20tc
Połowa ciąży za mną, wiem, że się powtarzam, ale...jak ten czas leci!
1 sierpnia idziemy na USG połówkowe, nie mogę się doczekać, żeby zajrzeć co u Maleństwa, trochę stresu też jest, bo jeszcze nie miałam nigdy mierzonej szyjki, dopiero na połówkowym mam mieć pomiar. Na ostatnim USG w 15tc lekarka stwierdziła, że na 80% będzie dziewczynka, ciekawe czy uda się potwierdzić, czy jednak Młode skorzysta z tych 20% i zostanie chłopakiem
Co by nie było, będzie ukochane 
Trochę pogorszyła mi się morfologia, w 18tc hemoglobina 11,8 hematokryt 34%. Gin przepisał mi żelazo, bo jednak te wyniki są dość niskie, jak na połowę ciąży. Za 2 tygodnie kolejne pobranie i kontrola, czy jest poprawa.
W pracy dostałam w końcu wymarzony transfer, od 1 września przechodzę na nowe stanowisko. Co prawda pewnie z tydzień później pójdę na zwolnienie, ale moja nowa szefowa wie o tym i nie ma nic przeciwko. Jest naprawdę wspaniałą osobą, w przeciwieństwie do moich obecnych przełożonych, którzy jak tylko dowiedzieli się, że jestem w ciąży i zmieniam dział, zaczęli mi wrzucać tyle dodatkowych obowiązków, że ledwo się wyrabiam z pracą. Muszę wytrzymać jeszcze tylko miesiąc.
Na wyjazdach zawsze po pracy wychodzimy gdzieś zjeść coś dobrego. Tym razem było nie inaczej. Wychodzenie gdziekolwiek z rodzicami małych dzieci jest trudne. Biorąc pod uwagę, że posiada się generalnie dużą wiedzę na temat maluchów, uchodzę w pracy za eksperta od pielęgnacji, zabawek i akcesoriów - kiedyś pracowałam w sklepie z artykułami dla dzieci i wyopiekowałam kilkoro maluchów znajomych, więc pinęcie mam spore. Ale dołują mbie pytania z tego zakresu. Genaeralnie wczoraj popiłam, odstawiłam encorton na własną rękę, bo przecież jak się nie staramy to bie ma sensu szprycować się sterydami. Zeszłam stopbiowo z dawki bo jak poprostu przestałam brać to mbie telepało
Nie wiem kiedy wznowimy starania, chciałabym od października, ale nie wiem czy będę gotowa. Ale chyba w sumie na to nie da się być w 100% gotowym. Zobaczymy, na razie staram się o tym nie myśleć, ale same widzicie jak mi to wychodzi.
Beta 2.2
Prog 20.3
Wiec albo nie jestem w ciazy albo przestrzelilam, czyli dokladnie tak jak myslalam...
Ale jakos podswiadomie czuje, ze jestem...
Zrobie w poniedzialek znow, nadzieja umiera ostatnia ❤️
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 czerwca 2022, 14:37
Starania...Czym są? Wg niektórych wystarczy współżyć w płodne dni i po sprawie. Uda się. A jak jest problem, to wyluzować, bo głowa blokuje. I wszystko. Teraz na pewno będzie ciąża.
.
.
.
No nie, to nie wszystko. Starania to comiesięczne łzy, bo @ przyszła, to jedna kreska, biel vizira. To mierzenie temperatury, sprawdzanie śluzu, notatki, tabelki... Tabletki i zastrzyki, którymi się faszerujemy. Co rusz to inne, bo może te inne zadziałają. To częste badania, rozkładanie nóg, wieczne kłucie i pobieranie krwi... Witaminy, zioła, cuda wianki. Nowenna Pompejańska, pasek św. Dominika... Modlitwa, wiara, brak wiary. To ciągłe wizyty u lekarzy (których widujesz częściej niż przyjaciół), a co za tym idzie - wolne od pracy, a przecież urlop się kiedyś kończy... Prośby, tłumaczenia, spóźnianie się, wychodzenie wcześniej... Złośliwe komentarze, bezczelne pytania, "złote rady"... Czasem to chwile upadku, po których podnosimy się, by za miesiąc czy dwa znów upaść... Często to odgradzanie się od kobiet w ciąży, od dzieci... Izolacja. Samotność. Depresja. I milion myśli... Życie od @ do @, doszukiwanie się objawów, tak zawsze obecnych i oczywistych... Szukanie rozwiązań, podejmowanie decyzji...
