15 cykl starań
6 dzień cyklu
Lipiec to zdecydowanie nie jest mój miesiąc. Pomimo ładnej pogody i tygodniowego urlopu, nie czuję się psychicznie najlepiej, daleko mi do mojej formy. Poniżej podsumuję zmiany dietetyczne, które wprowadziłam na przestrzeni 4 lat. Od podstawówki miałam problemy z wagą, w pewnym momencie byłam osobą otyłą, przez długi czas nie wchodziłam na wagę, aż w końcu zaraz po ślubie zrobiłam to i moim oczom ukazało się prawie 100kg, miałam wtedy też zaburzenia miesiączkowania, a w planach miałam w niezbyt długiej przyszłości zacząć starać się o dziecko. Od ginekologów nie usłyszałam słowa wsparcia, każdy wytykał mi wagę i kazał schudnąć, straszyli problemami z zajściem w ciążę i tak też zaczęła się moja diagnostyka, był to rok 2016. W listopadzie podjęłam świadomą decyzję wraz z mężem, że stare życie dobiega końca i czas na zmiany.
Zaczęliśmy się zdrowo odżywiać, jeść dużo mniej i tak leciały kilogramy. Rodzina i znajomi nie mogli uwierzyć widząc nas. W sumie schudłam ok 35kg i były to głównie diety redukcyjne, częściowo o niskim indeksie, ale w weekendy pozwalaliśmy sobie odpocząć od zdrowego jedzenia i jedliśmy to, na co mieliśmy ochotę.
Na początku tego roku, po kolejnych miesiącach niepowodzeń stwierdziłam, że to ciągle za mało. Znowu bardziej zaczęłam pilnować tego co jem, do tego doszedł stres i licząc wagę z jaką startowałam, to na dzień dzisiejszy ważę blisko 40kg mniej.
Niestety również te zmiany nie przyniosły upragnionej ciąży.
W maju minął rok starań, wtedy też dowiedziałam się o ciąży mojej przyjaciółki i coś we mnie pękło. Od tego czasu jestem inna.
Wraz z majowym cyklem wprowadziłam zaten zasady diety płodnościowej ponieważ potrzebowałam zmiany i chciałam znowu poczuć kontrolę nad własnym życiem i tak oto prawie każdego dnia jem owsiankę, nasza ulubiona wersja jest z kakao, warzywa, owoce, szczególnie jagodowe, pieczywo pełnoziarniste (żytnie 100%), orzechy (2 brazylijskie i 2-3 włoskie każdego dnia + inne do owsianki), siemię lniane, nasiona chia, pestki, kasze, makaron pełnoziarnisty, przyprawy przeciwzapalne (kurkuma, cynamon, pieprz, zioła prowansalskie), kiełki, pasta z fasoli, woda z cytryną, conajmniej raz w tygodniu wege burgery i awokado, 2-3 litry wody dziennie, do tego całkowita rezygnacja z alkoholu i codzienne 1-2 godzinne spacer. Od tego cyklu piję również codziennie pyłek pszczeli.
Dla mnie to ogromne zmiany, najtrudniejsze w tej drodze jest czekanie i brak pewności, że te wszystkie wyrzeczenia przyniosą upragniony skutek. Mam jednak ogromną nadzieję, że kiedyś będzie mi dane zobaczyć ⏸️


Wiadomość wyedytowana przez autora 27 lipca 2020, 17:47

aneciak Leczenie, koszt i badania 27 lipca 2020, 20:36

W nocy zastanawiałam się nad komentarzami pod wcześniejszym wpisem - dobrze poznać inny punkt widzenia.
Dawniej sama siebie nakręcałam, że mimo statusu małżeństwa, mimo mieszkania razem, mimo spania w jednym łóżku nago, przez wiele tygodni nie dochodzi do zbliżenia, często też mimo moich zachęt!, próśb!, a potem... gróźb...!
I przez to doprowadziłam do stanu w którym mąż się ode mnie oddalił, nie dotyka mnie, nie inicjuje zbliżenia - nigdy.
Bo każde wieczorne przytulenie traktowałam jako sygnał, że może dziś coś, cokolwiek...! A potem obrażałam się o kolejne odrzucenie.
Mąż choruje, utrudnione współżycie zazwyczaj wymieniane jest na szarym końcu wskazań do sztucznego zapłodnienia, a problem w artykułach w necie, na forach praktycznie nie istnieje. A jeśli się pojawia, to tylko w kontekście - "związek bez seksu jest bez sensu". Halo, a co jeśli przyczyną jest choroba?

W tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało (i mogło :)) naraz :)))) Dziś jest mi dużo lepiej, a jeszcze jak tak sobie wczoraj o tym rozmyślałam, to mąż przebudził się, sprawdził czy jestem obok, przykrył kołdrą i przytulił :)))

Alusia1983_Bstok Czekając na jutro 14 października 2020, 11:03

I już po wizycie... Dziś 13dc... Z prawej strony nic, z lewej jeden dominujący wielkości 13mm, i drugi nieco mniejszy... Kolejne dni na Gonalu, i kolejny monitoring w poniedziałek.
Zmęczona jestem tym lataniem i polowaniem na owu :(

8cs 23dc
Ostatnia prosta przed terminem miesiączki. Ostatni cykl był 26 dniowy, poprzednie 28. Ciekawe jak będzie tym razem.. Jestem pełna nadziei, nie lubię tego stanu bo potem rozczarowanie boli bardziej. Dni się dłużą, życie jest ostatnimi czasy bardzo stagnacyjne, głównie przez fakt że już od ponad 4 mc pracuję zdalnie z domu.. Nie ukrywam że taka praca to spełnienie moich marzeń, bo nie przepadam za moją robotą a w szczególności za szefem, a teraz nie muszę go oglądać każdego dnia.. Byłoby cudownie zajść w ciążę i nie musieć tam wracać.. Moja przyjaciółka zamierza startować ze staraniami we wrześniu. Oczywiście jej kibicuję, ale mam nadzieję że uda nam się razem być w ciąży..

14 czerwca 2024
Tytuł dość dramatyczny jak na pierwszy cykl starań, co nie? 😉
Ale serio, mam powody by tak myśleć.
Krótki timeline dla kontekstu by było Wam łatwiej zrozumieć moja sytuację:
Lipiec 2019 - poznaję mojego obecnego męża
Sierpień 2019 - mieszkamy już razem
Rok 2020 - pierwsze rozmowy o dziecku, jednak wybucha pandemia. Chłop w tym czasie pracuje fizycznie, nie może „iść na zdalną”. Ma nagminne problemy z bólami brzucha. Zwalamy to na śmieciowe jedzenie. W tamtym czasie często stołował się na stacjach benzynowych. Myśleliśmy, że to to i jego cukrzyca (typ I) daje o sobie znać.
Rok 2021
Problemy z brzuchem chłopa nie ustępują, nawracają raz po raz. Lekarze każą pić więcej wody łykać nospe i wręcz wsadzić sobie stoperan w miejsce wiadome.
Jakoś wiosna 2021
Mamy już ustaloną datę ślubu (11.09.2021). Chłop znów ląduje na lekarskiej kozetce. Tym razem trafiamy na kogoś sensownego. Lekarz odmawia przepisania kolejnych leków rozkurczowych i anty-biegunkowych. Zleca badania.
Badania krwi wychodzą tragicznie, chłop na cito zostaje skierowany do hematologa.
Zaczyna się jazda bez trzymanki, biegamy od lekarza do lekarza i w końcu mamy podejrzenie diagnozy - mielofibroza (rodzaj nieuleczalnej białaczki). Chłop dostaje kartę DILO, a ja wiem, że niebawem stracę pracę.
Koniec lipca 2021
Chłop kładzie się do specjalistycznego szpitala. Miało być na tydzień… no właśnie miało. W trakcie jego pobytu w szpitalu onkolog potwierdza diagnozę.
I tak mija tydzień, a potem drugi i trzeci. Finalnie siedział w szpitalu około 6 tygodni. Lekarze oszacowali jego czas życia na ok 12 lat.
A ja szykowałam ślub, który nie wiadomo czy się odbędzie. Nie cieszyłam się przygotowaniami. Nie było się czym cieszyć. Nie było pewności czy go wypuszczą ze szpitala na czas
Chłop wychodzi na dwa dni przed ślubem. Pobieramy się zgodnie z planem.
Ostatni kwartał 2021 - kwiecień 2024
Życie wywróciło nam się do góry nogami przez diagnozę. Chęć posiadania dziecka odeszła bo najpierw trzeba było zająć się chłopem, zarówno fizycznie jak i psychicznie.
Udało mu się zmienić pracę, poszedł na studia, ja również szybko znalazłam pracę i tak sobie żyliśmy. Jednak myśl o dziecku wróciła, ale dopiero teraz kiedy względnie wszystko się uspokoiło.

Zachowując pozorna normalność chwilowo nie ciągnę go ani siebie na badania. Daje nam dwa - trzy cykle „naturalnych” prób. Zdaje sobie sprawę, że przez chemię chłop nie jest w najlepszym stanie, ale cóż chcemy zdążyć nim odejdzie nadzieja.

WrednaZośka Walczę dalej 28 lipca 2020, 07:20

Udało się!!!!! Wczoraj widziałam na USG małą fasolkę i migotanie tam gdzie jest serduszko. I słyszałam je! Tak wyraźnie i szybko bije! Niewiarygodne <3 <3 <3 Nareszcie! Myślałam, że się nigdy nie uda.

