że pęcherzyki powietrza się wstrzykną mi pod skórę (pomyliłam z pęcherzykami wstrzykniętymi dożylnie) ale położna w klinice mi wyjaśniła że to nic złego bo spod skóry uciekną miejscem nakłucia albo się zneutralizują i nie ma zagrożenia. uff... Przy stymulacji przejmowałam się tak, że miałam "stoper" na dwójeczkę ;( Początkowo miałam wzdęcia i zaokrąglony brzuch. Aż bolał, taka byłam zagazowana ale nic ujść nie mogło. Te niedogodności przeszły po paru dniach.
- Punkcja – miałam szczęście, 13 pęcherzyków, z tego był transfer i 3 mrożaki. Przeszłam zabieg bez kłopotów, znowu na znieczuleniu (czyli śpiąc). Po obudzeniu byłam słaba ale chciałam wiedzieć jak poszło i zbierałam się jak najszybciej. Było mi lekko słabo kiedy czekałam na spotkanie z lekarzem. W domu zauważyłam malusieńko krwi na wkładce, pewnie jeszcze z zabiegu. Potem tylko bolał brzuch i musiałam powoli chodzić (latam zawsze jak szalona), nie mogłam dźwigać, torba z laptopem obijająca mi się o bok była katuszą… Kilka dni dochodziłam do siebie, ciężko było spać bo w każdej pozycji mnie coś kłuło. Jajniki obolałe były ale z dnia na dzień mniej. Nie szarżować i da się przeżyć 😊 Ledwo przeszło, dzień względnie lepszego samopoczucia i już do transferu – śmiałam się że nie dają mi spokoju.
- Przed transferem też się denerwowałam jak dzika. Bo miało być na żywo! Bałam się żebym swoim zwyczajowym „dzikowaniem” na fotelu nie przeszkadzała w zabiegu. Bo przeze mnie się nie zagnieździ!!! ;( ;( Na szczęście anestezjolog mnie zagadał i dałam radę. Było bezboleśnie, mój własny strach mi najbardziej przeszkadzał, tym bardziej że się sama ganiłam żeby przestać panikować. Ale się nie da nooo
- Po transferze obchodziłam się ze sobą delikatnie. Bałam się oczywiście iść do łazienki na cokolwiek
Ale nie ma się czego bać. Nie można takim czymś zaszkodzić małej komórce. Nareszcie zeszło ze mnie napięcie – co zauważyłam dopiero w dwa dni po.
Cierpliwie czekałam do 14dpt żeby zrobić betę. Nie robiłam testów sikanych ani nie szłam do punktu pobrań na betę. Chciałam żeby nadzieja trwała dłużej skoro codziennie szpikuję się lekami. Najgorsze by było wiedzieć że beta zerowa a i tak mi 4 dni zostały na lekach… No i beta 1.1. Coś zaskoczyło ale nie przetrwało. Z jednej strony najlepszy wynik ever bo zawsze miałam betę 0 i tyle. Ale i tak mi smutno.
- Po odstawieniu leków okres przyszedł za 3 dni. Bolesny bardziej niż zazwyczaj. Dokuczliwy jakiś ale nie bardziej obfity. Bolało nie przez 2 dni jak zwykle tylko 2 dni mocno a aż do dziś (jakieś kolejne 3 dni) pobolewa czasem. Dzisiaj nudności mnie męczyły.
30dc
13dpo
Uczucia które towarzysza mi w tym cyklu rozrywają mnie na kawałki .
Jestem na etapie paranoi . Takie to dziwne uczucie kiedy dawana jest nadzieja i zaraz zabierana . Nie rozumiem tego. A mianowicie...
owulacja chyba była chociaż skok temp był raczej maleńki, a testy owu negatywne, był tylko wykryty wzrost estrogenów przez monitor . Ale mogłam nie trafić z testami na skok lh . Pomijając , zaczęłam testować w ok 10 dpo (rzekomej) wyniki były i są paradoksalne ... na pierwszy rzut oka negatywne ale po jakimś czasie jest ewidentna kreska , ale tez nie na wszystkich .. na tych porannych tak a na popołudniowych nigdy . Myślałam ze poprostu może ten test tak ma ale nie jest to reguła . Wiem ze wynik powinno odczytywać się do 5 min . Ale to daje nadzieje , trzymam się jej jak dziecko mamy nogi , chociaż rozczarowanie później powala na kolana. Tak bardzo chce być w ciąży , ze popadlam w tym po same uszy . Ciagle moje myśli kręcą się wokół tego . Ciagle ogarnia mnie smutek ze co jeśli nigdy nam się nie uda , czy będę potrafiła to dźwignąć ? Czy mam w sobie sile by walczyć ? Skoro już na początku moje emocje szargają mną jak chcą .
