Nie da się ukryć że mam człowieka w brzuchu!!!
http://naforum.zapodaj.net/thumbs/a4edc14c7346.jpg
http://naforum.zapodaj.net/thumbs/cfdc5fcf1a05.jpg
Dzidzia wierciła się strasznie i machała rączkami i nóżkami
cudowny widok!!!!
Wg dzisiejszego usg 10t3/4d czyli by było 2-3 dni więcej niż wychodziło z poprzednich usg. Mam nadzieje że to nic złego i taki tylko błąd pomiarowy
Prenatalne 19.02 i wtedy maleństwo dokładnie pomierzą 
Dziś oddycham z ulgą!!! Jeszcze nigdy nie byłam tak bardzo w ciąży!!!
Maluch pozdrawia wszystkie podczytujące ciocie :*
Wróciłam!!!!!!!!!!
Moja nieobecność była spowodowana awarią ovu. Nie mogłam robić wpisów w pamiętniku, czytać komentarzy. Czekałam na naprawę i się doczekałam 
Postaram się nadrobić wszystko w miarę chronologicznie a jest co. Dla niecierpliwych wszystko u nas dobrze 
Ciąża rozpoczęta 30 stycznia 2019
A żeby było ciekawiej kolejna miesiączka przypada w Dzień Ojca , a następna w urodziny. No poprostu - nic tylko siedzieć i płakać .... albo się "cieszyć".
Gdzie jak nie tu mogę wylać wszystko co w duszy siedzi... Nie ocenicie, a nawet jeśli... Tu mogę zniknąć za pomocą jednego przycisku. Czasem czuję się jak wariatka - bo kto normalny rozmyśla o ciąży, zwłaszcza utraconej, dzień w dzień. Serio, nie ma dnia bez mysli o staraniach albo o poronieniu. I nie, nie da się tego wyciszyć - ja nie potrafię. Mogę wymyślać zajęcia, mogę gotować, pracować, oglądać film, spacerować, a za chwilę znów ten sam temat... Teraz, im bliżej terminu porodu, tym mocniej to odczuwam. Znów śnią mi się złe rzeczy, śni mi się ten wieczór gdy to się stało. Krew. Ból.
Nie rozmawiam o tym z nikim, trzymam wszystko w sobie. Mojego P. i tak martwi moj smutek, nie chcę mu dokładać swoich problemów. Nie ma za mną lekko. Staram się być najlepsza, staram się by nie musiał się przejmować tym, że mi wcale się nie poprawia... Każdy przechodzi żałobę na swój sposób i w swoim czasie, ale ja mam wrażenie, że po chwili wytchnienia to wszystko wraca. Działam na autopilocie, gotuję, piorę, sprzątam, bo trzeba. Wszystko dla niego, bo zasługuje.Jest moją jedyna pozytywną rzeczą w życiu. Czasem myślę, że wyczerpałam limit... Że mam jego i dziecko to już byłaby przesada. Że nie zasłużyłam na więcej.
Boję się, że nie jest ze mną wszystko ok...
34 tydzień (33t 5 d)
Już w domu! Wypisali mnie wczoraj. Mimo że w szpitalu wbrew pozorom nie było tak źle, dobrze wyspać się we własnym łóżku. Z maleństwem wszystko w porządku. Prawdopodobnie pękło jakieś naczynko w szyjce i stąd plamienie, bo poza tym szyjka długa, zamknięta, wody na swoim miejscu, z łożyskiem ok, ktg w normie. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona postawą lekarzy, ponieważ naprawdę potraktowali mnie z należytą uwagą i każdy mówił, że zawsze wszystko lepiej sprawdzić i pojechać na IP o jeden raz za dużo niż o jeden raz za mało.
Kilka scenek z życia:
W niedzielę późnym wieczorem wracamy do siebie. Na przeciwko mieszka małżeństwo, mniej więcej w naszym wieku, z około 3-letnim synkiem, psem i kotem. Raz na miesiąc, może raz na półtora, jest większa draka (no u kogo nie ma?), ale tym razem to przeginka. Sąsiad leży pod drzwiami. Odór alkoholu. Cofnęłam się, bo nie wiedziałam, czy brzydko mówiąc trup czy jeszcze dycha. Mężuś zaordynował "Właź do mieszkania", a potem do sąsiada:
M: "Dzień dobry Sąsiedzie!"
S: "A, dzień dobry, dzień dobry!"
M: "Co? Nie chce wpuścić do mieszkania?"
S: "A no nie chce, a portfel i telefon tam zostawiłem"
M: "Herbatą może Sąsiada poczęstować?"
S: "Nie dziękuję, ja tylko na tą ku.wę czekam, aż mi co moje odda, a potem spier.alam stąd"
Mężuś wrócił do chaty, a za chwilę za drzwiami draka. Sąsiad zaczął się dobijać do swojego mieszkania, no tak, że chyba go całe osiedle słyszało, a przy tym leciały teksty w stylu "Oddaj, co moje, Ty stara ku.wo, zaje.ię Cię, słyszysz, zapie.dolę Cię, cały ku.wa blok wie, że jesteś starą ku.wą i się puszczasz" - ja wiem, wiem, że to jest tragedia tych ludzi i nie można się śmiać, ale rzuciłam do Mężusia znad kubka parującej herbaty w bamboszkach (a to jednak zmienia postrzeganie rzeczywistości) "Ty, czegoś chyba nie wiemy, co nie? - "Cicho kobieto, daj posłuchać, okien przecież nie będę otwierał" 
Zaczęliśmy nad tą herbatą debatować, czy wzywamy policję, czy nie, jeśli nie wzywamy, to co robimy. Plan ustaliliśmy - Mężuś ma wyjść do Sąsiada, powiedzieć mu, że on mu przekaże portfel i komórkę, tylko, żeby poczekał na parterze, a do Sąsiadki ma powiedzieć, gdyby nic innego nie zadziałało, że szkoda dziecka, bo przecież dziecko wszystko widzi i słyszy. Gdyby się zaczęło niefajnie dziać, to ja siedzę po swojej stronie drzwi z wybranym numerem policji na telefonie i na umówione hasło dzwonię po odpowiednie służby. Ok, no to postanowione działamy. Mężuś otwiera drzwi, a tam policja. To zamknęliśmy drzwi i tyle. Policja po 15 minutach wyszła, Sąsiad za nimi "Bo to stara ku.wa jest" i został w mieszkaniu. Po 15 minutach wyszedł. I potem całą noc, albo od strony podwórka, albo z drugiej strony bloku, albo też i w klatce wrzeszczał "Ty stara ku.wo, zajeb.ę Cię, jesteś szmatą" i łomotanie do drzwi.