Emka06 Nasza historia 23 sierpnia 2025, 17:59

Och, losie. Ile jeszcze razy jeszcze będziemy musieli to znosić? Trzecia procedura udowodniła mi dosadnie, że problemem nie był embriolab, tylko moje komórki. Dzisiejsza punkcja zakończyła się tak jak poprzednie, z tą różnicą, że informacje o komórkach dostałam jeszcze w klinice. Gdy przy moim łóżku stanęła polska koordynatorka wraz z lekarzem i usłyszałam, że "pani doktor chciałaby ustalić plan" to wiedziałam już wszystko. Pobrano 23 oocyty, ale większość zdegenerowała. Zostało 7 komórek, ale wyglądały słabo, lekarz embriolog nie mógł ocenić czy są one w ogóle dojrzałe. Od mojej decyzji zależało czy próbujemy je zapłodnić, czy kończymy procedurę. Zapytałam koordynatorkę o koszty w obu przypadkach. Gdybyśmy spróbowali, niezależnie od rezultatu, to koszt byłby wyższy o ok. 3000 euro. Poprosiłam jeszcze o rozmowę z embriologiem. Pani embriolog nie była zbyt optymistyczna, więc zdecydowaliśmy, że rezygnujemy. Zadecydowały przede wszystkim względy finansowe, ale też obawa o to, czy zarodki powstałe z takich komórek byłyby zdrowe.

Dalej utrzymuję, że pierwszy raz bolał najbardziej. Wtedy zupełnie się tego nie spodziewaliśmy. Teraz byliśmy świadomi, że sytuacja może się powtórzyć, mogliśmy się jedynie miło zaskoczyć. Słysząc dziś słowa koordynatorki o wynikach punkcji nie było we mnie emocji, nie chciało mi się płakać. W głowie miałam tylko myśl: "ku#wa, znowu". W drodze powrotnej milczałam, mój wzrok był pusty. Wszystko działo się jakby obok mnie. Najlepsze określenie na mój aktualny stan to: "dead inside". Ciężko mi zrozumieć sytuację, w której się znaleźliśmy. Chyba nie znam trudniejszej, bardziej nieoczywistej historii. Moje wzorowe wyniki badań, regularne miesiączki i comiesięczne owulacje nigdy nie pozwoliły mi pomyśleć, że problem może leżeć w moich komórkach. Prawie dwa lata walczyliśmy, myśląc, że przyczyną naszej niepłodności jest czynnik męski. Nigdy bym nie pomyślała, że przyczyna leży tak głęboko i właściwie dalej jest nieodkryta, bo przecież problem z komórkami musi mieć jakieś podłoże.

W przyszłym tygodniu mam konsultację z moją panią doktor, bo punkcję wykonywała dzisiaj inna lekarka. Zapytałam ją czy jest jeszcze coś, czego mogę spróbować. Wspomniała o ministymulacji, ale decyzję zostawia lekarzowi prowadzącemu. Czekam też dalej na wyniki cross-match'a i będę się konsultować z dr J. Nie wiem co dalej. Opcje się już kończą. W głowie coraz częściej pojawia się myśl o KD, ale wciąż mam wiele wątpliwości. Znam z forum tak beznadziejne przypadki, które zakończyły się ciążą z własnych komórek, że ciężko podjąć decyzję o zakończeniu walki o genetyczne dziecko. Ciężko się poddać, mając takie AMH, ale nie wiem na ile starczy mi jeszcze sił.

38 tydzień ciąży (37+0)
Ciąża donoszona ❤❤❤
21 dni do terminu porodu

Po wczorajszej wizycie jakoś nawet nie cieszy mnie ten dzień, na który tak bardzo czekałam. Miał być szampan albo wino bezalkoholowe, a z tego wszystkiego zapomniałam nawet kupić.. Ale od początku.
Wczoraj na wizycie wszystko ok, gdy na pomiarze tętna u synka znowu wyszło 181 uderzeń.. Dopiero co byłam z tym w szpitalu, wszystko było ok, a kolejny raz na wizycie takie tętno. Czy to przez mój stres? Oby. Wszystkie moje wyniki są ok. Jutro jeszcze powtórzę morfologie, crp, magnez, mocz i potas dla własnego świętego spokoju. No i jesteśmy umówieni na piątek na wizytę do gin specjalizującego się w tym, zrobimy echo serca Tomusiowi i proszę Boga żeby moje dziecko było zdrowe 🙏 Co najem się stresu do piątku to moje 😔
Przez to wszystko ściągnięcie szwu też się przesunęło żebym jeszcze pochodziła chociaż do tego echa żeby mieć pewność, że wszystko jest ok. Także skierowanie już mam na następny tydzień. Z resztą wszystko się wyklaruje po piątku. Ta końcówka ciąży mnie wykończy. Nie może być normalnie? Żebym w spokoju czekała na poród? Masakra. Ale liczę, że wszystko będzie dobrze. Przecież jakby było coś nie tak to w szpitalu by to wyszło. Ehh..synuś musi być dobrze.