Nie pomaga mi fakt ze moja najlepsza przyjaciółka jest w ciąży . Zawsze wszystko planowałyśmy razem .. od pierwszych podwójnych randek po przygotowan do ślubów które były w odstępie kilku tygodni .
A teraz ? Teraz czuje żal .. Oczywiście bardzo się cieszę ze im się udało bez problemów . To nie jest ta zła zazdrość ! To jest zazdrość która motywuje a zarazem dobija .
Czuje na sobie presję ! Czuje ze rodzice mimo ze nic nie pytają zerkają czy aby nie rysuje się jakiś ciążowy brzuszek ...
Tak bardzo chciałabym dać mojemu tacie wnuka o którym tak marzy ! Ma same wnuczki ... zawsze się śmieje ze nie jest pełnoprawnym dziadkiem, ze tylko we mnie nadzieja. Oczywiście w formie żartu bo myśle ze będzie kochał równie mocno co każdego ze swoich wnucząt .
Dziś mój M. był rozczarowany negatem z rana - oczywiście nic mu nie mówiłam o tych moich urojonych kreskach . Wystarczy ze ja cierpię ! Nie gadamy o tym ale dziś poczułam ogromne wsparcie z Jego strony !! Wie ze mnie to przybiło i chodził dziś za mną pilnując bym nie była smutna. Głaskał , całował i przytulał . To aż mało prawdopodobne bo nie należy do osób które okazują uczucia na codzień . Niestety nie został tego nauczony ... to już inny temat .
Kocham Go takim jaki jest ! A po dzisiejszym dniu kocham Go jeszcze bardziej !
Nie wiem co teraz , czy jest sens iść na betę ... objawów okresowych kompletnie brak . Mój mózg jest w ciąży , a ciało po cichu planuje przyjazd podstępnej 🦧 .
Oby szybko po @ , myślę, chociaż męczy mnie franca. I od nowa próbujemy. Czekam na kontrolę 10dnia cyklu i kolejny transfer. Tak się przyzwyczaiłam do nieudanych prób, że myśl o ciąży jest jak film fantasy - haha, śmieje się moja podświadomość, fajna sprawa ale chyba w jakimś równoległym wszechświecie.
Postanowiliśmy sobie od teraz nie robić testów ciążowych przed data miesiączki - tak jak zrobiliśmy to w poprzednich razach. I muszę przyznać ze trochę się boję tego co będzie. Chciałabym już wiedzieć ale z drugiej strony ta myśl ze być może się udało jest bardzo miła...
Już na samym początku stwierdziliśmy ze robienie testów owulacyjnych, mierzenie temperatury itd jest takim podporządkowaniem sexu tylko do robienia dzieci, zapominając o tej przyjemności - a ja jednak bardzo cenie sobie nasza bliskość. Czy jedno wyklucza drugie? Sama nie wiem jak do końca do tego podchodzić...
Poniedziałek 23 dc / 30 cs - 2 cykl po histeroskopii
Dziś 9 dzień po owulacji. Na pewno nie jestem w ciąży. Nie potrzebuje testu ciążowego, ani bety. Jak to co poniektóre kobietki mówią " to się po prostu czuje czy się jest czy się nie jest. 6 zmysł". I ja to czuję, że nie jestem. Dodatkowo i objawy za tym przemawiają:
Jak zwykle, w tym samym mniej więcej okresie czasowym:
* ból piersi, w sumie tuż po owulacji ( na to pewnie wpływ ma przyjmowany estrogen )
* ból podbrzusza, od około 4 dni ( no spa trochę pomaga, ale nie niweluje do końca
* pogorszenie stanu skóry - taka poszarzała, bez tego błysku
* nieco zwiększony apetyt
* drażliwość
Typowy PMS
No i dziś, już nie mam do tego siły, poważnie....delikatne , małe plamienie brązowe ze śluzem. Zapewne jutro się rozhuśta i będzie towarzyszyć już do wystąpienia miesiączki. Ja już nie wiem co począć z tymi plamieniami, jestem obstawiona lekami i dupa...Jeden miesiąc spokoju lub dwa i znowu wracają. A leki+dawki takie same. Tracę do tego cierpliwość. Były podejrzenia , że są od zrostu, ale już wiem, że to nie od niego, bo przecież na histeroskopii go usunięto....
A poza tym weekendowe pasmo sukcesów. Zawsze w naturze jest równowaga... Tu nie idzie, a tam idzie... Jestem na kontrakcie i świadczę usługi zewnętrznej medycznej firmie. W związku ze zwiększeniem składki ZUSu miałam renegocjować warunki finansowe kontraktu - nie musiałam...Firma sama postanowiła go zwiększyć i dać mi 25% podwyżkę. Tiaaaa, fantastycznie. Dodatkowo weekend na udanym szkoleniu. Masa nowości, masa wiedzy. No żyć, nie umierać...
W kolejny weekend planowana miesiączka, mąż wyjeżdża, kupię butelkę wina i wypiję ją sama. Na smutno, ale z podwyżką. No ideał...
