Rozmawiałam z dr Lewandowskim. Mam przyjechać w czwartek do novum na podpisane dokumentów i monitoring. Jestem umówiona do innego lekarza. Nie znam go.
Mam nie brać ovitrelle, jeśli nie ma problemów z pękaniem jajek. No to nie wezmę. O accofilu nic nie wspomniałam.
15t 4d
Odebrałam dziś wyniki Pappy. W końcu, ileż można czekać...najważniejsze że czekanie się opłaciło, wyniki są dobre, ryzyko niskie. Mogę trochę odetchnąć.
Trisomia 21: ryzyko podstawowe 1:461, ryzyko skorygowane 1:9213
Trisomia 18: ryzyko podstawowe 1:1134, ryzyko skorygowane 1:16290
Trisomia 13: ryzyko podstawowe 1:3554, ryzyko skorygowane < 1:20000
Przedwczesny poród: 1:106
Jutro wizyta u mojego gina, mam nadzieję że podglądniemy małego kluska 
Wiadomość wyedytowana przez autora 20 lutego 2018, 18:29
Czemu ludzie zawsze wychodzą z mylnego założenia, że ich życie będzie jak w bajce, że wszystko co złe ich nie dotyczy, a jeśli już to prędzej czy później kończy się to 'happy endem'? Czemu i ja uległam złudnemu wyobrażeniu, że mogę być tym szczęśliwcem, który po wyboistej drodze i serii nieszczęśliwych dni ujrzy wreszcie słońce na niebie?
Do testowania pozostało 6 dni, ale szczerze wątpię by aż tyle to wszystko trwało. Po kilku dniach euforii, kolejnej nadziei, że tym razem się uda, że przecież zasługuję na to, że Bóg uczyni coś pięknego w moim życiu, wyszedł klops. To co zawsze - boli dolna część kręgosłupa promieniując na uda, bolą pachwiny, boli podbrzusze i boli serce, bo dotarło, że w tym cyklu nie będzie nic nadzwyczajnego, że nic się nie zmieni, nie będzie fajerwerków. Nie będzie cudu. Co więc robię? Siedzę i płaczę, już nie tak histerycznie jak dawniej, teraz to cichy płacz, tym razem serce krzyczy. Czuję jak w gardle mam ucisk, jak pieką mnie oczy, a nogi uginają się i słabną. Opłaczę ten cykl już teraz by jak @ przyjdzie było lżej, o ile jest to możliwe. Jak ja to powiem K.? Co dalej? Nie mam żadnego planu.
Wykańcza mnie psychicznie ten długi okres kiedy wiem, że nic z tego. Normalnie dziewczyny przeżywają ból jak pojawia się @, kiedy mija zaczynają działać od nowa. U mnie trwa to znacznie dłużej... zaczyna się tydzień przed miesiączką, z każdym ukłuciem i bólem, przypominam sobie, że znów się nie udało. To tak jakby @ pojawiała się codziennie przez 10 dni, kilka razy dziennie. I za każdym razem krwawi serce.
Plamienie, plamienie, trzeci dzień z rzędu... Dziś trochę mocniej, nawet krew i skrzepów trochę, ale tylko raz. Nie traktuję tego jak @. Chyba, że gin za tydzień powie inaczej. Zmieniłam termin wizyty na przyszły wtorek. Jestem ciekawa co powie...