25.07.2020 (36+6) poznałam mojego syna 🥰

25.07.20 o 1:30 poczułam, że coś ciepłego się ze mnie wysączyło, nie było tego dużo, nie miałam pewności co to, poszłam do toalety sprawdzić, tam znowu poleciało, byłam już prawie pewna, że to wody, choć nie było ich dużo. Czułam, że zbliża się ten dzień. Nie bałam się, miałam poczucie, że jestem świetnie przygotowana do porodu, do błękitnego porodu. W pełni świadoma, że czekających mnie zdarzeń przewidzieć się nie da i w pełni z tym pogodzona.

Zgodnie z planem chciałam jechać do szpitala na ostatnią chwilę, położyłam podkład na łóżko, aby nie pobrudzić materaca, zdążyłam usiąść i chlupnęło, to był moment kiedy nabrałam 100%, że tego dnia poznam swoje dziecko. Poszłam do łazienki się przebrać tam znowu odeszły wody, około godziny 2 zaczęły się mocne regularne skurcze co 5 min, co skurcz sączyły się wody, nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, nie byłam pewna co robić. Zadzwoniłam na ip położna powiedziała, że jak tak ma się sytuacja, to poród raczej szybko i poleca mi w ciągu godziny przyjechać.

Skurcze nasilały się, z każdym kolejnym, powtarzałam w głowie, że skurcze to fale, kiedy dotarliśmy na izbę miałam wrażenie, że w nich tonę, spadły na mnie nagle i gwałtownie jak tsunami. Po badaniu przez lekarza okazało się, że jest 2 cm rozwarcia, na salę porodową idzie się przy 4 cm, ale widząc rozwój sytuacji dano mnie na salę od razu, usłyszałam, że to będzie "szybka akcja". Skurcze nasilały się okrutnie, pod prysznicem było trochę lepiej. Przyszedł lekarz nie wiem ile czasu minęło, ale miałam wrażenie, że wieczność, bada - nadal 2 cm, to był moment kiedy się złamałam, tyle bólu, zero postępu. Fale zaczęły mnie zalewać, zaczęłam w nich tonąć nie widząc sensu bólu, który odczuwam.

Mimo wszystko cały czas aktywnie na skurczach "poród to ruch", tak pomagam dziecku się wstawić w kanał rodny, z resztą nawet nie wyobrażam sobie jak mogłabym się na skurczu nie ruszać, ciało wymuszało to samoistnie. Modliłam się, aby nikt nie wpadł na pomysł, że mam leżeć.

Za oknem było już w pełni jasno, a ja miałam tylko 3 cm rozwarcia. Z pomocą przyszła położna, zasugerowała pozycję, powiedziała słowa, które towarzyły mi do końca porodu "musisz się otworzyć, jak kwiatek". Uświadomiła mi też, że dopóki co skurcz sączą się wody, to znaczy, że dziecko nie jest w kanale. Jego główka podziała jak korek. Cały czas byłam podpięta pod ktg, ale mogłam się ruszać, siedziałam na piłce odchylona do tyłu, kręcąc biodrami co skurcz, myśląc "otwierasz się jak kwiatek, robisz to dla swojego dziecka, nogi na ziemi luźno - całe stopy nie spinaj się, pamiętaj o oddechu - dmuchasz świeczkę".

Wszystko trwa niemiłosiernie długo, skurcze mam regularnie co kilka min, co skurcz nadal sączą się wody, przychodzi lekarz, jest 4 cm rozwarcia, proponuje oksytocyne, odmawiam, czuję że to nie jest dobry pomysł. Postęp porodu zatrzymuje się na 4 cm, przez cały poród mierzą mi regularnie ciśnienie, jest wysokie, za wysokie. Lekarz skoro nie chce oksytocyny proponuje cc, po 12h skurczy i braku postępu porodu, czuję że nie mam już siły dłużej walczyć, zgadzam się (zgodziłabym się nawet na wycięcie nerki).

Zakładają cewnik, robią wkłucie w kręgosłup, żadna z tych rzeczy nie była bolesna. Położono mnie na stole, przestało boleć - niesamowita ulga. Marzyłam o porodzie SN, a nie CC, przygotowywałam się do tego długo. Nie tak miało być, ale za chwilę poznam moje dziecko, tylko to się liczy. Znieczulenie działa, czuję każde cięcie, ale bez bólu, lekarz ma problem z wyjęciem dziecka, w końcu się udaje, słyszę, "jest na szelkach", pytam co to znaczy "jest owinięty pępowiną" i wszystko staje się jasne. Już wiem dlaczego syn nie schodził do kanału rodnego, dziękuję Bogu w myślach, że nie zgodziłam się na podanie oksytocyny, która wciskałaby na siłę moje dziecko tam, gdzie groziłoby mu niedotlenienie.