Mnie się nie udaje...ale wciąż jestem z dziewczynami i mocno trzymam kciuki. Niech chociaż Wam się uda!!
Podobno refundacja na leki jest do 3 procedur.
30dpt
Według aplikacji 7+1 tc
Samopoczucie: 🤢
Leci mi właśnie wyglada ze 7 tydzień ciąży. Nie ogarniam tych aplikacji do obliczania tygodni- każda mi pokazuje inaczej 😡 ale już będę się trzymać tego co ta pierwsza pokazuje, bo na coś się muszę zdecydować.
W piątek miałam pierwsze usg - w klinice. Okropnie się stresowałam. Jak doktor włożył głowice to najpierw zobaczyłam ogromny pęcherzyk ciążowy (oczywiście dla mnie był ogromny, jest normalnych rozmiarów) a w środku dwie nieregularne chmurki. Trochę miałam zawias ze być może bliźniaki ale doktor zupełnie zignorował jedną z chmurek (teraz myśle ze to pęcherzyk żółtkowy) a drugą, przytuloną do ściany macicy dokładnie zmierzył i uwaga - Szanowni Państwo - całe 8,4 mm dzieciaczka! 🥰 potem dr coś poklikal na swoim sprzęcie i było słychać jak bije serduszko. Na wydruku który dostałam jest napisane ze biło 117bpm ale nawet nie sprawdzam w necie czy to dobra wartość bo na pewno oszaleje (doktor powiedział ze gites to nie wnikam w to bardziej). Mój mąż się potem ze mnie śmiał ze wyglądałam jakbym miała pęknąć z dumy i oczywiście ze byłam dumna! Przede wszystkim z zarodeczka, ze okazał się taki dzielny i dał rade 🥰 jestem tez dumna z siebie bo tak długo na to czekałam i tyle przeszłam i nieraz panikowałam ale się nie poddałam. No i jestem tez dumna z męża bo wiem ile go kosztowało to oddanie nasienia i wiem ze miał dużo wątpliwości przed podjęciem procedury. Doktor był dumny i zadowolony i dużo się uśmiechał, myśle ze naprawdę się cieszył bo to sukces jego pracy. Tak wiec wyjechaliśmy z kliniki w szampańskich humorach i resztę dnia (jakże pięknego walentynkowego) spędziliśmy na zakupach budowlanych (jakże romantycznie) byłam w tym dniu zmęczona a dodatkowo po badaniu usg plamiłam.
Następnego dnia siedzę sobie niewinnie przed tv aż nagle czuje ze zalewa mnie coś ciepłego - biegnę do łazienki a tam plama świeżej krwi - dosyć duża - przemokła mi wkładka i można było wyżymać majtki. Oczywiście w ryk 😪 pojechaliśmy z mężem na SOR i przyjęła mnie położna - anioł oraz dosyć nieprzyjemny lekarz. Zbadał mnie usg, pokazał mi zarodeczek - dalej przytulony do ściany macicy i nadal z bijącym serduszkiem. Kazał wziąć więcej duphastonu i leżeć.
Tak wiec leżę już drugi dzień - na szczęście krwawienie powoli zamieniło się w plamienie i zupełnie ustało. Niestety mdłości się nasilają 🤢 zdarza mi się wymiotować rano a nawet teraz jak to pisze to bełt podchodzi mi do gardła. Ale zniese wszystko pokornie byle ta mała chmurka w środku była zadowolona i bezpieczna.
Pisałam wczoraj szefowej ze potrzebuje dnia wolnego żeby poleżeć. Czułam ze jest zła - musiałam często brać wolne jak jeździłam do kliniki wiec zmuszona byłam powiedzieć szefowej co jest grane. Nie jest z tego zadowolona, wiem ze wolałaby mieć pracownika. Ja ze swojej strony chciałabym kiedyś wrócić do pracy, bardzo ja lubię, chciałam jeszcze trochę teraz popracować żeby iść na chorobowe w lepszej atmosferze. Teraz wiadomo ze priorytety się zmieniły i jak trzeba będę leżeć plackiem, ale mimo wszystko martwię się czy w takiej sytuacji będę miała powrót 😞 poza tym muszę jeszcze masę spraw pozamykać, pozakańczać, nie mogę teraz zniknąć jak wszystko jest fatalnie rozgrzebane i niezrobione a w pierwszym tygodniu marca audyt - koszmar. Mam postanowienie ze teraz jak pójdę do pracy to żadnych insta i przerw na kawę tylko intensywna robota żeby zrobić jak najwiecej i jak najmniej rzeczy zostawić po sobie do ogarnięcia, żeby się nie denerwować jak nastąpi taka sytuacja ze nagle będę musiała iść na chorobowe i leżeć. Boże pomóż mi być wierną w tym postanowieniu!