Dzisiaj się dowiedziałam, że koleżanka z liceum jest w ciąży z trzecim dzieckiem... Pierwsze było totalną wpadką, potem wzięli ślub (razem z chrzcinami), a teraz znowu wpadka... Ona trzy, a ja zero
Dlaczego to takie niesprawiedliwe

Dzisiaj miałam HSG. Ogólne wrażenia: katorga. Ale może po kolei:
Wczoraj przyjęcie na oddział. Po infekcji nie było na szczęście śladu, bo wcześniej miałam HSG umówione na 25 stycznia i zostałam odesłana ze względu na infekcję. Wczoraj było wszystko w porządku. Na izbie przyjęć na Reymonta w Opolu siedziałam od 8, a o 12 dopiero weszłam na salę. Po wywiadzie z lekarzem i ulokowaniu na sali, podpisaniu zgody na zabieg - miałam luz do wieczora. Leżała ze mną na sali dziewczyna, która też miała HSG. Więc we dwie spędziłyśmy czas na rozmowach i oglądaniu telewizji. Ogólnie źle się czułam, gardło mnie bolało już kilka dni wcześniej. Na sali było tak gorąco i było bardzo suche powietrze, że pół nocy oblewały mnie poty i miałam wrażenie, że zemdleję. Ale najgorsze miało dopiero nadejść.
Nie chcę nikogo straszyć, jedynie opisuję swoje doświadczenie. Rano dostałyśmy kroplówkę, która leciała 3 godziny. Po sekundowej rozmowie z lekarzem miałyśmy ustalony zabieg na 10, ale dopiero po 11 wzięli na HSG moją współlokatorkę. Wcześniej obie dostałyśmy po 2 zastrzyki, które miały zadziałać odprężająco i znieczulająco. W moim odczuciu, zapewniły jedynie zawroty głowy - siku szłam zrobić w asyście położnej, bo mnie zupełnie ścięło z nóg. Koleżankę przywieźli w miarę szybko, a później mnie wzięli na wózek i zawieźli na RTG...
W sali był lekarz, położna, studentka która mnie przywiozła na wózku i pani radiolog. Stół do był wyposażony jak fotel ginekologiczny, także w asyście mojej obstawy zostałam tam umiejscowiona. I wtedy zaczęła się moja katorga. Szanowny pan doktor, który chyba tam za karę siedział, poinformował że zakłada wziernik. W rzeczywistości czułam, jakby mnie rozpychał łopatą od środka. Później jakby wkręcanie wężyka, musiałam się następnie podsunąć na płaski stół. Wtedy wlał kontrast - uczucie rozpychania, pieczenia i ogólnie, kłucia. Ale do przeżycia, pierwszy raz był spoko. Mocniejszy ból niż przy okresie, ale naprawdę do przeżycia. A później słowa doktorka: "Masakra, wszystko mi wypływa, niedrożne. Spróbujemy jeszcze raz". Myślę sobie, ok, próbuj gościu, dam radę. Ponownie zaczął mi gmerać, wkręcać, siłować się. Już widać, że zasapany i nie daje rady. Ponownie ta sama procedura, ból już mocniejszy. Ale myślę sobie, przeżyję. Doktorek trzęsącymi się dłońmi usuwa sprzęt, znowu się wylewa, niedrożne. Zaczęłam się lekko dygotać na tym stole, serce mi waliło jak szalone, 1500 scenariuszy przed oczami. Doktorek stwierdził, że jeszcze raz próbuje. Mówi, że ciężko się dostać, że mam "dziwną" szyjkę, że jest ciasna i krótka. Bla, bla, bla. Wtedy trafił mnie szlag, ból był już masakryczny, trzeci raz znowu nie udany. Niedrożne. Słyszę jak przez mgłę, że mówi do położnej, że może by kogoś z góry przyprowadzić, bardziej doświadczonego. Widać było gołym okiem, że żółtodziób. Ostatkiem sił sama się wtrąciłam i poprosiłam, że chcę innego lekarza. Okryli mnie, w sali zgromadziło się kilka innych osób. Zadałam lekarzowi pytanie: "A co, jeśli fatycznie są niedrożne?