Starania to bardzo skomplikowany proces, który nie zawsze kończy się pomyślnie. Niestety nie każdy to rozumie...
22 cs świadomie z obserwacją organizmu, 38-40 cs ze zdaniem się na los.
Wczoraj zdenerwowanie, to całe rozdygotanie procedurą, ale też i zachowanie Brata, mojej Rodziny, durnego psa na podwórku (long story) oraz sąsiada, który podkrada moje miejsce parkingowe, sięgnęło zenitu. Jadąc odcinek 10 minut - jechałam na automacie. W sensie skrzynię mam manualną, chodzi mi o automat w mojej głowie. Trasy nie pamiętam. Myśli fruwały dowolnie, w ogóle nad nimi nie panowałam. Wjeżdżając na podwórko (na to samo, co wcześniej dobry tysiąc razy i dokładnie przecież wiem, jak wjechać, żeby nie obić samochodu, ściana została cała, murek wokół piwnicy nie uszkodził mi auta, nie uszkodzić stojących obok poloneza caro, jakiegoś odpicowanego merca, opla astry, nie zabić szlajającego się pieseczka, uważać na złomiarkę, która czasem się tam przewija) zaryłam prawe tylne drzwi i prawe nadkole. Akurat tam rys nie miałam. Kawałek ściany (na rogu kamienicy) odpadł. Ze styropianem. No bo przecież ja się nie przejmuję, nie? To po prostu kolejny krok, zastrzyki, może się uda, może nie, ale ja się nie przejmuję. Wysiadłam, poryczałam się. Zadzwoniłam do Mężusia, powiedziałam (zawodziłam tak na klatce schodowej, pozdrawiam niniejszym moich sąsiadów):
K: "Maaam caaaaały booook zarysowany, i w ogóle mam dość Brata i tych zastrzyków i życia na odległość..."
M: "Krąsi, ale co Ci się stało, jak to bok masz porysowany, ktoś Cię napadł i z żebrami masz problem?"
K: "W aucie, w aucie mam cały bok porysowany, i znowu będziesz się śmiał."
M: "Jesteś cała! Ojeja, tak się cieszę, że nic Ci nie jest. Solennie obiecuję nie śmiać się ani z Ciebie ani z Twojego autka, naprawdę, a powiesz mi, czy to naprawdę jest powód do tego, żeby uznać, że dzień był fatalny?"
K: "Tak, powód jest wystarczająco dobry, mam cały bok porysowany i jeszcze te zastrzyki... (i tak jeszcze dłuuuuugo)"
Także teges. Paranoja.
Trzeci podgląd. Estradiol 2960,30, progesteron 1,03. Udało mi się być u mojej lekarz prowadzącej. także już fajnie.
Prawy jajnik 5 dojrzałych 21-25 mm i 5 małych.
Lewy jajnik: 5 dojrzałych 20-24,5 mm, nie pytaliśmy, ile małych.
Endometrium 9,2 mm.
Będziemy zapładniać wszystkie komórki z uwagi na czynnik męski. Pani doktor liczy na około 6-8 dojrzałych. Wstępnie jest ICSI.
Na porannej wizycie zapadła decyzja o punkcji w piątek. No i jednak znalazł się anestezjolog na piątek. Uff. Ale rano jeszcze nie wiedzieliśmy tego, czy będzie transfer. Transfer miał zależeć od wyników estradiolu. I lekarz przed chwilą zadzwoniła i powiedziała, że robimy transfer w tym cyklu
a ja się popłakałam ze szczęścia. Oczywiście rano przed wizytą i w trakcie poziom stresu i strachu był gdzież wysoko wśród samolotów. Potem przyszło zdenerwowanie na cały świat. Teraz ta radość i łzy szczęścia. Napisałam Mężusiowi info od lekarza i sms od niego:"Uff. Zawał mam chyba. Nie wierzę.".
Dlaczego nikt nie powiedział, że to są jeszcze większe wahania nastroju i emocji niż same starania, wizyty, leki??? Nie spodziewałam się, że może być jeszcze gorzej pod tym kątem, a tu co 5 sekund strach, radość, strach, obawa, szczęście, nadzieja, płacz!!!