Idę bo już tak mnie strasznie mdli ze mi literki skaczą przed oczami. W czwartek wizyta u położnika - widzimy się znowu! 🥰
P.S. Na zdjęciu z SORu chmurka ma rączki! Serio nie ściemniam, jak się człowiek wpatrzy to widzi takie ciemniejsze plamki po obu stronach chmurki. Rączki jak malowane!
31dc
Kolejny dzień oczekiwania na @ za mną.W głowie myśl -a jak nie przyjdzie?Hasbendus przypomina od razu mi mów jak przyjdzie bo muszę bilet kupić.Pamietan o tym.Dzis wspomniałam o myśli odparł żebym nie uprawiała czarnowidztwa i któregoś dnia będzie mnie musiał spalić na stosie za czary.
8+5
Miałam zrobić wpis zaraz po wizycie, ale to jest tak szalony tydzień, że czasu nie było, żeby usiąść i naskrobać parę słów. Teraz nadrabiam.
Dzień wizyty był zdecydowanie jednym z najbardziej stresujących dni, jakie ostatnio pamiętam. Do 16.20 myślałam, że wykituję na serce. Dzień mi się dłużył niemiłosiernie, a poziom stresu był nie do zniesienia. Trochę miłym rozproszeniem była wizyta mamy, która przyjechała na zakończenie przedszkola Michasia. Trochę pogadałyśmy, pośmiałyśmy się. Ale na wizytę szłam z duszą na ramieniu. W poczekalni czekałam może 5 minut, ale i tak czas się ciągnął. W końcu weszłam! Najpierw wywiad ogólny, ustalanie tygodnia ciąży i różnych szczegółów. Potem fotel i USG, na które czekałam najbardziej. I wtedy się zaczęło. Lekarka sprawdzała, patrzyła, szukała i nic. Kazała mi iść opróżnić pęcherz. Wróciłam i dalej nic. Pośladki wyżej, jeszcze gorzej. Ja już na tej kozetce byłam bliska i płaczu, i zawału. Od razu przypomniała mi się pierwsza wizyta w poprzedniej ciąży, która zakończyła się pustym jajem i łyżeczkowaniem. Lekarka była tak skupiona, że bałam się ją o cokolwiek zapytać. Ale jak powiedziała, że tu jest ciąża, a tu sa mięśniaki, to nieśmiało w końcu wydukałam pytanie, czy może widzi, czy ciąża jest żywa. Odpowiedziała, że tak, żywa, ale nie może jej dokładnie obejrzeć. Po prostu kamień mi spadł z serca, bo tylko chciałam usłyszeć, że jest serduszko! W końcu pokazała mi ekran i zobaczyłam małego dzidziulka. Ulga nie do opisania. Ale z racji na moje mięśniaki, wiek i stan po dóch cesarkach lekarka nie była jakaś bardzo szczęśliwa i nie ukrywała, że to ciąża wysokiego ryzyka. Dała mi Duphaston, być może pomoże on zahamować wzrost mięśniaków. Dostałam też skierowanie na cały pakiet badań i mam się zgłosić za dwa tygodnie. W domu powiedzieliśmy o ciąży mamie i dzieciom. Dzieciaki się szczególnie cieszą, zwłaszcza Zosia, która dzidziusia wyczuwała już od kilku tygodni
Także na razie zawitała w moim sercu radość i ulga. Zobaczymy na jak długo 
Dziękuję, w imieniu własnym i Mężusia za wszystkie gratulacje. Za wszystkie kciuki. Te tu, czy te pod wykresem, czy te w myślach. Za wszystkie modlitwy w naszej intencji. Dziękuję ❤️️
9 dpt 4-dniowca.
Beta z dziś 185,50 😍
Progesteron 271,8;
wit. D3 48,4;
glukoza 87.
Huh. Od czego by tu zacząć. 4 dpt na papierze znalazłam brązową smugę. To był początek mojej niewiary w sukces. No i zaczęły się przedokresowe bóle brzucha. Objawy neutralne - pryszczyca - zawsze w drugiej części cyklu; objawy PMSu, czyli złośliwość i wredność - zawsze w drugiej części cyklu. Piersi się zrobiły wrażliwe - czasem się robiły, czasem nie. Po pierwszym transferze we wrześniu nie zrobiły się, więc to pozwalało zachować odrobinę wiary. Objawy na tak: zapomniałam pinu do karty płatniczej. Kart od początku posiadania konta miałam kilka już - pin zawsze ten sam. No i JA nie zapominam. Stałam w sklepie jak ciołek i nie mogłam sobie przypomnieć ostatniej cyfry. Zdarza się, więc nie wyolbrzymiajmy. W piątek popołudniu mega bolący brzuch i też odcięło mnie popołudniu. Musiałam się zdrzemnąć. Nie zdarza się, chyba że jestem chora.