Co dalej?". A on takim olewatorskim tonem, jakby trochę obrażony że nie dał rady i poprosiłam o innego lekarza: "No jak to co, in vitro". Wtedy już wybuchnęłam. Świat mi się zawalił. Łzy zaczęły lecieć po policzkach. Położna studentka widziała, że ledwo zipię. Złapała mnie za rękę, zaczęła uspokajać. Po jakimś czasie, który wydawał się być wiecznością, przyszła lekarka. Wyjaśnili jej o co chodzi, zażądała mniejszego sprzętu - nie wiem dokładnie, o co chodziło. I nagle ulga. Całą procedurę, którą doktorek spartaczył 3 razy i tak mnie bolało, ona zrobiła w kilka krótkich minut. Zakładanie sprzętu niemal bezboleśnie. Wkręcanie wężyka nieco bolało. Ale wtedy poczułam nieco inny ból niż wcześniej, jakby głębiej. Nagle pach, poszedł kontrast, wrzasnęłam z bólu, ale bolało jedynie chwilę. Dotarły do mnie słowa lekarki, że "dobra wiadomość, oba drożne". Dygotałam się jeszcze na tym stole dobrych kilka minut, odłączyli sprzęt. Okazało się, że doktorek za słabo wkręcał mi ten wężyk i za płytko umieścił cały sprzęt, dlatego wszystko wypływało. Byłam naprawdę wściekła, ból jest nie do opisania, bo 4 razy taka sama procedura. Inaczej pewnie, jak ktoś ma zrobione to raz a porządnie - tak jak ja za czwartym razem przez kompetentną lekarkę...
Co teraz czuję? Ogromną ulgę. Jestem mega zmęczona po tym wszystkim, głowę mi rozsadza, zasypiam na siedząco. Po zabiegu drzemałam w sali, mąż po mnie przyjechał po 17. Przez te wszystkie komplikacje jutro mam jeszcze leżeć w domu. Krwawię, ale już chyba coraz mniej. Głowa mi eksploduje. Ogólnie po tych lekach czuję się jak na ogromnym kacu mordercy... Ale cieszę się, że jednak wszystko jest drożne. Bo jakby potwierdziły się słowa niekompetentnego doktorka - chyba bym się załamała...
35 tydzień
Dzień zaczął się nawet przyjemnie - byłam u fryzjera (od półtora roku nawet nie przycinałam końcówek
), pogadałam sobie, poplotkowałam... ale w drodze do domu zaczął mnie dziwnie boleć brzuch. Przy wstawaniu i chodzeniu ból się nasilał. Był tak intensywny, że w pewnym momencie nie potrafiłam się wyprostować gdy chciałam iść do toalety... Dopiero teraz, wieczorem dolegliwości ustąpiły... nie wiem czy to brzuch schodzi nieco w dół czy maluch podrażnił mi jakieś nerw czy gdzieś uciskał. Czułam po prostu ciągnienie w dół i ból (w okolicy linii bikini)... Czy któraś tak miała? Jak leżałam było ok, choć czułam się ciężko i zmiana pozycji była kłopotliwa. Teraz znów na wieczór mam zatwardzenie, czuję, że jelita są pełne, ale pomaga mi tylko kawa (na noc się jej na pewno nie napiję), a próbowałam i kiwi, maślankę, kefir, śliwki czy ziarna oraz otręby.... No nic pozostaje czekać do rozwiązania... w końcu to już za miesiąc...
Dzisiaj była rutynowa wizyta na Karowej. Wszystko w normie. Tętno zbadane detektorkiem - 140
Wyleczyłam się z chęci zakupu detektora. Pani dr ma trudności, żeby detektorem złapać tętno, to ja chyba bym zeszła ze stresu, że go nie ma o_O
Cytomegalia ujemna i wszystkie inne wyniki też ok. (NFZ, więc wyniki szpitalne poznaję dopiero podczas wizyty). Jedyne, co mnie trochę niepokoi, to fakt, że tydzień temu doktorek z Kliniki stwierdził, że grozi mi anemia, bo parametry krwi spadają, więc zapisał mi Magne B6 i Tardyferon 2x dziennie. No i zonk, bo dzisiaj pani dr ze szpitala stwierdziła, że morfologię mam w normie... i miej tu dwóch lekarzy 
Jednak nie zamierzam rezygnować ani z Karowej ani z Bociana. Karowa mi ogarnia cukier, sjogrena i wszelkie patologie z tym związane, czas AV itd. Ale tu lekarza mam tylko raz na miesiąc bez możliwości kontaktu. Za to w Klinice lekarza mam wręcz na telefon (na razie, odpukać, nie było potrzeby, ale sama świadomość uspokaja) i on dużo bardziej zna mój organizm, no i jest endokrynologiem do tego, więc wyciągam z obu usług jak najwięcej dla siebie i Małego Ludka
a że czasami się robi zamieszanie... Postanowiłam, że ruskim targiem będę sobie brać ten Tardyferon, ale 1x dziennie i magnez też 1 raz dziennie.