Scenka druga: jesteśmy sobie na rowerkach, obok idzie sobie kobieta mniej więcej w naszym wieku, zapatrzona w telefon komórkowy, kilka metrów za nią, idzie dziewczynka, na oko 3-letnia. Nie nadąża za matką, a matka nie pozwala jej nadążyć. No, może w tym telefonie, w tej chwili było coś super ważnego i nie mogła przestać. Ale wyglądało to na totalne olanie dziecka.
Scenka trzecia: Mężuś jest na szkoleniu, a tam spotyka kolegę z zawodu, wiadomo przez telefon o wszystkim się nie pogada, a na co dzień gada się o sprawach służbowych. Pan lat 33. Wyszło z rozmów, że jest już po rozwodzie, który skwitował tak "A przekichałem sobie, to się rozwiodłem". Dziecko lekko ponad rok. Przeurocza (zgodnie z tym, co mówił Mężuś) dziewczynka. I teraz kolega Mężusia nawet nie widuje swojej córki, bo przeprowadził się 130 km od poprzedniego miejsca zamieszkania.
Oczywiście w międzyczasie widzieliśmy wiele rodzin spacerujących z wózkami, z dziećmi, jeżdżących na rolkach, rowerach, korzystających z uroków jesieni. Tym staram się nie zazdrościć. Ale te powyższe sytuacje pokazują dramaty dzieci. Bo ja dzieci mieć nie mogę. Ale jakbym miała takiemu małego Mężusiowi albo małej Krąseleczce zafundować takie sceny walenia w drzwi i wyzywania się, albo taki brak czasu i uwagi? To chyba gorszy dramat niż nie mieć dzieci?
Punkt kolejny. Rozmawialiśmy o naszej sytuacji.
K: "Mężuś, a myślisz czasem o naszej sytuacji?"
M: "Nie. Nie tylko czasem. Myślę o tym cały czas. Ale to, że myślę nie powoduje, że znajduję rozwiązania."
K: "Bo wiesz, ja się boję, że nigdy się nie uda zostać nam biologicznymi rodzicami."
M: "Nie bój się. Uda nam się. Tylko potrzebujemy więcej czasu."
K: "Chciałabym powiedzieć rodzinie. W grudniu. Bo znowu są Święta i znowu będę słyszeć te durne życzenia >>no i dzieciaczka Wam życzę<<"
M: "Kurde, Krąs, czy możesz się uspokoić? Ja nie chcę niczyjego współczucia, a jeśli kiedykolwiek, tak wiem, Ty teraz tego nie chcesz, ale może zmienisz zdanie, skorzystamy z dawcy nasienia, to ok, ja się pogodziłem z tym, że biologicznie, to nie będzie moje dziecko, ale niech ono społecznie będzie moje!!! Wyobrażasz sobie dzień dziecka, że dzieci Twojego rodzeństwa dostają np. samochody z klocków lego, a nasze dziecko czekoladę, albo dziadkowie nie przychodzą do niego do przedszkola na Dzień Babci i Dziadka, bo nie jest ich prawdziwym wnukiem? Chciałabyś tego? Jakbyś się czuła? Jakby ono się czuło? Kojarzysz zachowanie swojej ciotki jak leżałaś na reumatologii, te durne artykuły i sposoby leczenia?
K: "Yhym."
M: "To będzie tak samo, tylko dziesięć razy gorzej. I nie wiem, w co wierzysz, ale tak będzie. Chcesz tego?"
K: "Nie."
M: "Ja też nie."
K: "A myślisz o naszym dziecku?"
M: "Nieustannie"
K: "Coś konkretnie?"
M: "Że ono jest już tak z góry kochane. Z naddatkiem. A nadmiar nie jest dobry. I że może się okazać, że tym nadmiarem miłości je skrzywdzimy."
K: "Nie przesadzasz?"
M: "Ani trochę. Ale kocham je już teraz."
W chwili obecnej powiedział mi, że potrzebuje przerwy dłuższej niż miesiąc i do następnej procedury to podchodziłby dopiero w grudniu. Gdy powiedziałam o świętach i przerwie noworocznej, to zreflektował się, że to może niezbyt trafiony pomysł. No i jeszcze kwestia trwałości szczepień i magicznego okresu 6 miesięcy po histeroskopii i laparoskopii. Na razie 7 października mamy 3.szczepienie, 9 października badanie nasienia (ostatnie mamy z lipca, a powtórzył kilka dni temu hormony i znowu delikatnie odbiegają od normy), 10 października dzień wizyt warszawskich (4 lekarzy), a potem decyzje. A na teraz wygrzebałam conceive gel z szuflady, nie zaszkodzi.
Dziś byliśmy także w Ośrodku Adopcyjnym dowiedzieć się, co i jak. Ogólne wrażenia: strata czasu. Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy za krótko małżeństwem, bo żeby zacząć procedurę trzeba mieć 5 lat stażu małżeńskiego, a my mamy półtora roku. To, że się staramy o dziecko prawie 4 lata nie ma znaczenia, to że łącznie jesteśmy ze sobą prawie 12 lat nie ma znaczenia. Kierownik OA stwierdziła, że to, co przed małżeństwem "to nie związek". Aż mnie zatkało. Każdemu życzę takiego nie-związku w takim razie. Sporo przeszliśmy, pewnie sporo przed nami, sama niepłodność jest solidną lekcją, ale idziemy razem. Cały czas. Kłócimy się (kto się nie kłóci - niech pierwszy rzuci kamieniem), śmiejemy się, gotujemy, oglądamy filmy, spacerujemy, dyskutujemy, rozpalamy ogniska, wędrujemy, zwiedzamy Polskę i świat, czytamy książki, towarzyszymy sobie, dbamy o siebie, po prostu jesteśmy razem, ramię w ramię od pięknych 12 lat. I to, co przed małżeństwem "to nie związek". Pani też powiedziała, że pewne rzeczy zrozumiemy w trakcie procedury adopcyjnej, bo nie da się ich wytłumaczyć.