W piątek wieczorem pytam się Mężusia, czy się boi jutra. - "Nie." - "Ale nie w sensie przyszłości, tylko konkretnie jutra - jutra?" - "Jeżeli jutra nie ma, ja nie przestaję śpiewać, to moja suuuutra seeercaaaa" - "No, a jak przestaniesz żartować, to nie boisz się?" - "Nie, bo wierzę, że się udało."
Plan na sobotę był taki, że na obiad na poprawę humoru wcinamy karbowane frytki posypane serem żółtym z ketchupem. I do tego kawałek rybki. Pyyyycha. Ten roztapiający się serek i zalane ketchupem. Mniam. A plan na wieczór był taki, że się napijemy piwka.
Poszliśmy na betę po śniadaniu, oczywiście w nocy spać nie mogłam. Oddawałam tą krew i - naprawdę - byłam przekonana, że nie wyszło, że to chyba nie tym razem. Bardzo Cię przepraszam Dziecino, że nie wierzyłam w Ciebie. Odebraliśmy wyniki online. Jednocześnie patrzyliśmy na ekran. A ekran pokazał, ku mojemu zdumieniu, nie 0, nie 5 (to był max, jaki obstawiałam), a 58,69.
"O matko" - powiedziała spokojnie Krąsi i popatrzyła na Mężusia;
Mężuś w tym samym momencie powiedział "Kurde.". I nabrał nagłej, niezrozumiałej wręcz, ochoty na przytulenie Krąsi. Wykonał ten gest, nie dbając o spadające okulary jednego i drugiego.
Z zewnątrz wydawało się, że powiedzieli to bez emocji, z całkowitym spokojem. Z zewnątrz wydawało się, że to był zwykły tulas. A nie był. Tylko zaprawieni w boju wiedzą, że czasem emocje się kotłują w środku, jak rosół na wolnym ogniu - a na łyżce parzy w język. Zaprawieni w boju wiedzą, że tulasy są różne. Ten tulas był tulasem wspólności, wsparcia, wiary, nadziei i miłości.
A potem Krąsi oszalała. I Mężuś też oszalał. Ale tak dziwnie oszaleli. Bo nie skakali pod sufit z radości. Bo nie krzyczeli z radości. Ale oszaleli. Krąsi kilkukrotnie powiedziała "Ja pierdolę." - sama sobie dopowiadała potem - "Cii, nie bluzgaj w obecności Dziecka". A Mężuś przysiadł sobie na fotelu, przy którym ma podnóżek. I stopy my drgały. Oszalał. To chyba oczywiste. Krąsi więcej nie mówiła (to było chwilowe jak się później okazało), ale myślała bardzo dużo. W jej głowie roiło się pełno kosmatych, niepoukładanych, a nawet rozdwojonych myśli: "Muszę zrezygnować z udziału w zawodach wspinaczkowych", "O mamo, ja o ciąży nic nie wiem, a co powinnam wiedzieć? Coś na pewno?! Tylko co?", "Jeja, to chyba lekarza prowadzącego trzeba wybrać?", "Kiedy na wizytę się powinnam umówić?", "Co ja mam teraz robić?", "Jakie suple brać?", "Cały tydzień wybierałam różne koncepcje do mieszkania i do pokoju, który teraz trzeba będzie przerobić na dziecięcy! Wybrałam taki piękny odcień butelkowej zieleni. No szit. Trzeba będzie szukać od nowa, gdzie butelkowa zieleń dla dziecka? Jeja, ja do tego pokoju już nie wstawię drabinki do ćwiczeń, o nieeeee". A na głos powiedziała: "Jejcia, Mężusiu, przecież my chyba jesteśmy za starzy!!! Ja tak lubię spać w nocy i w ogóle, w weekendy też lubię sobie spać, a jak sobie nie poradzę z porodem?". A potem, nie słuchając odpowiedzi Mężusia, pobiegła do łazienki i sprawdziła, czy ma tą samą twarz. Była ta sama. Rozkład pryszczy definitywnie to potwierdzał, niesymetrycznie zawieszone uszy również były na swoim miejscu. Włosy, choć uczesane, biegały swobodnie po głowie, bo nigdy nie chcą leżeć spokojnie. Jak twarz jest ta sama, to przecież cała reszta jest ta sama. Gdy tylko wróciła została "okrzyczana" przez Mężusia, że ma zakaz biegania po mieszkaniu. Usiadła zatem posłusznie na kanapie. Okazało się, że do tej pory źle siadała na kanapie. Została jej zwrócona uwaga, że zbyt szybko siada na kanapie i powinna to robić wolniej i spokojniej. Tak ujawniło się, jak widać jeszcze dobitniej, szaleństwo Mężusia.
