26 DC
Dzisiaj prawdopodobnie 7-8 dzień po owulacji. Rano zrobiłam kilka badań:
TSH: 0,087 uIU/ml 😱😱 w październiku było 0,4 i to już było nisko ale endokrynolog wiedząc o tym że rośnie mi TSH podczas brania leków do transferu zostawił mi dawkę letroxu 100. Nie wiem co robić, zostawić ta dawkę bo pewnie za tydzień zacznę brać leki do transferu, czy zmniejszyć do 75. Wizytę u endokrynologa mam dopiero 10.02 (na NFZ,). Prywatnie szkoda iść do kogoś kto nie zna mojej historii i nie wie, że TSH potrafi mi skoczyć w ciągu tygodnia z 2 na prawie 4.
Zbadałam też progesteron, wynik 15,40 NG/ml (norma dla fazy lutealnej to 15,9 NG/ml). Może nie jest szałowy ale chyba świadczy że owulacja była? 🤔
Witamina D na poziomie 43,30 NG/ml (wczoraj nie brałam tabletki) więc nie jest źle, ale od tygodnia biorę witaminę D3 6000 i myślalam że będzie więcej.
W tamtym tygodniu, chyba w czwartek zaczęło mi coś jak zapalenie pęcherza, ból w podbrzuszu i ukłucia ale nie chodziłam częściej do toalety, nie miałam parcia na pęcherz czy jakiegoś pieczenia. Profilaktycznie jednak kupiłam w aptece jakis lek bez recepty, brałam 3000 Wit C i dużo piłam. Niby to minęło, ale od czasu do czasu mam takie mocne ukłucia w okolicach jajników (?) naprzemiennie. Mam nadzieję, że to nie były początki zapalenia pęcherza i nie będzie to miało wpływu na transfer. 🥴
Boje się transferu 🙈😕 nie ma ekscytacji, że to już za chwilę, jest strach. Chce myśleć pozytywnie, chce wierzyć że ten ostatni zarodek da ciążę, ale jest to tak cholernie ciężkie.
Oby się udało 🙏🙏🍍🍍🍍
Wiadomość wyedytowana przez autora 21 grudnia 2021, 13:18
7 d.c.
Ostatni cykl na tabletkach (przynajmniej taką mam nadzieję). Na początku stycznia jadę na wizytę i okaże się, czy mamy zielone światło na inseminację. Dlatego bardzo czekam na ten Nowy Rok... W gruncie rzeczy jestem zadowolona z wyboru lekarza. Mam poczucie, że prowadzi nas w dobrym kierunku, jest bardzo konkretny, ale i empatyczny. Podczas brania leków moje miesiączki są jak lekki spacerek, bez bólu i czucia się jak flaki
Nareszcie przechodzę okres z godnością 
W międzyczasie przyszedł na świat siostrzeniec męża. Jeszcze nie widzieliśmy go na żywo, bo mieszkają za granicą. I chyba dobrze, że nie spotkamy się akurat w święta. Sprzeczne emocje - to jest ten stan który się czuje, gdy najbliżsi przeżywają coś czego samemu się najbardziej pragnie...
Niestety poprzedni transfer zakończył się ciąża biochemiczną... Beta w 12 dpt była już spadkowa.
Dziś nowe nadzieje, kolejny II już transfer 😊 mam postanowienie wytrzymać z testowaniem dłużej
Dawno nie pisałam. Jestem już w 30 tc i czuję się jak pingwin - z usg Młoda nr 2 waży już 1,7 kg!
Masakra. Mam brzuch jak do porodu a tu jeszcze ze 2 miesiące trzeba chodzić
Jednym słowem - grubo.
Młoda nr 1 poki co ma ban na przedszkole, bo ciągle mnie czymś zarażała i w sumie obydwie byłyśmy wykończone. Jednak siedzenie w domu z energiczna 3 latka jest momentami... wymagajace
Trzeba mieć do tego dystans, żeby nie zwariować.
powinnam już powoli myśleć o torbie do szpitala. Póki co mam zamówione koszule do karmienia i wygramolone pudełko ze strychu z ubrankami z rozmiaru 56. Z tym, że musze trochę dokupić, bo to inna pora roku - pierwszą córkę rodziłam w upały, a teraz jednak zapowiada się zima.
Co do mojego macierzynstwa - to mam dużooo wyciagnietych wniosków z pierwszej lekcji. Mam nadzieję, że tym razem uda mi się uniknąć depresji poporodowej.