A dlaczego 5 lat? - Takie są wytyczne. - A gdzie je mogę znaleźć, czyje wytyczne? - Proszę Pani, nie mam czasu ich teraz szukać, proszę je sobie znaleźć w internecie - Proszę Pani, powiedziała Pani, że mamy wygospodarować godzinę czasu na to spotkanie, minęło 10 minut, sądzę jednak, że ma Pani ten czas. - Ale spotkanie nie ma polegać na podawaniu wytycznych, tym bardziej, że telefonicznie mogła Pani zapytać o staż, albo powiedzieć. - Próbowałam o coś zapytać, to powiedziała mi Pani w trakcie tej telefonicznej rozmowy, że adopcja jest na tyle ważkim tematem, że wszelkie rozmowy jej dotyczące muszą odbywać się bezpośrednio.
Ponadto dowiedzieliśmy się, że najpierw jest etap diagnozy, potem szkolenie, szkolenie to 9 tygodni, 1 spotkanie w tygodniu, a poza tym, że jesteśmy bardzo młodzi (mamy po 32 lata, Mężuś już skończone, u mnie za niecały miesiąc pyknie), że średnia wieku w tym OA to 35 - 37 lat. - A na co czekać? - No teraz mają Państwo na przebolenie straty i pogodzenie się z losem. - No, ale pewnie w wieku 35 lat to już nie będziemy mieć szansy na adopcję dziecka małego, takiego do 2 lat - Ależ nie, skądże, jak najbardziej, przyjmujemy, że do 40 r.ż. Poza tym wie Pani, czasem jak przychodzą ludzie w Państwa wieku, ze ślubem w wieku lat 20, to oni wtedy mają już ponad 10-letni staż małżeński - Krąs robi wtedy wielkie zdziwko i po prostu nie ogarnia na cóż jej ta wiadomość i co ona zmieni w jej życiu, że wynajdzie zaraz maszynę do przenoszenia w czasie, odszuka Mężusia wcześniej, zaciągnie go do ołtarza już po pierwszej randce i będzie zajebiście?
Poza tym, wiecie, że statystycznie najwięcej rozwodów jest w 7.roku trwania małżeństwa? Co im daje te 5 lat?
Przy rozmowie obecna była także pani pedagog. Lat 22. Nie to, żeby wiek był przeszkodą do pracy w takim ośrodku. Ale. Przecież to młoda siksa jest, co ona wie o życiu. Ku.wa. Bez jaj. Bez urazy dla młodych Staraczek. I ona ma doradzać ludziom walczącym z niepłodnością, po przejściach... Wolałabym tam widzieć człowieka w wieku 50 lat z mega doświadczeniem i wyczuciem.
Ogólnie stwierdziliśmy, że szybciej będzie, jak weźmiemy rozwód i przystąpimy do adopcji jako single. Mąż rzecz nabyta. Żona też. Zaprosiła nas za, w drodze wyjątku, półtora roku, może 2 lata. Nie, dziękuję. Nawet jak, to nie w tym ośrodku. Nie było między nami chemii. I te pretensje, że przez telefon nie powiedziałam o stażu małżeńskim, no a skąd mogłam to wiedzieć? Specjalnie nic nie czytaliśmy, żeby dowiedzieć się od źródła! Potem, już na spokojnie podzwoniłam do innych ośrodków, spoza województwa, bo babsztyl powiedział, że wytyczne są na całe województwo. Kielce mają 5 lat, Łódź ma 5 lat. Ale Lublin nie ma wymogu odnoście stażu małżeńskiego, tylko tam kobieta powiedziała, że przeszkodą może być odległość między nami a OA.
W zakresie wytycznych - to nie są przepisy prawa, ot ktoś sobie wymyślił, ale to z dupy wynika, są ogólne wytyczne Rzecznika Praw Dziecka, że jak małżeństwo to z 3-letnim stażem.
Będziemy myśleć i decydować.
Mąż mnie irytuje tak bardzo, że kolejny raz chcę powiedzieć mu aby się wyprowadził, tylko brak mi odwagi
Już jesteśmy po akcie. Działka oficjalnie jest nasza. Teraz planujemy ogrodzić ale słysze różne opinie.
Dzieci moje są już tak podjarane tym,źe bedziemy mieć domek. Ale jak pomyśle ile nam to lat zajmie to juz tak fajnie nie jest. Troche sie pochorowaliśmy. Ja walcze z zatokami, dzieci kaszel a Nelcio ma zapalenie oskrzeli i niestety antybiotyk:( Póki co odciągnam mu mleko ale coraz mniej go mam
i to chyba koniec naszej mlecznej drogi. Bie udało mi się go karmić do roku ale 8 miesięcy to tez sukces
i tak jie schudłam i tak
hahshhs najważniejsze ode mnie już dostał. Podjęłam decyzję. Ide na wychowawczy na rok. Potem może uda mi się rozchulać na nowo stylizację paznokci. Póki co chce sie skupić na Nelciu. Strasznie zafiksowałam na jego punkcie
słyszałam,że 3cie dziecko jest najbardziej kochane i to prawda
Póki co malutki siedzi ale też juz tak szytwno nogi ma że niebawem zacznie testować wstawianie
czekam aż powie ta kilka magicznych słów 
Ja.... nie czuję sie dobrze ze sobą. Chodzę na pilates żeby powoli wrócić do formy. A jak sie rozruszam to polece na zumbę
6t2d
Wczoraj miałam drugą betę w życiu. Wynik: 19242,25 mlU/ml
Fajnie widzieć taki wynik!