Zjedliśmy ten karbowane frytki z serem żółtym i ketchupem oraz rybkę. Ale nie na pociechę, a jako ucztę. A Mężuś wypił piwko. Mi została muszynianka. Też ma bąbelki 
Cieszymy się. Bardzo. Bardzo mocno. Chyba bardziej wewnętrznie niż zewnętrznie. Tak bardzo mocno wiem, że może być różnie. Możliwe, że to hamuje moją radość. Z drugiej strony - kiedy mamy się cieszyć, jak nie teraz? Przecież płakać będziemy (ewentualnie) później.
Po kilku dniach od transferu przestałam wierzyć w sukces - był przecież kulociąg, relanium było po transferze, a nie przed, był podany 4-dniowiec (no a kto podaje 4-dniowce?), brzuch bolący, typowy PMS. I jednocześnie czułam spokój - takie zaufanie Opatrzności, że ma dla nas plan. Następnego dnia, poszliśmy właśnie podziękować za ten mały cud i nieskromnie prosić o więcej - o dar spokojnej, nudnej ciąży, zdrowego dziecka, rozwiązania w terminie.
Te myśli zaraz po odczytaniu wyników bety, pierwsze, dzikie - one były. Bo strach też w tym wszystkim jest. Tak bardzo pragniemy zmiany, która ma nastąpić w naszym życiu. Póki ona nie nastąpi - nie wiemy, z czym to się je. Moje myśli, były wyrazem tych wszystkich obaw, czy sobie damy radę. Może były głupie, infantylne, materialistyczne, egoistyczne. I doprawdy nieuzasadnione u osoby, która stara się intensywnie o dziecko prawie 3,5 roku.
Objawy: boli mnie brzuch. Okresowo. Piersi wrażliwe, ale normalnych rozmiarów. Budzę się około 5 i nie mogę spać. Do tej pory myślałam, że to stres - czy to nie za wcześnie na takie objawy?
W tym tygodniu poszłam do pracy, chcę porobić tzw. syfy z szafy. A potem idę na L4. W końcu to z moich podatków idzie. To sobie trochę odbiorę.
Jutro udało mi się zapisać na wizytę do Jerzak. Chciałabym do niej iść jeden raz, posłuchać, co ma do powiedzenia o suplach i zobaczyć, co będzie dalej. Transferu nie robiliśmy na jej zaleceniach, więc po pierwsze mam stracha, czy dotrwamy do 4. tygodnia po transferze (bo accofil miałam brać do 4. tygodnia po transferze), po drugie zastanawiam się, jakie miałaby zalecenia dla mnie w ciąży. Ze swoją lekarz od ivf kontaktowałam się krótko w sobotę i dziś. Powiedziała, żeby na wizytę umówić się 3-4 tygodnie po transferze i kody recept poprzesyłała. Zwracam więc (częściowo) honor e-receptom 
Bardzo się cieszę, że udało mi się przerwać czarną serię i liczę na to, że trochę się zazieleni u nas na nowo i kolejne poczęcia będą zakończone sukcesem. Cieszę się również, z dawno temu podjętej decyzji - nie zapisywania się na miesięczne wątki testowania czy invitrowania. Nie przeżyłabym tego psychicznie, długo nam zeszło.
P.S. Pobawiłam się kalkulatorami ciąży i termin porodu wychodzi mi na 27 października. I to byłaby taka "zaplanowana niespodzianka urodzinowa", bo sama jestem z 26 października. Mężuś - bo On oszalał i włączył mu się tryb rozśmieszacza, pyta się mnie czy ma ćwiczyć śpiewanie "100 lat" przeplatanego z "Przyj, przyj". 😁
23 dc 3 dpt
Wczoraj byłam u stomatologa
Poprawiła mi jednego zęba gdyż od jedzenia bardzo się zniszczył, mam jeszcze kilka małych ubytków ale to na spokojnie. Lepiej wcześniej niż później. Super a rok temu żeby naprawiałam albo nam takie beznadziejne żeby albo na takich durnowatych stomatologów trafiłam.
Od rana po 2 dawce accofilu było mi bardzo słabo, zawroty w głowie, osłabienie, więc do południa leżałam w łóżeczku. A potem nastąpiła poprawa.
wieczorem zaczęło mnie swędzieć. Pomyślałam od razu zaczyna się ehhh. Wzięłam lactovaginal i odczekalam 2 godziny aby zapodac progesteron. I tym sposobem poszłam spać o 22.
Rano nawet bez problemu wstałam zrobiłam kanapki do pracy.
Umowilaym się z mężem że przyjedzie do po mnie na 8 i zawiezie mnie na szpital aby zrobić morfologie.
Na szczęście kolejki długiej nie było, panią poinformowałam aby do mnie nie dzwoniła kiedy wyjdą wysokie leukocyty bo jestem na lekach.
Ogólnie samopoczucie bardzo dobre, spać mi się chce ale to tak zawsze rano mam. Wzięłam że sobą lactovaginal i po 11 sobie włożę. Ratuje się.
Ogólnie 0 boli 0 niczego od dziś nospy już nie biorę bo po co jak nic mi nie kuje nic nie boli. Szkoda zdrowia na tyle leków.