Kolejne trzy dni po porodzie jestem naćpana lekami, wszystko mnie boli.. Dzisiaj jest pierwszy dzień gdzie jestem w stanie na spokojnie pozbierać myśli.. Było ciężko, cholernie ciężko.. Ale było warto, urodziłam syna 💓


Wiadomość wyedytowana przez autora 31 marca 2022, 11:16

Wczoraj wróciłam do domu. Tak cholernie ciężko jest. Nie umiem znaleźć miejsca.
Ta cała sytuacja jest chora
Wczoraj była nadzieja że mały że mną wrócili. Ale doszły wyniki posiewu i wyszło że zarazili mnie gronkowcem złocistym w szpitalu. Bo wcześniej go nie miałam. I stwierdzili że mały zaraził się nim.
No tak czytam w necie, gdybym rodziła naturalnie owszem narażony byłby. Ale miałam CC. Ehhh i zatrzymali małego zaraz będą kolejne choroby mu wymyślać i wróci za miesiąc dwa. Mi nawet nie powiedzieli że nam gronkowca i wypuścili że szpitala umyli ręce. Ekstra. Będę musiała sama się tego pozbyć.
Małemu załatwiłam bank mleka kobiecego, aby mógł mleczko od kobiet pić. Chociaż to. Wiem że ma silny organizm. I sobie poradzi.
Mi wykryli anemię i znów muszę z tym walczyć.
Jakie to wszystko ciężkie, nie wiem jak przetrwam te dni. Miało być tak pięknie, a rzeczywistość jest okropna. Człowiek tyle rzeczy planuje a potem się okazuje.....

22 dc

Wszystko co mogliśmy zrobić w tym celu w kwestii owulacji zostało zrobione. Od pół roku bierzemy tabletki, rzuciliśmy palenie, zmieniamy swoje życie i szczerze oczekujemy czegoś w zamian. Są dni kiedy jest ok, kiedy nie myślę o dziecku i są dni (jest ich zdecydowanie więcej) kiedy myślę że to ponad moje siły, łzy lecą po policzkach a ja myślę że więcej nie udźwignę. I później przychodzi kolejny, i kolejny cykl i schemat jest zawsze ten sam. Na początku smutek i placz, następnie obojętność przemieszana z pustka, nadzieja która później zmienia się w obsesyjne szukanie zmian w samopoczuciu które mogły by zwiastować ciąże. Koniec jest zawsze taki sam. Zawód i smutek, złość. Tym razem jest podobnie. W tym dniu cyklu jestem już pewna że nic z tego. I dla mnie to zdecydowanie nie jest ok. 😢

Weekend minął na luzie, dziś cały dzień w domu ale rano obudziłam się z bólem gardła i katarem. Cały dzień leje więc przynajmniej nie miałam wyrzutów sumienia z związku ze wegetacją na kanapie. Miałam plan obejrzec film na netflixie ale w połowie mnie odcięło i poszłam spać. Później do wieczora oglądaliśmy z mężem serial. Obiad zjedliśmy dopiero o 20 i to też jest ok. Bez spiny i mejkapu spędziłam leniwa niedzielę. W międzyczasie ból gardła minął a po katarze nie ma śladu. Zobaczymy jaki poranek czeka mnie jutro.

Miłego niedzielnego wieczoru 😗

Ayayanee Hurricanes and Suns 10 kwietnia 2022, 08:55

39w1d
Nasze słońce zgasło.

Kuba, mama i tata bardzo Cię kochają...
[*]

Kaśik 🍀 długoooo... terminowa 🍀 14 października 2020, 12:29

21 cs - pierwszy po histeroskopii
17 dc
OVU jakby się na mnie obraziła i nie pokazuje w ogóle owulacji mimo zaznaczanego płodnego śluzu - a FLO idealnie wskazuje, że to dziś - co o tym myśleć? Jeszcze może jakby temperatura mogła zacząć rosnąć, to byłabym pewna, że jednak już owulacja była.
A tak powoli i delikatnie działamy po tej małej przerwie na histero - wizytę kontrolną mam dopiero za 3dni ale nie chciałam odpuszczać tego cyklu - i oczywiście wiążę z nim spore nadzieje. Tym bardziej, że poprzedni okres był tak inny niż pozostałe... dłuższy i obfitszy ale zdecydowanie mniej bolesny - czy to skutek zabiegu?
Teraz zaopatrzona w ananaska, ciepłe skarpetki i milion dynii czekam na owulację - potem będę się rozgrzewać i wspierać ananasowym cudem. Ten cykl zaczynam również ze wsparciem duchowym - na dobre zawitał u mnie pasek św. Dominika :)