Niestety w wynikach ogólnych moczu wyszły Azotyny i bardzo liczne bakterię, więc jutro ginekolog. A ja dalej na wakacjach w Polsce i myślałam, że pójdę już u siebie. Znalazłam na znanymlekarzu jakiegoś super lekarza, mam nadzieję że mnie nie zawiedzie. Więc jutro zrobię to usg, choć chciałam być z H na badaniu.
Wiadomość wyedytowana przez autora 27 marca 2019, 16:32
Cykl w tym miesiącu spisuje na straty, temperatura skacze raz góra, raz dół. może owulacja wcale nie zaszła, a pęcherzyk który pękł był pusty. Wczoraj czułam już rozdrażnienie przed okresem, wszystko mnie w domu wkurzało, piersi mnie bolą, kuje mnie w prawym jajniku. Ale zrobiłam coś dla siebie, poćwiczyłam i trochę się zrelaksowałam. W następnym cyklu zrobię na początku badania zobaczymy, a czerwcu mam zrobić drożność jajowodów. Chociaż nie wiem czy nie lepiej iść do kliniki i żeby oni to zlecili to jeszcze zobaczę.
Słoneczko pięknie świeci ale zimno... wiatr taki wieje. Dzisiaj mam ochotę się wybrać na kijki i pospacerować. Zobaczymy czy pogoda pozwoli.
05 MARZEC - 43 dzień wspólnego życia
Początki były trudne jednak to już za nami. Tata zaczął się angażować, pomagać mamie. Ustaliliśmy "grafik" co drugą noc kto inny wstaje do Adasia. Adam pije mleko dwa razy w noc. Było już kilka dni że pił tylko raz jednak wróciliśmy do 2 butli. Mamy z synem swój rytm dnia. Wstajemy ok 7, Młody kręci się i jęczy już od 6 a mama robi co chwila "ćsi" i tak przeciągamy do 7 - 7.30
Potem obowiązkowe zwiedzanie domu na rękach mamy, na szczęście już co raz krótsze. Adaś szybko orientuje się gdzie jest i chce do swojego pokoju do zabawek. Mama się ubiera i ogarnia trochę (bardzo trochę) a potem Adasia mama ubiera. Je Synu śniadanie kasze łyżeczką, z reguły przy śniadaniu robi kupę
więc trza się przebrać i do zabawy. Babcia przychodzi ok 9 ponieważ nasz piesek chce na dwór. Jak już wszyscy są po porannej toalecie, babcia bawi się z wnukiem a mama robi co się da (obiad, pranie, sprzątanie..... co zdąży). Babcia pozwala wnusiowi na wiele żeby nie napisać że na wszystko. A i jak by mogła to owinęła by go folią bąbelkową by się przypadkiem nie zadrapał
W zależności jak minęła noc pierwszą drzemkę mamy między 10 a 11. Śpimy różnie od 40 minut do 3 godzin. Jak pogoda jest ładna to idziemy na spacer i śpimy na świeżym powietrzu. Pierwsze spacery były trudne ponieważ Adam nie wiedział o co chodzi. Jak wsadzałam go do wózka to był jak sparaliżowany. Teraz lubi spacery, rozgląda się jest ciekawy wszystkiego. Po drzemce bawimy się, rozrabiamy, szalejemy. Około 13 jemy obiad. Gotujemy na zmianę, Adaś lubi próbować różne rzeczy, robi przy tym tak kosmiczne miny
niczego jednak nie wypluwa. Chwila moment i po 14 wraca tata do domu. Mama z tatą jedzą obiad i tata przejmuje Syna. Podwieczorek mamy ok 16 jemy owoce, jogurt, co nam wpadnie w ręce. I kolejna drzemka max 1,5 godziny. Jak Synu wstanie to bawimy się w jego pokoju. Mama z reguły siada w fotelu i czyta bajki. Na razie zainteresowania bajkami nie ma żadnego a przynajmniej jak jakieś jest to Adaś skrzętnie je ukrywa przed mamą hi hi hi. Po bajkach jemy kolację z reguły kasza i coś, myjemy się i idziemy spać. i tak mijają nam dni.
Odkąd Adaś jest z nami odwiedzamy lekarzy na wizyty kontrolne. Byliśmy w poradni około porodowej wszystko dobrze, jednak pani nie podoba się, że Adaś nie mówi jeszcze. Mamy się pokazać za pół roku. U okulisty też wszystko dobrze, ale wizyta za rok. Odwiedziliśmy też audiologa. Przez swoje wcześniactwo powinien mieć wykonane badanie słuchu abr. Na wizycie lekarka stwierdziła że Adam nie dosłyszy , my nic takiego nie zauważyliśmy. Kazała zrobić badanie abr następnego dnia. A więc kazano nam go obudzić o 2 w nocy, nie dać mu spać do 8 i zjawić się w szpitalu na badaniu. Niestety Adaś nie zasnął podczas badania i wszystko cały nasz trud poszedł na marne. Wyznaczono nam nowy termin na 18 kwietnia. Trochę się martwię tym jego słuchem a najbardziej tym że badanie nie zostało zrobione. Naszym zdaniem nie ma w tym szpitalu warunków do wykonania takiego badania. Pokój znajduje się przy korytarzu gdzie są rehabilitacje dla dzieci. Dzieciaki biegają krzyczą, dorośli trzaskają drzwiami. I jak takie szkraby mają zasnąć w takich warunkach? Jeszcze po zaśnięciu trzeba położyć dziecko na kozetce. Jak dla mnie paranoja. Tylko go kładliśmy, pielęgniarka podchodziła a On oczy jak 5zł. Stwierdziliśmy z Marcinem że spróbujemy w kwietniu jeszcze raz. Bedzie z nami dłużej może poczuje się bezpieczniej i się uda. Jak nie to wykonamy badanie prywatnie w domu. Nie możemy tego zaniedbać. Czeka nas jeszcze wizyta u kardiologa ale to na koniec marca. Najbardziej mnie denerwuje, że jesteśmy zależni od placówki. Na wizytach zawsze jest ktoś od nich. Jego opiekunka prawna potrafi zadzwonić i powiedzieć, że jutro mamy wizytę. Musimy się im tłumaczyć, no nic aby do 16 kwietnia, po rozprawie będziemy sami o wszystkim decydować. Jak poznaliśmy Syna to ledwo się przemieszczał. Mama zrobiła rozeznanie i zapialiśmy się na rehabilitację prywatnie oczywiście. Jeździmy raz w tygodniu. Aktualnie łobuz już staje przy meblach a babcię wytresował by go prowadzała za ręce. Rehabilitantka twierdzi że wszystko jego mowa, ruch, wybudzanie w nocy, nerwy jest ze sobą powiązane. Wszystko da się wypracować tylko potrzebujemy czasu ( i oczywiście pieniędzy). Na razie dziadek funduje wnukowi "w-f". Potem damy radę, pieniądze muszą się znaleźć. Zrobimy wszystko co w naszej mocy by Adaś nadrobił braki. Damy mu szansę na właściwy rozwój. Od paru dni bolą go zęby, ma opuchnięte dziąsła, nie chce przez to jeść, jest niespokojny i marudny. Mama przekopała cały internet w poszukiwaniu ulgi dla Syna. Staramy się by jak najmniej bolało. Wróciliśmy do jedzenia papek by nie podrażniać dziąseł. Męczymy się wszyscy. Może za parę dni wszystko minie. Pogoda się popsuła to i spacery odpadają i tak kisimy się w domu.