19+0 tc
Wczoraj była wizyta, na szczęście wszystko ok z bobasem 😊 trochę się przejmowałam, bo przez 2 dni brzuch mi twardniał i już nie wiedziałam co się dzieje. Ale jest ok 🙂
Z badania moczu wyszły bakterie, dostałam furagin 3x2 przez 7 dni. Biorę od wczoraj wieczór i już czuje różnice przy siusianiu. Niby nic mi nie dolegalo, ale teraz jakoś tak 'pełniej' pęcherz się opróżnia.
Dzisiaj zaczęłam czuć wyraźniejsze ruchy malucha 😍 niesamowite uczucie 😍😍😍
Skarbie już nie mogę się doczekać naszego spotkania w maju 🥰🥰🥰
32+6
Mateuszek (chyba takie imię bedzie??) ważył 2160g w piątek na wizycie (32+4). Macius w 33+0 wazyl 2095 a wiec podobnie. Wiec mam nadzieje ze urodzi się taki jak brat ok 3500g. Szyjka 5,5 cm i twarda... musze koniecznie kupic herbatke z lisci malin i wiesiolek bo nie chce znowu jak slon czekac na 41 tydzien.
Tym razem bede rodzic u mnie w miescie, nie jadę do Bialegostoku.
Doktor dał mi zielone swiatlo. Przepływy są w porządku. Łozysko jest stopnia II już. Ale czytalam ze tak jest w 3 trymestrze. Ja czuję się dobrze, cisnienie w porządku, czasami wyzszy puls ale tez doktor mówi że to normalne, do 120 uderzen/minutę.
Dzisiaj ubieramy choinkę i może pierogi ogarniemy, przynajmniej połowę bo to nasz przydział z dan wigilijnych. I zakwas z buraków z uszkami. Robię zawsze z przepisu Środy na yt i jest przepyszny.
Wigilia standardowo u Nas, przyjechala męza mama ze Szkocji, na stałe juz, to nasza pierwsza wspolna Wigilia od 12 lat, czyli moja pierwsza z Nią. Prezenty kupione i popakowane 
Sylwestra planujemy w domu.
Siostra namawia mnie na wyjazd do babci 150km po Świetach ale ja juz chyba sie nie nadaję... fizycznie niby jest dobrze ale na takich wyjazdach Maciek bardziej wymaga uwagi, no i bez meza to tez juz ciezko by było, bo On do pracy ma.
Edit. No i Maćko od jutra na kwarantannie... Dziecko w grupie chore.
Wiadomość wyedytowana przez autora 19 grudnia 2021, 21:54
19+4
Święta, święta i po świętach. Było bardzo miło, dopóki się nie zważyłam - waga +4.5kg od początku 😅 tłumaczę sobie ze to przez makowca
Jutro wizyta, już nie mogę się doczekać aż zobaczę mojego synka 🥰 a w piątek połówkowe. Mąż nie może ze mną wejść przez tego pieprzonego wirusa. To ze jesteśmy zaszczepieni nic nie zmienia 😒
Przeraża mnie wizja kompletowania wyprawki...
Odebraliśmy wyniki chromatyny. Kolejna niewiadoma. Teoretycznie nie ma tragedii - 12% uszkodzeń. Niestety 26% niepełnej kondensacji.
Czekamy na androloga, nie mam póki co siły na samodiagnozowanie. Domyślam się, że problem tak czy inaczej będzie tkwił w genach męża. Jutro wyjeżdżamy na krótki urlop. Tak bardzo chciałabym przez ten czas po prostu nie myśleć 😕
Wiadomość wyedytowana przez autora 29 lipca 2025, 13:05
26 dc
Za jakieś 5 dni okres. Czas leci, chciałabym mieć już wolne i nie chodzić do pracy bo po prostu mi się nie chce 🙈. Nocki lecą mi ostatnio okropnie i jak wracam po 6 do domu to lecę jak opętana by jak najszybciej być w łóżku.
Czekamynadzidzie No właśnie ten awans byłby dla mnie sporym obciążeniem psychicznym i spędzając już teraz średnio 200 h miesięcznie w pracy doszło by mi jakieś 30 h dodatkowych. Dodatkowo do kliniki niepłodności czekają mnie wycieczki 60 km w jedną stronę. Bedac szaraczkiem łatwiej będzie mi wziąć wolne i wyjść wtedy kiedy będę musiała. Uważam że w moim przypadku albo kariera albo dziecko. Bo nie dam z siebie 100% w obu przypadkach.