Chciałam Wam też powiedzieć, że po warsztatach powstała solidna grupa wsparcia. Naprawdę taka fest. Zarówno dzięki tej grupie wsparcia oraz grupie wsparcia z ovufriend - przejście tego dziadostwa jest łatwiejsze. Nie potrafię sobie wyobrazić braku możliwości wymiany doświadczeń z Wami, braku możliwości wypisania się, zapytania się, poradzenia się.
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 lipca 2019, 13:53
34tc + 4 (35tc)
Synuś waży 2350 gram
, że tak powiem kawał chłopa z Niego
. Moja waga 60,5kg, tutaj niewiele się zmieniło
, ale najważniejsze, że Mały przybiera na wadze
. Co prawda jest troszkę poniżej średniej, to dlatego, że jestem na diecie.
Szyjkę nadal mam twardą i zamkniętą, nie dzieje się nic niepokojącego, doktor twierdzi, że na spokojnie dotrzymamy do terminu CC. Doktor prosił jedynie, żebym była już na miejscu, tzn. nie wyjeżdżała w dłuższe trasy.
We wtorek mam podjechać do gabinetu na pobranie do GBS i na KTG, a 2.08 mam ostatnią wizytę przed rozwiązaniem
.
Synuś
dokazywał dzisiaj już od 5:30
, wczoraj też za specjalnie nie dał mi spać
.
Ma już mało miejsca, chociaż ja nadal jestem w szoku, jak on się tam mieści 
Dzisiaj w delegacji. Jak co miesiąc, robię wewnętrzny audyt. Troche ciężko mi, bo jak byłam w ciąży to test wyszedł pozytywny właśnue w dniu wyjazdu tutaj. Te dwa dni nie myślałam wtedy o niczym innym, tylko o dzidziusiu. Nosiłam po jednym segregatorze, bardzo się oszczędzałam. To już któryś wyjazd po tym co się stało, a pierwsza myśl jak wysiadam z taksówki to "tutaj byłam w ciąży". Pamiętam jaka byłam szczęśliwa. Chciałabym znów taka być. Chciałabym znów być w ciąży...
Od lutowego poronienia mój cykl bardzo się zmienił. Śluz mam bardzo skąpy, miesiączki bardzo długie, ale nie aż tak obfite. Nie potrafię określić tego cholernego śluzu! Nie wiem kiedy mam dni płodne...
http://naforum.zapodaj.net/thumbs/1ad0515b2162.jpg
Wiadomość wyedytowana przez autora 17 maja 2014, 13:58
16 dc
Jest mi wszystko jedno w tym cyklu. Przez grypę chyba się trochę rozregulowalam, temperatura skacze wiec możliwe ze cykl jest bezowulacyjny. Cóż, bywa. Oczywiście zaraziłam męża, chociaż przeszedł to trochę łagodniej niż ja. Ciekawe, czy odbije się to na badaniach nasienia w marcu... Wróciłam do pracy po chorobowym i jak to zwykle bywa po przerwie, jest straszny kociokwik. Jeszcze szef na urlopie wiec wszystko spada na mnie 😑.
Oby do jutra, oby do @, oby do wiosny... 😧
13 dc
Miliony myśli, jedna za drugą, podczas wykonywania obowiązków w pracy, w domu, jadąc samochodem, nawet podczas relaksu
Relaks to on chyba w teorii, bo w głowie lista myśli - nawet spozycjonowana
Faceci to by chyba zwariowali, dosłownie! Schizofrenia murowana, bo te głosy...u mnie w głowie są cały czas, fakt faktem, że jest nim mój własny, ale jednak.
I tak sobie myślę, wspominam. Kiedyś "wpadka" była najgorszą tragedią życiową, bo przecież studia, potem kolejne, potem szumnie nazywana tzw. "kariera zawodowa". Zabezpieczałam się na dwa ba nawet czasem na 3 sposoby
bo przecież ani tabletki, ani prezerwatywy nie mają 100 proc
jakie to śmieszne z perspektywy czasu... Ale z drugiej strony, tak się bałam bo może wiedziałam podświadomie, że żaden z moich poprzednich partnerów nie był odpowiednim kandydatem ani na partnera życiowego, ani na ojca?