Dzisiaj mogę trochę napisać, bo to tata wstaje w nocy 
4dc?
Sama nie wiem, wczoraj ledwo coś plamilam... Może to po prostu ostatki po poronieniu?... Sama nie wiem co myśleć... A nie pójdę na usg dopóki nie przestanę całkowicie plamic... Chciałabym mieć to za sobą i zacząć starania...
. Czy wszystko musi się komplikowac?!?!?!
Wczoraj skończyliśmy 3 miesiące, a dzisiaj 13 tygodni ❤️ Nasza Miluśka to już kawał bobasa, gada jak najęta, śmieje się i piszczy na nasz widok
to są te chwile kiedy wiem, że moje życie dopiero odkąd się pojawiła nabrało sensu
każdy jej postęp, każda nowa umiejętność napawa mnie dumą i nieopisanym szczęściem!! Oczywiście nie zawsze jest cukierkowo. Szczerze mówiąc, to ostatnie 2 tygodnie były dosyć ciężkie dla mnie emocjonalnie. Młoda miała bunt cyckowy i byłam już o włos od przejścia na butlę. W kółko wpędzałam się w poczucie winy, że nie potrafię wykarmić swojego dziecka, ryczałam po kątach, a mój gniew i frustracja osiągały gigantyczne wartości. Od 3 dni jest dużo lepiej
Młoda je i jest przy tym tak urocza, że naprawdę mam ochotę kp dalej. Kiedy byłam w ciąży jako minimum postawiłam sobie 3 miesiące kp, max 6. Na dzień dzisiejszy wiem, że będę walczyć o moją laktację tyle ile dam radę. Tak to wszystko się zmienia
Z mężem nadal super, trafił mi się po prostu najlepszy możliwy egzemplarz, życzę Wam dziewczyny, aby każda z Was miała takiego towarzysza życia, na którego można liczyć w każdej sytuacji ❤️ 7 marca świętujemy 14 lat naszego związku i... Rocznicę poczęcia naszego cudu hahaha 
Na koniec kilka danych "technicznych" naszej dziewuszki:
* Waga ok. 5kg
* Ubranka 56 z przewagą 62 (w końcu
)
* pieluszki rozmiar 2 (Lupilu i Dada są idealne, bo są z tych mniejszych 2, Pampers i Babydream jeszcze trochę przyduże) - testujemy wszystkie marki i będziemy decydować, które używać na codzień. Na szczęście alergii brak.
* Młoda pięknie się uśmiecha, gada, opowiada i od 2 dni piszczy na nasz widok 
* Idzie spać ok. 20, o 23 karmienie i śpi do 4-5. Potem znowu cyc i śpi do ok. 7. Wtedy już wstajemy.
* Ulubiona zabawka to gryzak grzybek ze Smyka, grzechotka z Kubusiem Puchatkiem i karuzela nad łóżeczkiem.
* Lubi leżeć na brzuszku, pięknie trzyma główkę, powoli zaczyna się obracać.
Pozdrawiamy Was serdecznie ❤️
14 TC (13 tc 0d)
II TRYMESTR.
Hej, witam się w rozpoczętym drugim trymestrze ciąży. Jak się czuję? Super! Wróciła mi energia, ogólne zmęczenie odeszło w dal. Mam ochotę sprzątać, biegać hehe no ale opanowuję się
Energię pochłania mi mój syn czego wynikiem jest fakt że zasypiam lekko po 21. No ale wstaję razem z nim koło 6 i tak dzień na pełnych obrotach mi mija.
Ogólnie czuję się dobrze. Brzusio rośnie. Waga +1,8 kg więc super! Teraz mam fazę na koktajle. Nakupiłam owoców, kafirów, warzyw! i Blenduję co się da
Dziś np. 1/2 gruszki, 1/2 jabłka, 1 ogórek zielony, woda. Mniam. Szok że koktajl z ogórkiem może tak rześko smakować 
Co do synia to jest dobrze. Ładnie je, nie odmawia niczego. W nocy budzi się dwa razy ale tylko po smoka i dalej śpi, nie karmię go w nocy już od skończonych 2 mc! Maszeruje z chodzikiem po całym pokoju. Coraz więcej mówi sylab, bababa, bebebe, eeeee, aaaa, mammmamamama, tatatata, dadadada itp
W ciągu dnia nadal dwie drzemki. Za 10 dni kończy 11 mc!