PMS pełna para w tym miesiącu. 😢 Targają mną skrajne emocje, dużo myślę 💭 niby chce in vitro ale dla mnie to jakaś abstrakcja. Po nowym roku idziemy do banku zorientować się na czym stoimy i co nam mogą zaproponować. Trochę o tym rozmawialiśmy i jest w nas chyba za dużo entuzjazmu.
Rodzicom przynajmniej moim na razie nic nie mówię i nie wiem kiedy im o tym powiem. Oszczędzę sobie tym nerwów. Moja mama na bank zacznie zaraz czytać, później będzie wydzwaniać i mnie wkurzać. Nie chcę się przez to z nią kłócić.
Od kiedy zaakceptowaliśmy ze in vitro to nasza droga to i seks jest lepszy a ja przestałam zaprzątać sobie głowę czy okres będzie czy może jednak mam jakieś objawy.
Postanowienie: zaczac regularnie ćwiczyć bo ostatnio jestem mega leniwa. Mąż za to chodzi na siłownie i w sumie jest na diecie Chodakowskiej.
Powoli odchodze od zmyslow, wsluchuje sie we wszystko w moim ciele. Myslalam, ze dzisiaj rano zrobie test, ale stchorzylam.
Stwierdzilam, ze jutro rano polece do laboratorium kolo domu i nie jade do kliniki. Wynik im przesle jak juz je odczytam. Mysl o jutrze mnie przeraza, nie moge spac.Rano obudzilam sie z suchym pyskiem jak Sahara i wiem, ze to wynik stresu....to taki standardowy objaw dla mnie.
Mysl o jutrzejrzym dniu mnie przeraza. Czasami zastanawiam sie czy tylko ja sie tak zachowuje, ze nie panuje nad soba i ciezko mi oderwac mysli od transferu. Moi rodzice i siostra strasznie to przezywaja i to powoduje u mnie poczucie winy i od razu mam lzy w oczach.
A tak ogolnie to czuje sie normalnie, tylko z typowymi objawami na okres, bol plecow i podbrzusza.
Po poniedzialkowym badaniu progesteron mialam 14.79 wiec lekarz zwiekszyl mi dawke lutinusu na 3x2. Podczas dwoch ostatnich transferow mialam pierwsze brazowe plamienia 5/6dpt i teraz wydaje mi sie ze zostaly powstrzymane przez podniesienie dawki progesteronu.
Wiecie do bym chciala najbardziej, zeby beta nie wyszla 0, bo wtedy mialabym jakas nadzieje, ze cos sie tam minimalnie zadzialo.
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 grudnia 2021, 10:37
7 dpt,
beta 1,55. Musiałby zdarzyć się prawdziwy cud 
No dobra, decyzja podjęta, wracamy po mrozaki.
Plan jest taki żeby do końca kwietnia odstawić Helenkę od piersi (to będzie wyzwanie), w przyszłym tygodniu zrobić sobie kontrolnie badania krwi, tarczycy, wyrównać co się da, zacząć brać znowu kwas foliowy, który jakiś czas temu olałam, zacząć znowu jogę w wolnym czasie zamiast scrollowania niusów o wojnie na Ukrainie. Przygotować ile się da ciało i głowę. Umówić się na wizytę w klinice na przełomie maja-czerwca, jak już będę mniej więcej wiedziała który mam dzień cyklu (żyłam przez ostatni czas w błogiej niewiedzy, ale czas z tym skończyć).
Stresuje mnie to wszystko. Chyba nie czuję się jeszcze gotowa. Na pewno nie czuję się jeszcze gotowa. Czuję i wiem że Helena potrzebuje dużo mojej uwagi. Że chce mieć dużo mamy. Czuję że moje ciało jest zmęczone, nie ma wystarczającej ilości snu, karmione niezbyt dobrym i regularnym żarciem, bez odpowiedniej ilości ruchu, jest zaniedbywane na wszystkich frontach. Czuję się ja wewnętrznie niegotowa na nowe dziecko, nie mam w sobie jeszcze tej przestrzeni do wypełnienia, nie wiem jeszcze jak mogłabym pokochać kogoś innego, nowego tak bardzo jak kocham Helenkę. Nie wiem też czy kiedykolwiek w najbliższym czasie poczuje się wewnętrznie gotowa czy bardziej wypoczęta. Ale zbyt dużo czasu na czekanie nie mam. Mam 35 lat i endometriozę. Lekarz położnik po 8 miesiącach od porodu badał mnie i mówił że daje zgodę na dużo wcześniejsze staranie się o dziecko, najlepiej JUŻ bo po CC wszystko się zagoiło a endometrioza z czasem będzie się tylko rozwijała i zabierała szansę na rodzeństwo dla Heleny. I tak już trochę przeciągnęłam. Mamy jeszcze 4 zarodki i chcę je przyjąć póki szanse są relatywnie duże. A to oznacza brak luksusu czekania na gotowość mojej głowy i ciała. A zatem decydujemy się na działanie teraz licząc że ten krótki czas który pozostał wystarczy żeby się przygotować do ewentualnej ciąży. Lub porażki. Na to też nie wiem czy jestem gotowa. Jak to przyjmę, jak zareaguję. Teraz kiedy jeden z tych bezimiennych zarodkow stał się najukochańszą córeczką posyłającą buziaki i uciekającą przed zmianą pieluchy, nie wiem jak będę przeżywała niepowodzenia.