🤰💗 38t5d - Praktycznie koniec 39tc 💗🤰

💕 8 dni do planowego TP

Dziś była wizyta. Liwka ma główkę 32 cm, brzuszek 31 cm, nóżka 7,3 cm i waga niby 2840 gram. Czyli mało urosła od ostatniej wizyty sprzed 2 tyg. Moje łożysko, wody płodowe i wszystkie przepływy ok. Ale...no właśnie...zaskakujące wieści główka jest już bardzo nisko, dosłownie czuję ją "w szyjce" a szyjki już nie ma nic. Jest zgładzona cała. Rozwarcie na 1,5 palca. Lekarka powiedziała, że poród może się zacząć już dziś wieczorem lub jutro. Zrobiła mi jeszcze masaż szyjki. Zaczęłam lekko krwawić, ale już przeszło i zobaczymy co dalej. Brzuch się napiął, bolał po badaniu ale przeszło.

Lekarka powiedziała też, że jak się samo teraz nie zacznie to ona mnie przyjmie do szpitala już w ten czwartek. Zważywszy na małej SUA, to, że już niewiele rośnie i sytuację jaka panuje w szpitalach, gdzie jesteśmy narażeni wszyscy na Covid ( i najlepiej jakbym spędziła na Izbie Przyjęć i na oddziale jak najmniej czasu) trochę przestraszona ale chyba wolą tą opcję " kontrolowanych" narodzin. W końcu lipcowa data urodzenia dla małej, tez jest fajna :-)

Ogólnie jesteśmy oboje w szoku. Mąż chyba bardziej niż ja. Dobrze, że Maks jedzie jutro z moimi rodzicami już. On spakowany. Ja też. Tylko trochę lipa z wolnym w pracy męża ale będzie jakoś musiał improwizować. 3majcie kciuki za pomyślny obrót wydarzeń. By moje maleństwo urodziło się zdrowe i bez komplikacji 💕💗🤰🥰



Wiadomość wyedytowana przez autora 28 lipca 2020, 14:32

Marti... Goniąc czas 14 października 2020, 11:09

no i znowu 2 miesiace przelecialy przez palce.

Ola odpieluchowana na dzien. Na noc pielucha. nie naciskam. widze, ze jeszcze nie jest gotowa i nawet 5cio latki miewaja nocne wpadki, jesli fizjologia jeszcze nie jest gotowa. ale czasem zdarza sie sucha pieluch po nocy (1-2x na 2 tygodnie), czasem zsiusia sie w nocy i budzi, zeby zmienic pieluche, a czasem przesika ja tak, ze pizame trzeba zmieniac, a sie ine obudzi do rana. za dnia. bez problemu. na zewnatrz bez problemu. w smaochodzie rowniez ok. wola, ze chce siusiu i nawet potrafi zatrzymac ok 15 min, zbey np zjechac gdzies na parking, jesli jestesmy na uatostradzie. takze jestem zadowolona.

odsmoczkowanie. zakonczone sukcesem. poszlismy droga: zbierz wszystkie smoczki i wybierz sobie w sklepie jaka zabawke chcesz. opowiadalam jej o odsmoczkowaniu juz miesiac przed. tydzien przed mowilam, ze w nastepna sobote stanie sie to i to. gdy przyszed dzien (sobota 2 tyg temu), zebralismy wszyyyystkie msoczki do torebki, pojechalismy do Smyka. Ola przeszczesliwa! w domu juz mowila, ze chce misia za smoczki. no i got. wchodzimy do sklepu iiiiiiiiiiiii. ZADEN mis jej sie nie podobal ( a ja sie balam, ze pol sklepu bedzie chciala).... ze 30 min ogladalismy 100 roznych zabawek/misiow/samochodow i innych... juz zrezygnowana podjechalam blizej kas poszukac innych zabawek. i BANG! Ola wypatrzyla misia, tego fisher price - szczeniaczek uczniaczek, tylko wersja siostry. Zachwycona. Mis rozowy (ma fjiola na pukcie tego koloru - o tym pozniej). pytam, czy na pewno ten mis jest godny jej smoczkow. Ona TAAAAK. jedziemy do kasy. kurde. facet za lada. do tego plakietka: ucze sie... no zajebiscie. nie skumal na poczatku o co chodzi, przestraszyl sie, ze chcemy za zabawke placic smoczkami, mimo ze pokazywalam mu karte w drugiej rece i Oli jeszcze raz tlumaczylam co sie stanie, tak aby on slyszal. Moze powinnam wczesniej podejsc i wyjasnic... ale kasjerzy sie czesto zmieniaja. no ale dobra. poszlo. udalo sie. wymiana zakonczona, Ola zachwycona. Po powrocie do domu nadala misiowi imie, MISKA.. pokazala wszystkie swoje zabawki, swoj pokoj itd. 3 godziny pozniej zrozumiala jaka decyzje podjela. chciala smoczka, wiec tlumacze jej, ze nie ma i co sie stalo. Olka w ryk. uciekla do innego pokoju, nie chciala sie tulic. chciala byc sama. ewidentnie byla zla na siebie i decyzje jaka podjela. takich akcji byly jeszcze dwie. Ale o dziwo ani razu juz nie poprosila o smoczka ( a potrafila go caly dzien ciumkac). na noc zasypianie bez problemu. drzemki.... w domu od odsmoczkowania ani jednej. w zlobku zasypia normalnie na drzemki. smoczka nie wola. jestem przeszczesliwa, ze wybralam te metode odstawienia. u nas sie powiodla. skutek uboczny, widze, ze jest torche bardziej drazliwa czasami i zdarzyly nam sie ze 3 mega histeryczne akcje, jakich nie bylo wczesniej. Ale wiem, ze to minie. jestem cierpliwa.