36+4
Ciężkich 5 dni. Dziś już miałam serdecznie dość czekania. Przeryczałam z godzinę czekając w nieskończoność na USG. Mąż przyjechał i jak mnie zobaczył to ogarnął mi USG w dosłownie 5 minut. Lekarka jak mnie zobaczyła to zapytała co się dzieje i co mi tak przeszkadza w szpitalu. Chciała mnie trzymać do piątku, żeby znów skontrolować młodego. Poprosiłam najpierw o wyniki. Mały skoczył z 2200g (bo tak wymierzyli w szpitalu, niby 200g mniej niż na kontrolnej tego samego dnia u mojej lekarki) do 2410g w 5 dni więc ładnie. Przepływy ok, macica jeszcze się nie starzeje. Wody w dalszym ciągu na poziomie 6. Najpierw mówiła, że moje wyjście byłoby lekkomyślne, później (chyba widząc wyniki) trochę złagodniała. Powiedziała, że medycznie nie ma powodów mnie puścić bo chciałaby poczekać do 37 tygodnia albo do 2500g. Ale nie jestem też w stanie, żeby kategorycznie mi odradzać wyjście. Obgadałam z mężem, sprawdziłam czy gdzieś mnie przyjmą w piątek, żeby się skontrolować na własną rękę (udało się w Angeliusie w Kato, a tam miałam operację w czerwcu i było ok) i WYSZŁAM NA ŻĄDANIE 😥
Położne powiedziały, że jakby mnie cokolwiek martwiło to mam przyjść na izbę i mnie przyjmą nawet bez skierowania, co mnie dodatkowo uspokoiło. Mąż jeszcze pogadał z lekarką i ponoć bardzo spokojnie z nim rozmawiała, że mnie ma jakiegoś zagrożenia więc jestem dobrej myśli. Bałam się odpowiedzialności, to nasza pierwsza ciężka rodzicielska decyzja. Ale uznałam, że ograniczając stres, ohydne, zdecydowanie niezdrowe szpitalne żarcie i przede wszystkim bakterie wyjdzie nam to na zdrowie.
A! I nie wiem jak oni to wszystko liczą ale dziś lekarka powiedziała, że mały jest na 16 centylu, a nie 35 🤔
Ależ zaległości tu mam.....
- 21 lutego miałam pierwszą wizytę stymulacyjną, no w końcu czas przyspieszył. Rano badania hormonów: Progesteron 0,09, Estradiol 8, AMH 3,27. Doszły zastrzyki z Menopuru - lekarz przez pierwsze 4 dni podwyższył dawkę bo mam dużo pęcherzyków ( 225 przez 4 dni, a potem 150 przez kolejne 4 dni).
Już 6 dnia stymulacji zaczęłam czuć jajniki, z każdym dniem bardziej. Bolą przy każdej czynności, pilnować się trzeba co byle zryw i już jajniki sprowadzają mnie na ziemię. Zaczynają boleć piersi, pojawia się delikatnie śluz płodny.
- 1 marca (piątek), kolejna wizyta stymulacyjna - podglądowa. Rano badania hormonów: progesteron 1,08, LH 9,1, estradiol 4460. Na USG widać 10 pęcherzyków w lewym jajniku (rozmiar 13-19mm) na prawym 12 (rozmiar 13-21), endometrium 10.
Lekarz martwi się wysokim estradiolem, twierdzi że jest zagrożenie hiperstymulacją, do tego ja bardzo liczę na świeży transfer. Decyduje się wstrzymać mi już menopur, przepisuje dostinex, kolejnego dnia mam wziąć sam gonapeptyl i następnego dnia zrobić rano badania na sam estradiol i pokazać mu. Pobranie komórek umówione na poniedziałek 5 marca.
Zgodnie z zaleceniami w sobotę rano lecę na krew, potem czekam na wyniki i dupa.... 5886 - zamiast spaść to wzrosło !!!!
Lekarz kręci głową, ogląda jeszcze jajniki - no nie wyglądają tak źle.... decyduje się odroczyć punkcję o jeden dzień i dać mi jeszcze jeden dzień z gonapeptylem, ale bez menopuru.... kurcze - znowu czekanie, znowu dzień dłużej - mam serdecznie dość.
Od 2 dni moje wahania nastroju są masakryczne, potrafię iść ulicą i ryczeć - nie wiedzieć czemu.
Kolejna moja przyjaciółka oznajmiła m,i że jest w ciąży.... to już druga - obie w 3 miesiącu są. Cieszę się ogromnie, bo wiem że też miały przejścia przed pierwszymi ciążami, ale wygrały - mają już dzieci - a ja wciąż stoję w miejscu....
Dziś poniedziałek - miała być punkcja - wzięłam wcześniej wolne w pracy bo nie chciałam brać L4, więc siedzę w domu. Na jutro już wolnego nie dam rady - zostaje L4 czyli wszystko nie tak jak miało być. Mężowi udało się przemienić urlop.
Głowa pracuje, brzuch boli. Dopiero jutro mają ocenić po punkcji czy będzie świeży transfer czy nie, jak wygląda zagrożenie hiperką, jeśli będzie to w sobotę (bo w niedzielę nie pracują) i wtedy podają molulę - 4 dniowca- czyli też nie tak jak zawsze, bo klinika wyznaje zasadę transferu w stadium blastki ( 5 doba)..
Nie wiem sama co myśleć o tym wszystkim, w głowie mi się gotuje i czarnowidztwo mi się załącza 
wiem jedno - że nie mam na to wpływu - i chyba to jest najgorsze.....
15 dc
TRANSFER.
Wstalam rano, bez nerwow i wiekszych emocji. Az sama sie sobie dziwie ze jestem taka opanowana. Transfer mial byc o godz.14.20. Pojechalam wczesniej autobusem do miasta i udalam sie do galerii handlowej. Lazilam troche po sklepach. O godz.13 bylam juz w klinice. Wygladalo to mniej wiecej tak:
- recepcja 2100zl
- wizyta u doktorka, pokazal nasze blastocysty. Zaplodnilo sie 8 szt i wybrano najlepszego.