Mojego męża poznałam w wieku 29 lat, On pierwszy bo dosłownie po 2 spotkaniach niby to żartem, powiedział " ja wiem , że zostaniesz moją żoną, zobaczysz", a ja w śmiech, że niby miłość od pierwszego wejrzenia, nieee.... I cóż.. 2 lata od pierwszego "cześć" powiedziałam "tak". I już sobie życia bez niego nie wyobrażam. Nie wiem w ogóle jak ja mogłam bez niego funkcjonować, toż to wegetacja była, a nie życie. I właśnie...teraz brakuje tylko jednego, tupotu małych stópek...a tu w ciąże zajść, okazuje się wcale nie takim łatwym zadaniem...
Jutro wracam do pracy po 5 dniach urlopu. Mogłabym być na urlopie cały rok. Dobrze mi w domu. Dziś łyknęłam kwas foliowy, pierwszy raz od nieudanej IUI. Może na jesieni in vitro. Może, bo w sumie to już sama nie wiem czego chce. W sumie to ja już chyba nie chce dziecka, bo czuje się na to za stara. Ja chyba po prostu chcę odzyskać jakieś choćby złudne wrażenie, że decyduje o swoim życiu. Już chyba tylko po to chcę się starać (lub dlatego, że po 4 latach nie potrafię nie myśleć o dziecku). A to chyba słaby powód.
Zabkowanie trwa. Dzis dal koncert w nocy. A rano wstal o 5. Zombie zombie zombie... Wrocław fajny ale jakis taki duzy mi sie wydaje...
Piękna chwila.
Kawa i lody. Nawet z teściową smakują super gdy dziecko spi 
https://naforum.zapodaj.net/thumbs/fa659fb98dbc.jpg
Wiadomość wyedytowana przez autora 19 września 2018, 16:01
Moja wizyta jest wreszcie za mna i musze przyznac, zeby byla bardzo pozytywna a to w duzym stopniu zasluga lekarza. Bardzo wazne jest, zeby lekarz rozumial nasz problemy z zajsciem w ciaze, byl konkretny i rzeczowy, a przy tym powodowal, ze czujemy sie dobrze i nie obciazeni cala sytuacja. Za kazdym razem w klinice widzialam kogos innego( taki proces), zaczynajac od lekarza na praktykach az do specjalisty ktorego widzielismy wczoraj. Wyniki mojej laporoskopii byly dobre, okazalo sie ze wszystko jest drozne, nie mam endometriozy i moje TSH jest unormowane. Na papierze jestem okazem zdrowia, ale nadal zajsc w ciaze nie moge 🤐 wiec zaczynamy stumulowana inseminacje ale dopiero od nastepnego cyklu bo @ mam przewidziany na jutro a klinika musi zamowic wszystkie "prochy"😉 dla mnie. Lekarz zasugerowal nie wiecej niz 3 proby i potem przerzucic sie na invintro. Moze dobrze, ze bede miala chwile przerwy....
Znowu nie wiem co mysle, dlaczego nas to spotkalo, ze tyle juz czekamy. Nie wiem czy to ja czy moj PMS przeze mnie przemawia.
Będę rzygac.
Pokłociłam się ostatnio z D. Generalnie mam wrażenie, że jestem na skraju wytrzymałości fizycznej ze zmęczenia. Oprocz standardowo chujowych nocy, ostatnio były jeszcze nocne imprezy np. 23-3, no i teraz choroba, dzisiejsza np. nie było opcji odłożenia, co ja kłade to beczy. Jestem wykończona. D. generalnie spi na kanapie, ostatnio jak Hanka zagoraczkowała,ani siegnac po termometr (ona na rekach), ani leków naciągnąć do strzykawy, dzwonie do niego, spi. Pozniej w ciągu dnioa cos tam powiedział, więc wkurzyłam się na maksa i mówię mu, że gdyby spał w sypialni to nie musiałabym jak idiotka do własnego partnera dzwonic na tel żeby mi leki podał. A on mi, że musi się wysypiać bo chodzi do pracy i możemy się zamienić. Nosz kurwa możemy. Tylko on nie uśpi, nie nakarmi- nawet stałymi- jego odpowiedz "ona ode mnie nie chce"- tak wyswietla się jej to na czole. Ale bardziej wkurwiło mnie to, że przecież podjeliśmy decyzję, że Hania nie idzie do żłobka. Wiem, że ma odpowiedzialną pracę, prowadzi firmę jasne, ale w domu nie musi robić nic. Więc po chuj takie gadanie??