Trudno, są ludzie którzy mieli mniej czasu niż ja i dali radę, są super rodzicami, poradzili sobie ze stratami. Mnie muszą wystarczyć te prawie 4 lata przed urodzeniem Helutki i teraz te krótkie momenty które sobie wyszarpnę. Dam radę. Zepnę się i zmobilizuję. Zrobię miejsce w serduszku dla nowego człowieka. Ułożę w głowie plany postępowania w razie niepowodzenia. Zabdbam o siebie na tyle na ile to możliwe w tej sytuacji. Może po prostu się tego boję, bo zanim urodziłam Hele to było takie ciężkie to wszystko, te starania, zmagania, ciągle rozczarowania, a teraz będzie inaczej, jak już zacznę to jakoś pójdzie i nie będę tego przeżywała tak jak wtedy? Tak będę się trzymać tej myśli. Musi być jakiś optymistyczny akcent chociażby na sam koniec wpisu bo wyszedł smutno-depresyjny wpis pod tytułem "nie chce dziecka ale muszę". A ja bardzo chcę mieć więcej dzieci. Nie wiem czy TERAZ ale jak powiem PÓŹNIEJ to mogę się ich nie doczekać, a chcę dać im szansę. Więc zamykam oczy i mówię TERAZ i robię krok naprzód nie wiedząc czy napotkam stały grunt czy będzie tam przepaść.
P.S.1 wyszło dramatycznie, tak naprawdę to na codzień jestem bardziej stabilna ale jestem chyba przed okresem
P.S.2 nie mam komu opowiedzieć o swoich wątpliwościach więc muszę się tu uzewnętrznić
P.S.3 zdecydowaliśmy z mężem że jeżeli nie uda sie transfer tych 4 zarodkow to nie podchodzimy do kolejnej procedury. Będziemy pewnie przez jakiś czas próbować jeszcze naturalnie, ale jeżeli się nie uda to zostaniemy we 3. Przynajmniej taki mamy plan.
Święta w domu u rodziców. Żona brata właśnie ogłosiła ciążę. Cieszę się ich szczęściem. Ale wiadomo, że lekkie ukłucie poczułam.
Życzę Wam, Staraczki i Mamuśki, samych dobrych wiadomości :* z okazji tych zbliżających się świąt.
Ostatnie tygodnie u mnie w skrócie: kwarantanna, testy (i bynajmniej nie te ciążowe), siedzenie w domu... Czyli norma jak u wszystkich 
🎄🎄🎄
Dziewczyny!
Dziś na spokojnie, mimo, że wiem jak trudno jest kolejny raz samemu stroić choinkę, samemu dekorować pierniczki, czuć bardziej niż zawsze brak tych małych rączek 💔
Dziś niech będzie nam dobrze, tak jak jest. Niech będzie n przyjmie z najbliższymi bez rozmyślań, jakby mogło być.
Dziś doceńmy to, co mamy, całym sercem ❤️
Życzę tego Wam i sobie! Wesołych, prawdziwych Świat 🎄
I Święta -podobno to magiczny czas.... A ja nielubie tych wszystkich życzeń gdzie wszyscy życzą kolejnego dzidziusia.... A my juz stracilismy chęć do tłumaczenia kiedy będziemy sie starać. Przecież to nasze życie...