- czekajac na transfer, do kliniki dojechal malz (nie bylo to konieczne ale chcial)
- zabiegowka, tym razem do ubioru byla juz tylko spodniczka, pilam duzo wody.
- sam transfer trwal moze 3min?? Bol taki jak przy badaniach cytologi/posiewu, czyli znosnie
- widzialam na ekranie jak doktorek umieszczal nasze babelki (doslownie tak wygladalo jak babelki) w jamie macicy
- po wszystkim przewieziono mnie na sale, lezalam 25min
- po wyjsciu zrobilam jeszcze progesteron wg zalecenia lekarza.
- kontyuacja przyjmowania lekow, a za 2 tyg test bety.
Jestem spokojna, czy to normalne? Cala ta nagonka i strach przed ivf to jakies zarty. Wszystko trwalo krotko bez wiekszego bolu.
Teraz czekamy
Wiadomość wyedytowana przez autora 4 marca 2019, 18:02
Bardzo się rozpisuje
inaczej się niestety nie da 
Badania nie wyszły złe, ale pani immunolog i tak kazała brać leki i zastrzyki. Przegadaliśmy sprawę z Emkiem, decyzja zapadła, że skoro mamy jeszcze 2 próby refundowane to podchodzimy. W klinice kazali zadzwonić jak tylko dostanę @, umówią nas na wizytę i zaczynamy całą procedurę od początku. Okres nie chciał przyjść, z kliniki wydzwaniali czy już bo mamy kolejkę. Próbowałam wytłumaczyć że nie mam na to wpływu. Skoro nie chcą dać mi leków na wywołanie to musimy czekać aż @ przyjdzie sama. Przyszła po 64 dniach. Byłam w szoku, nigdy tak nie miałam. Pojechałam na wizytę zaczynającą stymulację. Machina ruszyła od nowa. Leki, zastrzyki, podglądanie. Każda wizyta u kogoś innego, frustrujące. Pod koniec stymulacji jedna z pań lekarek wygadała się, że mam torbiel. Jak tylko się zorientowała że nie mam o tym pojęcia zaczęła tłumaczyć,że koledzy nie powiedzieli bo jest mała i na pewno jeszcze się wchłonie. Wkurzyłam się. Kolejna punkcja, kolejne ok. 20 komórek jajowych pobranych. Tym razem nie ekscytowałam się ilością. Powrót do domu, czekanie na telefon kiedy transfer i wyjazd po nasze dziecko. Tym razem na pewno się uda. Przed transferem rozmowa z lekarzem. Niestety powtórka z rozrywki. Mamy tylko jeden zarodek. Pozostałe przestały się rozwijać
Po raz kolejny dostaliśmy kołkiem w łeb. Trzeba było szybko się pozbierać mamy przecież jedną kruszynkę. Transfer odbył się z problemami. Lekarz nie mógł umieścić kruszynki we właściwym miejscu. Próbował 3 razy. Zrobiliśmy przerwę. Lekarz wziął inną pacjentkę, ja zaczęłam chodzić po korytarzu, starałam się wyluzować i piłam wodę by pęcherz był pełny. Wróciłam na salę, poszło trochę lepiej ale nie bezproblemowo. Noc była tragiczna, miałam gorączkę, dreszcze, drgawki i rozwolnienie. Leżałam w łazience nago na zimnych płytkach. Nie miałam siły. Następnego dnie wracaliśmy do domu, rano poczułam się lepiej. Kolejny raz wykupiliśmy pakiet konsultacji telefonicznych, to był błąd. Pierwsze badanie bety 0,1 drugie 0,5 , trzecie badanie 3,1 pani konsultantka powiedziała, że to jeszcze nie ciąża ale coś się zaczęło dziać. Kazała za dwa dni zrobić kolejny pomiar bety. Pojechałam z mamą, przed wejściem do szpitala powiedziałam do niej,że byłabym w szoku jak coś by wyszło. Ona na to żebym się nie nastawiała i co wynik 12,1 CIĄŻĄ. Pani konsultantka na to że nie ma się z czego cieszyć, ciąża najpewniej uszkodzona, nie skończy się dobrze. Że co kuźwa???? Kobieto walczę 5 lat a ty mi takie bzdury opowiadasz??? Ja nigdy nie widziałam takiego wyniku. Ciąża, te cyferki pokazywały ciążę!!! Dodała jeszcze że jest 5% szans, że beta będzie rosła. 5% to ogrom dla mnie. Dodała jeszcze że mam się stawić w klinice za 2 dni i potwierdzić u nich wynik. Żałowałam potem że nie złożyłam skargi na nią. Jak można ludziom w naszej sytuacji mówić takie bzdury i to przez telefon!!! Zupełnie nie pamiętam tych dwóch dni, nic, zero. Chodziliśmy z mężem jak zombi. Pojechałam do Gdańska sama, Emek nie mógł. W życiu nigdzie nie jechałam tak długo, nawet do Zakopanego. Pobrali mi krew i czekałam na wizytę i wyrok. Modliłam się i błagałam by beta urosła. Czekanie dłużyło się w nieskończoność. Lekarz zaprosił mnie do gabinetu, okazał się tym samym co robił nam transfer. Ucieszyłam się na jego widok. Ledwo weszłam do gabinetu, nie mogłam utrzymać się na nogach. Wyraz twarzy miał kamienny. W końcu się odezwał. 115,2 ładnie pani Joanno. Co??? Co do mnie mówisz??? Zorientował się, że nie dociera do mnie co mówi. Zapytał nawet czy dobrze się czuje. A ja byłam w niebie, każda komórka mojego ciała wypełniona była szczęściem. Jesteśmy w CIĄŻY, udało się, w końcu, po tylu latach, cierpieniach udało się. Będziemy mieli dziecko. Pamiętam tylko jak mówił kiedy mamy udać się do naszego lekarza na serduszko. Jeszcze wspomniał, że nie ważne w jakim tempie rośnie beta tylko liczy się ze wzrasta. Wyfrunęłam z gabinetu, zadzwoniłam do Emka i wykrzyczałam mu w słuchawkę że się udało. Popłakaliśmy się, powiedział do mnie "mamo" a ja do niego "tato". Nasza euforia, szczęście i radość rozlewała sie na wszystkich. Emek wyszedł po mnie żeby mnie odebrać z dworca. Był tylko on, nikogo innego nie widziałam, jak w filmach rzuciliśmy sie sobie w ramiona. Szczęście, szczęście dookoła szczęście.