Dzisiaj się zorientowałam, że nie powiedziałam wcześniej pani dr., że mam mutację MTHFR. Doktorek mówił, że to ma niewielkie znaczenie i wpływ na ciążę i tylko kobiety stresuje. Za to pani dr. dzisiaj stwierdziła, że to b. ważne i z miejsca mi dodatkowo zaaplikowała dodatkowy kwas foliowy (obok Femibionu który biorę), Acard i Vegevit (chyba taka nazwa).
A już się cieszyłam, że mam mniej tabletek niż przez ostatnie lata podczas starań 
Jutro połówkowe. Oczywiście prywatnie w Klinice, bo dzisiaj dostałam skierowanie szpitalne na usg dopiero w 30 tc. Wcześniej niby nie ma potrzeby, bo mi zrobią echo w 25 tc., ale skoro tak, to sobie sami zafundujemy gruntowne badanko jutro
Trochę się stresuję...
Wiadomość wyedytowana przez autora 2 września 2019, 15:18
Dzisiejszy dzień można zaliczyć do udanych. Ostatnie dni można do takich zaliczyć. Czy to dzięki pracy? Jestem wykończona, ale za to nie mam sił się kłócić
Można powiedzieć, że póki co wszystko się układa. Chciałam się wyrwać z domu, przebywać wśród ludzi, a praca mi to umożliwia. Moi współpracownicy są naprawdę świetny, a szef to niezły luzak. Póki co uczę się, czasem popełniam błędy, wdrażam się, ale bardzo się staram bo w sumie zależy mi na tej pracy. Godziny są super (6/8 etatu) co umożliwia mi zawiezienie i odebranie córki z przedszkola. Nawet zdążę zrobić jakieś zakupy po drodze. Pierwszy tydzień był ciężki bo nie umiałam sobie poukładać popołudniowych spraw, ale teraz już mi to całkiem nieźle wychodzi. Dobrze, że jestem zorganizowaną osobą. Pani Marta (moja dietetyk) kazała wprowadzić h-500 (lek który siłą działania równa się z dobrą kawą) 3 razy dziennie także przypływ energii jest. Szkoda, że mentalnie trochę krucho. Przez bb (boreliozę) mam straszne zaniki pamięci. Choć wydaję mi się, że już się to troszkę cofa.
A teraz w sekrecie
- w niedzielę zgrzeszyłam i wypiłam bardzo słabą kawę (oczywiście niesłodzoną). Aż mi się błogo zrobiło. Nie wiem co najpierw zjem i wypiję jak już skończę leczenie ??!!
Dzisiejszy dzień można zaliczyć do udanych. Ostatnie dni można do takich zaliczyć. Czy to dzięki pracy? Jestem wykończona, ale za to nie mam sił się kłócić
Można powiedzieć, że póki co wszystko się układa. Chciałam się wyrwać z domu, przebywać wśród ludzi, a praca mi to umożliwia. Moi współpracownicy są naprawdę świetny, a szef to niezły luzak. Póki co uczę się, czasem popełniam błędy, wdrażam się, ale bardzo się staram bo w sumie zależy mi na tej pracy. Godziny są super (6/8 etatu) co umożliwia mi zawiezienie i odebranie córki z przedszkola. Nawet zdążę zrobić jakieś zakupy po drodze. Pierwszy tydzień był ciężki bo nie umiałam sobie poukładać popołudniowych spraw, ale teraz już mi to całkiem nieźle wychodzi. Dobrze, że jestem zorganizowaną osobą. Pani Marta (moja dietetyk) kazała wprowadzić h-500 (lek który siłą działania równa się z dobrą kawą) 3 razy dziennie także przypływ energii jest. Szkoda, że mentalnie trochę krucho. Przez bb (boreliozę) mam straszne zaniki pamięci. Choć wydaję mi się, że już się to troszkę cofa.