Ja życzę Wam udanych Świąt i oby wszystkie problemy opuściły was 🎄🎄🎄
Dawno mnie tu nie było .. ale dziś rocznica rok temu po raz pierwszy usłyszałam bicie serduszka naszego Synka 
A dziś - kocham Go nad życie.. to jest taki rodzaj miłości, ze wcześniej nie byłam nawet blisko takiej... jako Mama czuje się spełniona, chociaż moje życie się zmieniło bardzo, to staram się tez robić rzeczy, które robiłam zanim się pojawił na świecie ten nasz Skarb, wczoraj i dziś np byłam na kawie z Koleżankami i towarzyszył mi tez Synuś, chociaż On to różnie znosi, to staram się nie siedzieć tylko w domu, chociaż byłoby to najłatwiejsze taka prawda. A jaki jest nasz Synuś ojjj ma już charakterek. Generalnie jest bardzo spokojnym, uśmiechniętym i towarzyskim dzieckiem, lubi zwłaszcza towarzystwo Mamy, najlepiej jakby Mama byla przy Nim 24/7.. nieważne czy śpi czy nie to najlepiej jak jest Mama.. staram się to trochę ograniczać zwłaszcza w nocy, ale szczerze to różnie to wychodzi.. alergia na łóżeczko - obecna.. ale przesłałam się z tym mocować, owszem staram się Go odkładać do łóżeczka (zwłaszcza wieczorem o to walczę chociażbym się miała wracać naście razy), to o tyle w nocy odpuszczam, bo bym czasem musiała co godzinę wstawać, a jednak troche regenerującego snu się przyda. Noce są różne, raz mnie zaskoczy i śpi ciągiem 4 godziny, chociaż ja to już jestem bardzo zadowolona jak śpi 3 godziny, a raz się budzi co mniej wiecej 1-2 godzin, tak ma, ze lubi sobie zjeść po trochu i często. Mimo wszystko jakoś to znoszę dobrze. Tak Mu jest dobrze, to niech tak ma. Rano i tak się budzimy w trójkę w łóżku. Z zasypianiem to tez caly rytuał, ale taki urok dziecka. Synuś dalej na piersi i w wieku 5 miesięcy wazy już około 8 kilogramów, a startował z waga 2740 g, generalnie co lekarz to mówi, ze nie widzi żeby miał jakieś cechy wcześniactwa i ufff. Byliśmy u okulisty - wszystko ok, u neurologa - tez w porządku. także jestem spokojna. i mysle, ze już chyba póki co nie pójdziemy do żadnego specjalisty. Chodzimy na fizjoterapie, bo asymetria lekka jest i lekko obniżone napięcie, bardzo lubi, zreszta On uwielbia być w centrum uwagi. No taki nasz kochany Panicz 

ja się coś nie spodoba to jest taki ryk jakby ze skory obdzierali, wtedy musi być Mama i rączki. Dużo wymaga żeby Go nosić, chociaż staram się to jakoś zamienić na kontakt na macie, ale ciężko. Cały dzień mam wypelniony zabawa albo spacerem, odkąd Synuś zrezygnował z drzemek takich dłuższych w ciagu dnia, to ciężko pogodzić domowe sprawy z opieka nad Nim, bo sam to średnio się jest w stanie bawić, chociaż ma tych zabawek trochę i piekne 2 maty, to Mama i tak musi być. Wyjątkiem jest poranek jak jest wyspany, to da mi w spokoju zrobić sobie kanapki, bo kawkę poranna już pijemy razem ja na jednej a Synuś na drugiej macie. Kocham tego małego Człowieka nawet jak tak jestem z Nim ciagle, bo Mąż dużo pracuje i nie spędza za dużo czasu z Synem, więc gdy się coś dzieje to Mama musi uspokoić, to jak śpi to idę i sprawdzam czy oddycha albo idę sobie popatrzeć jaki jest cudowny. Jedyny minus to ciężko mi gdzieś wyjść samej, bo Synuś beze mnie wytrzyma tak około 1,5 godziny.. nawet jak ma mleko odciągniete, to i tak jest problem, bo później płacze a mój Mąż po mnie dzwoni... to jest teraz taki nasz czas