Czwarta strona pamiętnika. Nie przypuszczałam, że tak to zejdzie.
Marzec i nadejście wiosny jakoś przyśpieszył i tak też w naszych staraniach to wygląda. Wcześniej pisałam, że przełożono nam o ponad miesiąc wcześniej wizytę w Poradni Genetycznej. A w piątek Mężuś dostał smsa, że wizytę u lekarza ma w poniedziałek (czyli dziś), a nie w piątek
szybko trzeba było zrobić badania hormonów.
Wyniki:
estradiol: 74,17 (spadł w porównaniu z tym sprzed 2 tygodni o 20,87%, ale nadal przekracza normę męską, która jest do 44)
progesteron: 0,25 (spadł w porównaniu z tym sprzed 2 tygodni o 34,21%, ale nadal przekracza normę męską, która jest do 0,2)
testosteron: 9,1 (spadł w porównaniu z tym sprzed 2 tygodni o 18,75%, mieści się w górnej granicy normy do 9,23).
Także teges, także ten.
Lekarz na wizycie powiedział, że: zareagował dobrze na zaproponowane leczenie. FSH sprzed 2 tygodni przekracza normę, ale w ocenie lekarza, wynika to z tego, że organizm sam próbuje się wyregulować. Estradiol i progesteron spadają wolno, ale niektórzy tak mają i to jest ok. Testosteron zapewne jeszcze troszkę spadnie, ale nie powinien wrócić do poziomu startowego (około 2 jednostki). Mężuś pogadał też na temat ewentualnego rezonansu - zdaniem lekarza, na razie nie jest to konieczne, ale gdyby Mężuś się uparł, to proszę bardzo. Skoro jest reakcja na leczenie, to nie ma guza. No i ciekawostka w kwestii helicobacter pylori i przeciwciał przeciwplemnikowych. Lekarz powiedział, że helicobacter powoduje przeciwciała przeciwplemnikowe u 3% kobiet oraz u 6-7% mężczyzn. Jego zdaniem powoduje on powstawanie przeciwciał przeciwplemnikowych z komórek NK wtedy, gdy plemników jest mało. Komórki NK nie potrafią w takiej sytuacji rozróżnić, czy mają do czynienia z plemnikiem czy helicobacterem. Natomiast, gdy plemników jest dużo, potrafią rozróżnić i nie powodują powstawania przeciwciał przeciwplemnikowych, tylko przeciwciała przeciwko helicobacter. W ocenie lekarza, Mężuś powinien sprawdzić czy po kuracji hormonalnej produkcja plemników ruszyła. Jak ruszyła - nie przejmować się helicobacter. Jeśli nie ruszyła - przejąć się helicobacter i wyleczyć, bo leczenie antybiotykami jest mniej obciążające niż leczenie sterydami. My akurat i tak jesteśmy w trakcie leczenia helicobacter, to była raczej rozmowa - z czego to gówno wynika. I działanie nowych specyfików na helicobacter nie powoduje niszczenia plemników, ale powoduje, że składniki odżywcze, z których się one budują nie wnikają w ciało i plemniki nie mają z czego się zbudować.
Kontynuacja leczenia w zmniejszonej dawce, przełom marca/kwietnia badanie nasienia. Po badaniu nasienia i hormonów - wizyta u lekarza.
Ja czekam na @. Myślałam sobie, że może nie przyjdzie, może się udało. Ale dziś już czułam brzuch. Tak fr@ncowato czułam brzuch. Zobaczymy. Teraz jak biorę antybiotyki to może nawet lepiej byłoby gdyby się nie udało.
Jeśli @ przyjdzie: monitoring pomałpowy.
Z życia pozastaraniowego: złożyliśmy projekt na wstawienie okien i wykonanie stropu w Urzędzie Miejskim- przerabiamy strych na lokal mieszkalny. Czekamy na decyzję, a w międzyczasie czytamy o oknach. Plus Mężuś od tygodnia jest na diecie dr Dąbrowskiej - na schudnięcie i utrzymanie w ryzach cholesterolu. Wstępnie chciał iść na 2 tygodnie, żeby jednak 40-dniową dietą nie robić dodatkowego zamieszkania hormonom. Na wadze nic się nie zmieniło, ale widoczne jest (nie zmierzyliśmy na początku) w obwodzie talii i brzucha. Żałujemy bardzo, że nie mamy porównania z tym, jak wyglądały te obwody przed tygodniem. W zakresie sportu - ponieważ dotychczasowe treningi na siłowni i w domu nie przyniosły rezultatu w postaci utraty wagi i w miarę szybkiej poprawy sylwetki (różnica była zauważalna, ale dla Mężusia za mało), to wrócił miesiąc temu do uprawiania sportów walki. A mi po miesiącu wspinania tyłek się poprawił, łydki nabrały kształtów, siły w rękach przybyło (nie na tyle, by samodzielnie słoiki odkręcać ;P), nawet, jak to Mężuś stwierdził z przemiłym wyrazem zaskoczenia na twarzy - boki piersi się ujędrniły
Szanowna Lożo Szyderców - proszę się nie śmiać, mi raczej nie ma co wisieć, za chuda jestem na takie rzeczy, a pączki z Tłustego Czwartku nie poszły w cycki, i jak się okazało można było co nieco poprawić
na jogę w dalszym ciągu śmigam - w ramach relaksu, rozciągania, poznawania ludzi, nauki spokoju. Te "ciężarówki", od których to miałam się pozarażać ciążą - cóż została utworzona dla nich odrębna grupa. Liczę na szybkie dołączenie do tej grupy.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.