A teraz w sekrecie
- w niedzielę zgrzeszyłam i wypiłam bardzo słabą kawę (oczywiście niesłodzoną). Aż mi się błogo zrobiło. Nie wiem co najpierw zjem i wypiję jak już skończę leczenie ??!!
28+6 (29tc)
Dziś pierwszy raz zauważyłam siarę! W staniku jakieś białe plamy zagościły,wiec myślałam,że to może od kremu na rozstepy...postanowilam ścisnac sutka i zauważyłam kropelke mleka.Rozczulilo mnie to niesamowicie i... uświadomiło,że za 10tyg spotkamy się z naszym Synkiem
niby to długo,a z drugiej strony czasu coraz mniej...oby nie przed terminem CC.
Boże miej nas w opiece.
Dzień dobry 
Długo mnie nie było. Troszkę przeciągły się moje walentynki
Zrobiliśmy sobie tydzień leniuszka
Gdyby nie fakt, że dziś zaczyna się mój 61 dc to stwierdziła bym, że z tych upojnych nocy i dni musiało by się urodzić maleńkie szczęście w brzuszku 
Zaczynam się zastanawiać czy jest możliwe, żeby doszło do późnej owulacji i ewentualnie do późnego zagnieżdżenia, czuję się fatalnie. Świat się kręci zdecydowanie za szybko, z tego zawirowania aż mnie mdli
Chyba czas odwiedzić aptekę i uspokoić swoje myśli. Oczywiście na luzie bez parcia na bubu.
Objawy: osłabienie, zawroty głowy, mdłości, nadęty brzuch (nie gazy ani wzdęcia), kłucia w macicy, śmieszny ból w piersiach no i wodospad śluzu. Coś jest nie tak, tylko pytanie co?
Układam sobie w głowie plan dnia. Wszystko idzie super, wszystko poukładane i zaplanowane, niemalże co do godziny. Zostaje pytanie co na obiad. Hmmm może ryż, jakiś sosik ze schabem i zasmażana marchewką? albo roladki serowe, ziemniaczki i mizeria? Nie mam kompletnie pomysłu na obiad. Najchętniej zamówiła bym pizze lub kebaba i miała bym spokój...
A teraz idę zrobić kawę, otulę się kocykiem, wezmę książkę i stracę poczucie czasu. Idealny plan na zimny poranek
I co że w domu jest multum rzeczy do zrobienia? Jutro też będzie tyle samo 
Życzę miłego dnia 
Beta z wczoraj z popołudnia:
Robiona w innym labo bo w tym dostępnym w mojej miejscowości nie robią popołudniu.
1231 mIU/ml
(inne normy są podane czy to ma jakiś wpływ?i jeszcze ten dopisek na wynikach: badanie wykonano jakimś tam testerem. Wyniki uzyskane przy użyciu innych producentów nie są równoznaczne z wynikami tego testu)
W sumie to nie wiem czy jest ok? Ech... jak zwykle będę się dalej denerwować
Ale tak po cichutku, bardzo po cichutku się cieszę 
Kalkulator HCG mówi że w normie:
HCG podwaja się co 2 dni 11 godzin (60 godzin).
Średni dwudniowy przyrost to 491 mlU/ml (74.7%) (w normie).
A kalendarz Belly krzyczy że poniżej normy.