no może jedynie co to przydałoby mi się raz w tygodniu wyskoczyć na jakiś pilates albo jogę, bo bolą mnie ręce, czuje, ze ciało jest takie spięte, ale to od noszenia i tego, ze mało czasu ma moje ciało na jakaś regeneracje. Schudłam bez jakiś działan od porodu 7 kg, od początku ciąży moja waga to -14 kg no i mam nadzieje, ze już stanie, bo jednak na takie cale dni z dzieckiem to potrzeba energii i siły. Nie mam pojęcia co zrobić jak skończy mi się urlop rodzicielski... mam to gdzieś z tylu głowy, ze to nastąpi, ale jakoś tak nie chce się rozstawać z Synusiem... pomimo tego, ze jest wymagającym dzieckiem i każdy dzień z Nim jest na wysokich obrotach, to chciałabym się Nim jeszcze i jeszcze nacieszyć, ale wiem, ze finansowo nie będzie nas stać na mój urlop wychowawczy.. wiem tez, ze muszę zmienić prace, bo obecna jest za daleko. także trochę mam do przemyślenia co i kiedy zrobić. Może to jakiś rodzaj masochizmu, ale chciałabym drugi dziecko, pomimo tego, ze daje siebie na maxa Synusiowi, ze czasem dopiero jak zaśnie to robię coś dla siebie albo po prostu dla domu, a około 23-ej idę spać, pomimo tego, ze najczęściej sama zajmuje się Maluszkiem od rana do wieczora, sama kapie, sama usypiam itd. o to mam trochę żal do Męża bo jest wiecznie w pracy.. a mi czasem po prostu pod koniec dnia zwyczajnie fizycznie brakuje sily.. chociaż jak Synuś się uśmiechnie to działa to na mnie jak kofeina, mam znowu doładowanie. Nie chce mi się absolutnie wracać do starań, ale marzy mi się, żeby tak to drugie dziecko się pojawiło.. pewnie gdyby się nie pojawiło to będziejmy znowu walczyć. Dziś wiem, ze warto było, jestem wdzięczna, za każdy dzień z Synusiem, nawet jak fizycznie padam, nawet jak wracam do Niego po raz n-ty bo wyczul ze jest w łóżeczku a ja cierpliwie znowu tulę, to jestem wdzięczna, szczęśliwa, spełniona i nawet na moment nie chciałabym wrócić do starego życia. Dlatego tez podziwiam każdą Staraczke, ze walczy, ze się nie poddaje, bo nadal pamietam, bo nadal to gdzieś tam jest, trzymam za Was kciuki i oby każda mogla stwierdzić, ze warto było!
Wiadomość wyedytowana przez autora 28 grudnia 2021, 21:19
Jeżeli ktoś czytał moje poprzednie wpisy, to pewnie domyśla się, że w tym moja mała córeczka umrze.
Ten tydzień był najtrudniejszym w moim życiu. Nigdy nie sądziłam, że moja psychika będzie w stanie unieść taki ciężar.
Więc od początku.
Kiedy wieczorem dotarłam do kliniki personel był nieco zdziwiony, że w ogóle tam jestem. Czekałam z godzinę żeby dostać jakiekolwiek informacje. Odwiedzin już o tej porze nie było, ale mogłam wejść na chwilę żeby się przywitać. Jednak nie miałam zorganizowanego noclegu. W szpitalu nie mogłam zostać przez covid. Kazali wrócić mi do domu, oddalonego o prawie 80 km i przyjechać ponownie rano. Zobaczyłam też, że dziewczynka, która leżała obok Mai ma swoje rzeczy. Swój kocyk, ubrana w normalne ciuchy, nie szpitalne. Więc zapytałam czy mogę też przywieźć jakieś rzeczy Mai, bo w szpitalu w naszym mieście nie było takiej możliwości. Mogłam. Wróciłam do domu około godziny 22. O 5 rano miałam jechać ponownie. Jednak gdy tylko wróciłam wybrałam dla niej ciuchy, kocyk i wstawiłam pralkę. Rano tata zawiózł mnie ponownie, pod Dom Ronalda McDonalda gdzie miałam dostać pokój w bardzo dobrych warunkach. Weszłam do środka, Pani powiedziała, że w tym momencie nie mają wolnych pokoi. I zadzwoni do mnie kiedy jakiś się zwolni. I mam sobie radzić. Więc z walizką, w obcym mieście, poszłam do szpitala. Byłam już na skraju wytrzymałości. Naprawdę miałam już dosyć. Spędziłam kilka godzin w pokoju dla rodziców. I w końcu mogłam do niej wejść. Dostała jakieś nowe leki, żadna dializa nie była podłączona. Znowu trochę puchła. Trzymałam ją za rączkę do końca dnia. Byłam bardzo zmęczona. Szpital ogarnął mi pokój przy kościele. Metr na metr z widokiem na wieżę kościelną, ale cieszyłam się, że mam gdzie spać. I tak całe dnie będę spędzała poza nim. Następnego dnia podłączyli jej dializę. Robiła to wykwalifikowana pielęgniarka i szło to bardzo