Ogólnie jestem 3 dpt większość osobom którym się udało już miało bóle ciągnięcia itd u mnie nic cisza.
Pytałam się mojego wczoraj czego się spodziewać to powiedział że na nadzieję bo tylko ona zostaje.
A moja intuicja mi mówi że niestety.......
Ona mnie nie zawodzi......
Może wtedy powinnam zrezygnować z transferu......
Może powinnam się uprzeć aby podali mi najsłabszy zarodek......
Wiem jedno idę do kina w sobotę się rozerwać i wypiję butle wina na pocieszenie
Wiem że jestem ciężkim przypadkiem......
Co jeszcze mogę zrobić, co zmienić....
Chyba dziś relanium zaczęło działać, bo zrobiłam się o obojętna. W pracy mam dziś jako pracy robię wolno tak od niechcenia.....
Jutro zadzwonię do APC zapytać się czy w piątek mogę zrobić badania NK.
Dla męża je chce zrobić bo chce to sprawdzić.
I wiecie co nie jestem ani negatywna a nie pozytywna jedynie obojętna.
Nawet nie czuje się jakby po ivf była. Przez pierwsze dni się oszczędzałam treraz już nie. Co ma być to będzie.
Czekam na wyniki morfologii i pisze do Paśnika czy dalej bierzemy accofil czy zmieniamy dawkowanie.
W sumie lepiej bym zrobiła gdybym wolne zamiast wczoraj wzięłam w piątek. Ale cóż.....
U męża w pracy coraz gorzej, szantażują go zmuszają go do nadgodzin, wykańcza się w tej pracy. Boi się że jutro dostanę wypowiedzenie, powiedziałam mu nie ta to inna będzie, szkoda męczarni. Bo psycha od tego pada.
Na pocieszenie prawdopodobnie dostanę roczna premie która chce przeznaczyć na wyjazd w góry.
Edit
Mam wyniki morfologii...
Leukocyty 24,7
Limfocyty 11,9 norma od 20-45 czyli spadek odporności
Neutrofile 84 norma od 40-70
A tu skazuje na silny stan zapalny w organizmie
Zobaczymy co napisze Pasnik
Znów mam zawroty w głowie pewnie ciśnienie osłabienie i niestety 8 h w biurze niedotlenienie. Muszę iść na długi spacer.
Do tego jeść mi się nie chce ehhh
Wiadomość wyedytowana przez autora 18 lutego 2020, 14:14
Dziewczyny, w pierwszym cyklu po operacji u męża na żylaki powrózka nasiennego, a w 22 cyklu starań, jest beta 11,4 mlU/ml w 25 dniu cyklu. Jestem w szoku! Powtarzam badanie w piątek rano. Jeśli będzie ok to na pewno napiszę tu coś wiecej
prośba o kciuki!
I znowu dawno nic nie piałam, ale w sumie nie wydarzyło się nic wartego wpisu.
Z in-vitro na razie zrezygnowaliśmy. Chociaż nie, nie tylko na razie. Zastanawiamy się nad wycofaniem się z programu i odzyskaniem części pieniędzy - płaciliśmy z góry za dwie procedury, a jak w żadnej się nie uda to mieli nam w gratisie trzecią zafundować. Skorzystaliśmy z jednej (dwa transfery, jeden w kosztach za drugi płaciliśmy), a z drugiej chyba zrezygnujemy. Może i stać nas na wydanie kolejnych kilku tysięcy na badania genetyczne zarodków, oraz kolejne na leki immunologiczne. Tylko, jaką mamy gwarancję, że to pomoże? Żadną. Póki co tylko tracimy pieniądze i w pewnym sensie zdrowie. Ile można?
Zostają nam wiec dwie opcje - adopcja, albo życie bez dziecka. I w sumie, do żadnej z tych opcji nie jestem przekonana.
Wiem, że są osoby które potrafią być szczęśliwe bez potomstwa. Ba, mam nawet takich znajomych. Tylko, że to była ich własna decyzja, a nie losu, czy tam przypadku. Zarówno jedni jak i drudzy podjęli świadomie tę decyzję.
Adopcja... Pisałam już wcześniej, że nie jestem do niej przekonana. Ciągle mam wątpliwości czy to droga dla mnie. A podobno jak się ma takie wątpliwości to lepiej w adopcje nie wchodzić. Cóż, myślałam, że w ośrodku adopcyjnym mi pomogą rozwiać wątpliwości i zdecydować czy to na pewno opcja dla nas. Ale tak jak już pisałam, zawiodłam się bardzo. Wątpliwości mam coraz więcej. Więc chyba to nie jest droga dla mnie...