Ja żeby wyjść do fryzjera/dentysty musze ogranizowac swoją siostrę - bo D. nigdy nie ma. Jak siostra urodzi to chyba zwariuję, albo niańkę będę potrzebowała czasami.
Jak ktoś czytał mój pamiętnik od dawna, wie, że z "na swoim" jesteśmy znowu na wynajmowanym, do tego chujowym- dwupoziomowym. Hanka ma etap "wszystko razem" więc już mi ręce odpadają i nogi właza do tyłka od tego ciągłego tachania jej po pincet razy tam i sam. Zdecydowaliśmy, że nie będziemy się budować tylko po prostu kupimy dom. I tak czekamy aż się pojawi coś z sensem...a tu się nie pojawia. Zawsze mieliśmy przestronne mieszkania, teraz ta klitka mnie po prostu zabija.
Dzisiaj pokłóciłam się z mama. Rano pisze do mnie "jak tam", to odpisuję, że znowu ciężka noc, a ona mi, że pyta o Haneczkę. Aha. Pózniej widziałam się z siostra na kawie i mówi, że mama przyjezdza we wrześniu (siostra ma termin porodu). Tylko, ze wcześniej rozmawiałam z mama i mówi ze nie przyjedzie we wrześniu, tylko w październiku. Chodziło o impreze urodzinowa Haneczki. My się nie upieraliśmy żeby robić w sierpniu, spokojnie mogłobyc w połowie września, Siostra ma termin na koniec, no i mama by była. A ona mi odpsuje, ze "jak tam chcecie tylko tak,żebym zdazyła sobie ciuchy kupic". No kurwa i już mi puściły nerwy. Wyrzygałam jej, że jak ja urodziłam to nie miała czasu bywac u mnie bo tez miała swoje sprawy (bo tak serio było, była u mnie 3 razy), jak przyjezdza to ciagle gada jakie to mam szczęście ze mam D. ( jakbym ja była półinteligentem, bez wykształcenia, charakteru i chujwie czego), jakie mam grzeczne dziecko (czyli nie powinnam na nic narzekac). Więc okazało się, że "mam tupet i ona w ogole nie musi się przede mna tłumaczyć". Gdybym, na rzęsach śpiewała odę do wolności, robiąc przy tym beze pavłowa i fizyke kwantową ogarniala to i tak byłoby za mało.
Czuję się taka samotna.
Wczoraj w ogóle nie gadaliśmy z D., wymieniliśmy informacje dot. Hanki i poszłam na góre. Dzisiaj pisze jak się mamy, teraz ( ma dyżur) czy HAnka spi. Czy my jeszcze kiedyś pogadamy normalnie?
Trochę żałuję, że nie zdecydowałam się na powrót do pracy.
Dzisiaj pomyślałam, że zaczniemy jeździć z HAnką na rowerze, ale okazuje się, że gotowość dziecka do jazdy na rowerze to 18 msc... Tez pod górkę.
Aha- dałam dzisiaj Hance zjeść Jagodziankę. 4 gryzy- upackała mi nowa bluzkę- to była kara dla mnie. Wieczorem na kolację ( ja jadłam dopiero obiad) ona nie chce kaszki tylko udko. Dałam jej. Matką roku nie zostanę.
Przy usypianiu patrzyła na mnie z ufnością, z taką miłością- popłakałam się. Śpi na górze najcudowniejsza istota pod słońcem a ja jestem nią zmęczona.
Porzygałam. Dziękuję
P.S Wczoraj HAneczka dostała wysypkę. CZyli trzydniówka za nami.