sprawnie w porównaniu do podłączania dializy w naszym mieście. Widziałam, że wiedzą co robią. Po dializie mogłam wziąć ją na ręce. Nie chciałam stamtąd wychodzić, robiłam sobie tylko przerwy na jakąś kanapkę w porze obiadowej. Martwiło mnie to, że dalej nie dostałam żadnych konkretnych informacji. Usłyszałam tylko, że córka jest bardzo chora. I wtedy coraz bardziej zaczęłam zdawać sobie z tego sprawę. Następnego dnia gdy przyszłam miała już podłączone noski tlenowe. Do tej pory od czasu wybudzenia ze śpiączki oddychała sama. To dlatego, że znowu spuchła i ciężko było jej oddychać. Temperatura ciała trochę spadła, owinęli ją w jej piękny różowy kocyk. W ten, w którym miała być przykryta w swoim łóżeczku, w naszym domu... Tęskniłam za mężem. Byłam w tym wszystkim zupełnie sama. Czekałam na weekend, bo miał do nas przyjechać. Nie pamiętam dużo z tego czasu. Mój mózg chyba wyparł niektóre informacje. Mąż przyjechał w sobotę rano. Poprosiłam Panią, która zajmowała się pokojami przy kościele żeby został ze mną na jedną noc. Zgodziła się. Mogliśmy być u niej cały dzień razem. Pierwszy raz od prawie trzech miesięcy mogliśmy spędzić z nią tak długi czas wspólnie. Ale wtedy była już podłączona do respiratora. Puchła strasznie. Nie mogli podłączyć jej dializy. Dodawali ciągle nowe leki, myśleli, że nerki ruszą jednak tak się nie działo. Maja siusiała zdecydowanie za mało. Prawie tyle co nic... Lekarze zasugerowali, żeby mąż został na dłużej. Że musimy być razem w tym ciężkim czasie. Zadzwoniłam do mojej mamy, żeby przyjechali przywieźć mojemu mężowi rzeczy. Przyjechała mama, tata i moja młodsza siostra. Cały dzień byli z nami. Czekali przed szpitalem. Tego dnia nie mogliśmy być przy niej. Ciągle miała jakieś badania a my siedzieliśmy wszyscy na ławce i czekaliśmy na jakieś informacje. Patrzyliśmy na dzieci, które siedziały na oddziale onkologii dziecięcej i zastanawialiśmy się nad sprawiedliwością tego świata. Poszliśmy z mężem na rozmowę z całym zespołem lekarzy. Wtedy usłyszeliśmy po raz pierwszy, że nasza córka umiera. Że będą próbowali jeszcze dzisiaj podłączyć jej nowy cewnik do dializy, bo tamten po prostu nie działa, ale nie wiedzą czy to się uda. Lekarz zapytał czy chcemy ochrzcić Maję w szpitalu. Chcieliśmy. Wychodząc z sali upadłam na kolana i nie mogłam wstać. Moje serce pękło już w tamtym momencie. Wyłam. Krzyczałam. Prosiłam żeby to nie była prawda. Do szpitala przyjechała pastorka babtystów. Z polskiego kościoła nikt nie odebrał telefonu. Lekarz powiedział, że lepiej nie czekać do jutra. Wszystko działo się bardzo szybko. Pozwolili mojej mamie i siostrze uczestniczyć w chrzcie. To wtedy widziały Maję po raz pierwszy i ostatni. Kiedy moja mama weszła do sali i ją zobaczyła zaczęła tracić przytomność. Łapałyśmy ją z siostrą. Nigdy przez 25 lat swojego życia nie widziałam jej w takim stanie. To była jej pierwsza wnuczka. Głaskała ją. Tak zanosiła się płaczem, że nie mogła oddychać. Mówiła, że to ona powinna umrzeć a nie Maja. To było straszne. Te wspomnienia sprawiają, że pisząc to nie mogę przełknąć śliny i czuję w sercu mocne kłucie. Odbył się jej chrzest. Wszyscy objęliśmy się i płacząc odmawialiśmy Ojcze Nasz. Oni wrócili do domu, my do pokoju przy kościele. O 3 w nocy dostałam telefon ze szpitala. Nie mogłam go odebrać tak trzęsły mi się dłonie. Myślałam, że usłyszę, że Maja umarła. Jednak powiedzieli, że miała przed chwilą operację, próbę wczepienia nowego cewnika, jednak się nie udała. W tym czasie wdała się tromboza. I kolejna sepsa. Od rana byliśmy już w szpitalu. Siedzieliśmy razem przy jej łóżeczku i patrzeliśmy jak powoli odchodzi. Tej nocy lekarz zaproponował