No nic nie pozostaje mi nic innego jak w piątek lecieć na kolejną Betę. 
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 lutego 2018, 07:43
20tyg+5dni
Wypoczywam...
super wyrwac sie z wlasnych 4 scian...
Kocham Cie maly zwierzaczku!!!
Ehh jakie życie jest nieprzewidywalne. Jeszcze wczoraj miałam jakiś plan, a dziś już 180 stopni inaczej. Czemu ludzie są tacy podli? jak można zdobywać czyjeś zaufanie a potem je tak podeptać? ciężko mi ale podniosę się i będę silniejsza. wiem na czym stoję. Boże pomóż choć chyba na to nie zasługuję. nie popełnię drugi raz tego samego błędu.
Teraz już będzie tylko lepiej. Musi być.
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 lutego 2018, 12:18
Jak ten czas do @ się dłuży, ja pitole.
Oj trochę nie pisałam, bo tak właściwie niewiele się wydarzyło. Gin przebąkuje coś o IVF, ale jakoś na razie nie mogę się zdecydować - przekonania nie pozwalają, choć nie wykluczam.
Nie bardzo mam pomysł na dalsze działania. Szukam, czytam, co miesiąc tulę się z M. i nadal nic.
Od miesiąca biorę Castagnus - podobno pomaga w zajściu. Zobaczymy. Na razie czekam na @ i po porannym teście wiem, że przyjdzie, mimo 2 dni spóźnienia.
Głupia @.
Jeśli ktoś mówi, że należy "wyluzować" chyba sam nie przerabiał tej problematyki! Można się starać nabrać dystansu, ale wyluzować w pełni się nie da! Samo słowo "staranie się" wyklucza luźne podejście do tematu.
22 DC
No więc tak. Zapisałam nas do ginekologa na 26 marca. Już będzie po owulacji i przed miesiączką. Jestem w szoku bo wizyta kosztuje 200 zł. Ja się pytam za co? Ostatnio zapłaciliśmy za 15 minuty nie dowiedziałam się nawet czy jestem po owulacji i czy pecherzyk pękł co się stało z resztą pecherZYkow i co tam w ogóle jest. Ehh.... Makabra.
Myślałam że ta ginekolog z mojego miasta okaże się człowiekiem i mi zleci badania chociaż tyle ? Na coś te cholerne składki place więc niech skorzystam! Nie. Przepisała mi tylko prolaktyne i po obciążeniu. W dupę niech sobie to wsadziłam. Powiedziała ze nie da mi tych badań bo nie jestem owłosiona i mam regularne miesiączki. Poza tym z takim nasieniem to nie ma szansy na dziecko. Głupia baba. Strasznie mnie wkurzyła. Bogiem jest że mówi takie rzeczy? Nie ma szans... Z jej wiedza to z pewnością. Nie nadaje się ta baba do niczego.
4 km zrobione. Dzisiaj myślałam że wymiekne szybko, ale dałam radę. Musiałam. Jak zobaczyłam że już 4 km to odpadłam z sił dosłownie. Chyba długo nie zmienię tego wyniku. To nic. Ważne że czuje się fizycznie i psychicznie lepiej z tym że bieg niż z tym że leże na kanapie. Jutro może poćwicze że sztanga. Chciałabym widzieć już pierwsze efekty, to z pewnością będzie mnie motywowało by biegać i biegać. Ciesze się że zaraziłam się tym od męża. W sumie to nie tylko biegnie ale taki fajny czas na wyciszenie sie, posłuchanie muzyki i przemyślenia dosłownie o wszystkim. Muszę dokupić jeszcze trochę suplementów emkowi bo i za 3 mące powtórzymy badanie.
Dochodzę do wniosku zera baba w sumie zle mi nie mówiła. Mimo że była buraczana w każdym calu to taka jest prawda że naszym nasieniem jest mala a nawet zerowa szansa na ciążę. Poprostu zostawiam to lekarzowi bierW taka kasę że niech on się martwi. Ja będę chodziła n badania które zleci i tyle.mam nadzieję tylko że nie będzie tragedii.