13 DC
Wizyta w klinice u doktora Grygoruka. Wyjechałam o 12 z Ełku a wróciłam 19:30. Masakra. Straszną obsuwa była. Zamiast na 15 to na wizytę weszłam ok 16:30. Wizyta 5 min. Pęcherzyków więcej niż 12. Endometrium 7,6 mm. Punkcja sobota godzina 11:30. Płatność 5000 zł (za punkcję i hodowlę). W klinice mam być 11:10. Dzisiejsze wynik z krwi: estradiol 3222, Lh 5,05, progesteron 0,505. Brzuch mam wzdęty... Dzisiaj spotkałam Naszą koleżankę z Ovufriend - FotoAnna 😀 dziękuję Aniu jeszcze raz za spotkanie i oczywiście za leki z wiruskami ciążowymi :*
Podsumowałam wydatki: 2300 zł + paliwo. Muszę dokupić jeszcze Fraxiparine, bo lekarz przypisał mi clexane 0,4 a więc dawka za mała i 100% płatny a przecież ja mam refundację.
Dzisiaj Ovitrelle o 23:30 i betadine globulka na noc + dostinex 1 tabletka.
14 dc
" ciągle gonie i gonie i gonie, i co? doszedłem dokądś ? Nigdzie! nigdzie! " cytat z bajki "sekretne życie zwierzaków domowych 2" uśmiałam się niesamowicie....ale jakie to prawdziwe. Po co to , na co to? Jak byłam dzieckiem to wyszłam na dwór, stanęłam pod koleżanki balkonem i się darłam aby wyszła, i wychodziła i dalej do zabawy
a teraz...kilka dni a najlepiej tydzień dwa przed wizytą trzeba się anonsować, bo przecież każdy zalatany, obowiązków za dużo, a doba ciągle 24 godziny i nawet nie ma mowy aby wpaść niezapowiedzianie na "kawę". Też macie takie wrażenie?czy tylko ja się obracam w takim kręgu dziennych i nocnych zoombie? Ja w sumie nie lepsza ;/ ale koniec z tym... bo to prowadzi jedynie do trumny. Odpalam nowy system!
Jutro wizyta u pani dr. Powiem Jej o tych plamieniach , o moich obawach, o mięśniaku. Zaczęłam zgłębiać temat, czytać artykuły i generalnie jest tak, że skoro nie udało się zajść w ciąże przez te 2 lata to faktycznie trzeba przyjrzeć się jemu, bo on może być przyczyną niepowodzeń właśnie i należałoby się go pozbyć, a wymiar do operacji ma idealny bo 2 cm. Poza tym skoro Duphaston w końskich dawkach nie pomaga na plamienia, to wg mnie jakby logiczne, że przyczyna leży gdzie indziej. No niechże w końcu się tym porządnie zajmą! Jestem w nowej klinice, więc dam im jeszcze szanse.
Owulacja chyba będzie późno, bo tak jakby dopiero dziś pojawia się śluz, zobaczymy. Jutro będzie usg, więc się okaże.
I bardzo wam dziękuję za wsparcie. Wy i pisanie pamiętnika pomaga, serio, aż jestem zdziwiona 
Miłego po południa!
Kolejny cykl bez starań i jakoś tak nawiedził mnie smutek, że nie mogę działać, czuję się taka bezsilna bo nic nie mogę zrobić jak tylko czekać, to okropne bo same myśli po głowie mi chodzą, że jak tylko rozpocznę działania to się i tak nie uda i co wtedy? Nie wiem... Jak się na coś czeka to ten czas mija tak powoli. Zastanawiam się co jeszcze mogę zrobić w tym czasie, jak sobie pomóc żeby mieć większe szanse. Co gdy mimo to się nie powiedzie, jakie działania dalej. Wszystko zależy też od wyników mojego męża, ciągle mu o tym przypominam i mam nadzieję że niedługo pójdzie zrobić badanie. Oby wyniki się poprawiły bo nie chce później znowu czekać to jest najgorsze tym bardziej że czas nie działa na moją korzyść. Ech... jakiś dół mnie dziś dopadł i czuję się do niczego.
Jestem matka trzech dziewczynek, trzech Aniołków. Jestem matka w niebie. Jestem matka duchem. Jestem matką niewidzialną. Jestem matka niedokonczona. Jestem matka walczaca. Jestem matka ktora nigdy nie widziala swoich dzieci. Jestem matka cierpiącą. Jestem matką niespelniona.
Jestem matką kochającą...***
Bruno wczoraj skończył 2lata.
Czas leci nieublagalnie...
Wiadomość wyedytowana przez autora 19 lipca 2019, 10:52
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.