Tylko co dalej? Nie mogę mieć dzieci biologicznych. Na rodziców adopcyjnych się kwalifikujemy, ale nie jestem gotowa na adopcje. Jednocześnie nie wyobrażam sobie życia bez dzieci, w domu z dwoma pustymi pokojami. Jasne, mogę sobie tam zrobić nie wiem sypialnie gościnną, siłownie, czy pokój rozrywek, czy cokolwiek. Tylko to nie o to chodzi.
Czasem wydaje mi się, że mogłabym nawet zaakceptować moją bezdzietność. Chyba mogłabym być nawet jako tako szczęśliwa. A potem przychodzi okres i ból, który dobitnie przypomina mi o mojej niepłodności. Co 24-25 dni boleśnie przypomina mi, że nie jestem w ciąży, a z tyłu głowy krążą słowa niejednego ginekologa u którego z bólami miesiączkowymi byłam - po pierwszym dziecku Pani przejdzie...
Myślałam nawet, nie raz zresztą, czy by nie pójść prywatnie i sobie tam wszystkiego nie wyciąć. Po co mi macica, po co mi jajniki, jak i tak nie m z tego żadnego pożytku? Jest tylko ból. Może kiedyś faktycznie tak zrobię. Chociaż to chyba nie jest w Polsce legalne. Więc albo wyjazd za granicę, gdzie taki zabieg można wykonać, albo życie od okresu do okresu.
Czuję się jak w pułapce, z której nie ma ucieczki. I tak, wiem powinnam iść do psychologa czy nawet psychiatry. Może nawet bym i poszła, ale na NFZ nie ma co liczyć, a znudziło mi się wydawanie po 200 i więcej złotych na lekarzy. Nie po to co miesiąc płacę składki, aby potem w potrzebie dopłacać do leczenia. Więc jak któraś może polecić jakiegoś psychologa/psychiatrę na NFZ w okolicach Katowic to chętnie skorzystam.
Za pozostałe rady typu - trzymaj się, będzie dobrze, módl się, bóg Ci pomoże, czy jakiekolwiek inne banały też dziękuję. Nasłuchałam się ich przez tych ponad 6 lat i nic nie dały. Zresztą tu nie ma za bardzo co doradzić, poza dalszym leczeniem na które nie chce już wydawać pieniędzy. Powoli zbliżam się do kwoty 100 tyś, wydanej na badania, zabiegi, lekarzy, dojazdy do klinik i lekarstwa. Nie chce jej przekraczać, wolę te pieniądze przeznaczyć na coś bardziej namacalnego niż złudzenia i nadzieja.
32 dc
Oczywiście 🐒 nie ma, a tak liczyłam że przyjdzie o czasie 😑 test zrobiłam dla świętego spokoju, oczywiście biały. Wyniki MUCHy, czystośc pochwy i wirusologicczns w porządku. W sobotę jadę po wynik cytokin. W pracy tragedia, ja już nawet nie staram się myśleć jak to wszystko pogodzić z wizytami, a dopóki 🐒 się spóźnia to już w ogóle nie mam pojęcia co będzie dalej. Strasznie mnie to stresuje a specyfika pracy nie sprzyja pójsciu na L4, chociaż w ostateczności bez względu na konsekwencje skorzystam ze zwolnienia lekarskiego.
Dziś piękny, ciepły dzień. Najpierw wycieczka do Matemblewa i modlitwa do Matki Boskiej Brzemiennej o pomoc w naszych staraniach ( ślicznie tam jest swoją drogą ) a potem pierwszy w tym roku grill nad jeziorkiem. Mąż przy mym boku, kocyk nad brzegiem wody, słoneczko, karkóweczka pieczona... Dla takich chwil warto żyć 

EDIT: Trzy dni później o godz. 5:50 rano zrobiłam test i wyszły piękne II tłuste kreseczki. Reszta tej historii na belly friend kochane
....
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 listopada 2015, 12:26
7dc
Ostatni dzień stymulacji, w piątek wizyta, zobaczymy jak wyglądają pęcherzyki.
33 dc test negatywny. Wtf? Jeśli rzeczywiście owulacja była tego 17 dnia, to dzis jest 16 dzień po. Dwie opcje: albo cykl bezowulacyjny, albo test kłamie.
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 lutego 2020, 08:16
14tc
I początek ll trymestru 🙈🥰
Właśnie dzwonili ze szpitala, aż mam łzy w oczach, ryzyko ZD 1:1457 🙏🏻🥰🥰🥰 Nawet nie śmiałam marzyć o tak dobrym wyniku!
A tak w ogóle to pare godzin wcześniej byłam w szpitalu na konsultacji. Dzieć fikał na usg 🥰 To coś co widzieli na ostatnim usg to dziś wyglada na niedokładne przyklejenie worka..Lekarka mówiła że często widza to na usg i nawet nie informują o tym pacjentek wiec nie mam się martwić.
Normalnie zaczynam wierzyć że będzie dobrze, ech łzy szczęścia mi lecą po policzkach, w sierpniu będę mamą 🙏🏻🙏🏻🙏🏻
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.