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 lutego 2018, 23:48
Dziś 25 dc.
25 odcinek telenoweli pt. "Powkręcam sobie, że jestem w ciąży".
W drugiej ciąży, tej utraconej, miałam coś w stylu zawrotów głowy. Stałam sobie i nagle czułam, jak bym odrywała się od rzeczywistości. Raz nawet dałam ze dwa kroki w bok, bo nie mogłam utrzymać równowagi. To był 15.10, a ja po powrocie do domu nasikałam na test, zobaczyłam że negatyw, zrobiłam sobie kawę xxl (do tej pory mam wyrzuty sumienia, o wypijaną wtedy kawę) i byłam pewna, że w ciąży nie jestem. Nie mogłam być wtedy w ciąży, bo nie wydawało mi się, że mogę mieć takie szczęście. Jednak je miałam. Udało się... Test zrobiłam dwa dni później, po tym jak mnie zamroczyło na parkingu pod marketem. Ok godz. 17, dwa dni przed @. Od razu druga kreska.
A teraz mi odwala.
Na początku miesiąca czułam beznadzieję, że na 100% się nie uda, że taki fart to nie dla mnie.
W czasie starań rezerwa. Tak szczerze, to prawdziwy ogień czułam tylko pierwszego dnia starań.
Teraz dni ciągną mi się jak flaki z olejem. Codziennie patrzę, który to dzień cyklu. Jak by od samego patrzenia strzałka na zegarze miała zapierniczać nieco szybciej.
Raz miałam chwilowy zawrót głowy, poczułam jakieś kłucie w brzuchu, osłabienie, senność, niestrawność... Szajba totalna. Wkręcam sobie. Wkręcam sobie na całego. Ale to chyba normalne, co? W końcu mi zależy.
Wczoraj zrobiłam nawet test. Nie miał prawa wyjść, wiem, ale oprzeć się nie mogłam. Jak to mówi Zygmunt - bielsze nie będzie. No nie będzie.
Marzec czeka mnie kosmiczny. Co miesiąc zastanawia mnie to, że niby wyrabiam godziny całego etatu, a grafik mam ułożony tak durnie, że czuję się, jak bym z pracy nie wychodziła. To nie jest tak, że ciążę traktuję jako potencjalną drogę ucieczki z pracy, ale po ostatnich przejściach przekonałam się, że moja praca to ostatnia rzecz na świecie, jaką warto się przejmować. Jak się uda, to uciekam. I mam nadzieję, ze już na zawsze. Że po macierzyńskim poszukam czegoś nowego. Że nie będę już musiała przejmować się tym, że za cudze przekręty stracę pracę. Dość bycia jeleniem.
Czuję, że jutro znowu będę sikać.
21dc / 18cs
Postanowiłam dać o sobie znać
. Coraz mniej tu zaglądam ale jestem, chyba trochę odpuściłam. Owulacja w tym cyklu przesunęła się pewnie przez stres: praca, pogrzeb cioci itp. Z moim obserwacji wynika, że owu miałam w 17dc czyli będzie troszkę dłuższy cykl ale to nic. Troszkę dziwny ten cykl bo mam jakieś cholernie mocne przeczucie, że tym razem się udało a właściwie uda bo pewnie zagnieżdżanie dopiero będzie. Sama siebie w myślach wyklinam za te przeczucia ale to jest silniejsze.. dziwne troche. Nie nakręcam się, nie doszukuję sie objawów, nie odliczam dni lutealnych jak to zwykle bywało a jednak siedzi we mnie te przeczucie. Jeśli jednak mylę się i znowu przyjdzie wstrętna @ to nie będę płakać bo już nie płaczę, już przywykłam. Boję się głośno mówić o tych przeczuciach ale one naprawdę są, siedzą mi w głowie i za cholerę nie chcą wyjść. Aj co ma być to będzie.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.