Mowa. zaczela mowic duzowiecej. potrafi nazwac polowe zwierzatek i innych rzeczy z ksiazeczek jakie ma. niektore niewyraznie, ale widac, ze wie jakiego slowa uzyc. niektore inne rzeczy nadal nazywa "dzwiekonasladowczo". ale na pytanie "jak sie czyjesz?" odpowie czasem "dobrze" lub "nie czyuje sie" (gdy czuje sie kiepsko - byla osttanio chora). mowi "mokra pieluszka" po przebudzeniu, probuje powiedziec dzien dobry i dowidzenia. rozbraja mnie czestotliwosc mowienia "prosze", gdy cokolwiek podaje. a najslodsze jest gdy mowi " prosze mamus". bo tak sie do mnie zwraca "mamus". kocham - uwielbiam. 100 razy lepsze niz MAMA. a sama to wymyslila. na tate tez mow tatus, nie tata. powtarza tez czasowniki, nie tylko rzeczowniki, nazywa czynnosci niektore. kolory podstawowe tez mowi, troche przeinacza. ale powoli do celu. rozkreca sie dziewczynka.

za nami wyjazd na podlasie we wrzesniu. bylo cudnie. wynajelismy dzialke, ze sprzetem typu trampolina, zjezdzalnia, piaskownica, domek wspinaczkowy z kuchnia do gotowania na pietrze, kulki, ksiazki, chustawki i inne. wszystko dla niej caly dzien. calymi dniami siedzielismy na zewnatrz. maz bawil sie w piromana (albo ogniska caly dzien albo grille), chodzilismy na grzyby z psem, bylo sielsko, blogo, powoli!!!!!! decyzja zapadla, nie kupimy drugiego mieszkania pod wynajem (taki byl plan- ale dzieki opatrznosci nie zrobilismy tego, bo Corona zweryfikowala, ze nie ma komu teraz wynajmowac). za to kupimy dzialke rekreacyjna. kiedy? musimy jeszcze poodkladac, moze za rok, ale max za dwa. chce zeby Ola zdarzyla beztrosko sie jeszcze pobawic.

mialam pisac o rozowym kolorze i ubieraniu sie. nie dam juz dzis rady. postaram sie dokonczyc niedlugo.

Kocham te moja corcie!

Dzień Dobry, dzisiaj 25 DC .. dziwnego cyklu..piersi nadal bola infekcja się utrzymuje ..
Ciekawe kiedy okres przyjdzie jak owulacji nie było czuję że sobie na niego trochę poczekam...
Chce zacząć stymulację ale jeśli nie przejdzie infekcja nie zacznę bo ♥️ byłyby katorga :(
Pozostaje mi czekać na rozwój sytuacji.. i być cierpliwa w tym wszystkim .
Mam lekkiego doła bo przecież miałam już iść do przodu a mam wrażenie że się cofam eh .

Axon Cierpliwość 8 lutego 2021, 14:47

2dni do krwawienia. Znowu się nakręcam chociaż w ogóle nie czuje sie w ciąży. Czuję, że piersi zaraz mi odpadna, tak bolą - ale to standard. Kłucie w jajnikach tez pojawiało się przez caly cykl wiec nic nowego. Czekam na ból w krzyżu i krwawienie. W tym miesiącu płaczliwość jakiej dawno nie było co oznacza, że musze ograniczyć słodycze w kolejnym cyklu.

6 cs 20 dc
Hejo!
Nie wiem co sądzić o tym cyklu, przed owulacja bolała mnie ósemka przez 5 dni. Miałam stan zapalny dziąsła... Wzięłam ibuprofen ech... dopiero potem wyczytałam ze hamuje owulacje, powoduje ze pecherzyki nie pękają. Niby jest wzrost temperatury ale jakiś słabszy skok od poprzednich cykli 🤔😕 bolą mnie cycki jak na fazę lutelana. Nie spodziewam się po tym cyklu zbyt wiele 😫
Lipiec obfituje u nas w spotkania z znajomymi. Co drugi dzień się z kimś widzimy, lubię takie tempo 😊 połowa to pary z dziećmi, mam nadzieje ze niedługo do nich dołączymy 😀✊

Czekam z niecierpliwością na sierpien🤩🤩
Dziś rezerwujemy hotel na nasze sierpniowe wakacje. Już nie mogę się doczekać urlopu, ciepełka, plaży, morza 😍i akurat będę miała dni płodne na urlopie 😉🤭
Nie mogę się doczekać się tez sierpnia bo w końcu mam umówiona wizytę do jednej z lepszych ginekolog w mieście i to dzień przed wylotem. Może w końcu ona coś zauważy, poradzi, może zleci HSG( na to liczę 😜) . Niech w końcu coś się zadzieje w tym temacie 🙂

Wierzę że nasze dzieciątko już czeka w kolejce na spotkanie z nami 😁

miska122 Tęcza po burzy :) 28 lipca 2020, 16:29

Któryś tam dzień cyklu (bodajże 12), któryś tam cykl starań
Mieliśmy jechać nad morze, nażreć się ryby i pomarudzić na deszcz, ale mój mąż miał lepszy pomysł "a może Praga?". Wszystko zorganizowaliśmy na totalnym spontanie, znalazłam nam hostel 200m od rynku, mój mąż znalazł parking na obrzeżach. Jest niesamowicie pięknie, pokój mamy ogromny (a za grosze), chodzimy na długie spacery (aż nogi mi chcą wejść do tyłka). Byliśmy dzisiaj w muzeum seksu, ale lepszy pokaz zafundowaliśmy sobie po powrocie do pokoju 😂 wiem, że owulacja za rogiem, zabrałam testy, ale chyba nie będę ich robić. Skoro to cykl z owulacją ze złej strony to skupię się na wakacjach (a przynajmniej taki jest plan). Czuję się tu niesamowicie dobrze, nawet pogoda jest dobra (aż za dobra!).
Ostatnio zaprosiła mnie do znajomych stara znajoma, nie miałyśmy kontaktu od jakiś 9 lat. Ona oczywiście już z dzieckiem, ale to zupełnie nie wzbudziło we mnie zazdrości. Spojrzałam za to na jej profil i zrozumiałam jak bardzo się od siebie oddaliłyśmy. Ona uważa, że bycie matką to obowiązek i konieczność. Ja mam męża feministe (a feministkami ona gardzi), który zawsze mnie wspiera i nigdy nie narzuciłby mi niczego. Cieszę się w sumie, że każda z nas znalazła w życiu to, co było jej potrzebne, chociaż tematu do rozmowy raczej byśmy nie znalazły. I pomimo tego, że naprawdę chce tego dziecka, to wolę życie bez dziecka, ale w moim wydaniu. Z mężem, który nie oczekuje ode mnie, że nie będę pracować tylko gotować, rodzić dzieci i sprzątać. Tak dobrze mieć wybór, wiedzieć, że mogę wybrać cokolwiek tylko będę chciała, a ten mężczyzna zawsze będzie mnie wspierał. Staram się wspierać go tak samo, jak tylko mogę. I stwierdzam, że fajny jest ten nasz związek, kiedy największym naszym problemem jest kto kocha bardziej 😂 od 10 lat słyszę "poczekaj, to się jeszcze zmieni", ale jakoś nie zmienia się i żadne z nas nie chce zmiany.
P.S. właśnie zobaczyliśmy, że w najbliższych dniach odczuwalna temperatura 40, 45 stopni. To może to morze z deszczem nie było takim złym pomysłem 😂😂

Jejku minęło 100 lat mam wrażenie ...nie ogarniam rzeczywistości 🥴 leci ten czas, zapierda** Mam syna💜 cesarka tragedia, wszystko czułam, za długo z komplikacjami ..mówiłam w tym momencie nigdy więcej ! Nie , nie zmiany od tych 18 mc nie ma, kończę temat dzieci, dwójką zdrowych mi starczy 😛
Ogólnie początki były TRAGICZNE i nie żartuje, fajnie jakby wszystko było pięknie i fajnie jak w tv..rzeczywistość mnie przygniotła, 3 pierwsze mc wycia, darcia ryja non stop, kolki, zmiana miasta, kartony, hormony 🤯 dobrze że wszystko za nami ..mamy 18mc trudniejszy exemplarz od siostry ale .. po tym wszystkim mam tych ♥️♥️


Wiadomość wyedytowana przez autora 14 czerwca 2024, 23:30

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)