żebyśmy spali w szpitalu. Ponieważ Maja prawdopodobnie umrze tej nocy. Dziewczynkę, która leżała obok przenieśli do innej sali. Wstawili nam jedno łóżko żebyśmy mogli się zdrzemnąć. Ale jak zasnąć kiedy wiesz, że twoje dziecko może zaraz umrzeć? Przez godziny wpatrywałam się w monitory do których była podłączona. I się z nią żegnałam. Wtedy powiedziałam jej, że może odejść. Że nie chcę żeby dłużej cierpiała. Że będziemy za nią tęsknić, że kocham ją tak jak nigdy nikogo nie kochałam i nikogo nigdy nie pokocham. Ale, że tam będzie jej lepiej. Mój mąż powiedział jej, że zrobi wszystko, żeby kiedyś się z nią zobaczyć po tej drugiej stronie. Że od teraz będzie najlepszą wersją siebie, dla niej. Maja nie zmarła tej nocy. Rano miałam jeszcze jakąś nadzieję, że wydarzy się cud. Ale się nie wydarzył. Maja po prostu chciała pożegnać się jeszcze z drugimi dziadkami, którzy o 6 rano wyjechali z Polski i mieli przed sobą 800 km. Którzy wiedzieli, że mogą nie zdążyć się z nią pożegnać. Jednak zdążyli. Weszli do szpitala o 14. Mówili do niej tak czule. To również ich pierwsza wnuczka. Lekarz kazał nam podjąć decyzję, na lekach które jej dają może umrzeć nawet jutro. Ale to było tylko przeciąganie w czasie. Wspólnie z mężem podjęliśmy najtrudniejszą decyzję w naszym życiu. O to żeby te leki odłączyć już teraz. Zostawili tylko przeciwbólowe i nasenne. Położyli mi ją na ręce. I umierała. Umierała godzinę. Wśród osób, które ją kochały. Rodzice i dziadkowie. Personel bardzo zadbał o naszą intymność. Akcja serca ustała. Moja maleńka córeczka stała się aniołkiem. Pielęgniarka zapytała czy będę chciała ją przebrać i umyć. Bez wahania chciałam. Poszłam do auta po rzeczy i jak wróciłam była już odłączona od wszystkich rurek. Cała spuchnięta, noska prawie nie miała od tak grubej rurki respiratora ale nadal była dla mnie najpiękniejsza. Ubrałam ją w jej ciuchy. Na głowę założyłam piękny turban z wielkim kwiatem. Wtedy też doszedł mój mąż. Nie chciał na początku w tym uczestniczyć ale mówił, że później by sobie tego nie wybaczył. Tuliłam ją do siebie i czułam jak powoli robi się zimna. Całowałam jej buźkę, nie myśląc o tym, że już nie żyje. Pielęgniarka płakała razem z nami. A potem wyszliśmy. Obróciłam się jeszcze raz i zobaczyłam ją ostatni raz w swoim życiu. Wróciliśmy do domu. Ale to już nigdy nie będzie taki sam dom. Pustka. Ta cholerna pustka jest w nim do dnia dzisiejszego.
Wiadomość wyedytowana przez autora 29 grudnia 2021, 12:31
6dc
Ale czy to ważne skoro i tak zakaz staran... nie wiadomo kiedy wrócimy i to mnie dodatkowo chyba dobija i ten świąteczny czas którego wgl nie czuje... 4 swieta bez tego magicznego cudu.... zostaje mi patrzeć na rodzinne zdj znajomych na mediach społecznościowych i zadac pytanie czemu to nue możemy być my 🥺💔
Nwm ile jeszcze zniosę czy te starania maja sens skoro nic z nich nie wychodzi.... ile jeszcze mam cierpieć? Co takiego zrobilam ze nie zasługuje żeby ktoś mały mówił do mnie "mamo"
Dzisisj brak mi sil walki chce tylko ryczec....
To będą najgorsze święta.
Robie sobie przerwę od forum ale za wszystkie trzymam kciuki 🍀nie mam siły sie udzielać i w sumie tez nic sensownego nie mam do powiedzenia.
Wszystkim życzę wesołych świąt spędźcie je w gronie rodzinnym ☺🤗
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 grudnia 2021, 22:08
ANA3 - wszystko negatywne, OPRÓCZ:
DFS70 +++ (silnie pozytywny)
Kontrola (Ws) +++ (silnie pozytywny)
Ostatni tydzień to była jakaś tragedia, płakałam średnio 3 razy dziennie zarówno w pracy jako w domu, tak strasznie się bałam. Dzisiaj byłam na ostatniej wizycie w klinice i mamy 9,09 mm zarodek i jest serduszko!!!❤ Ze strachu, aż ciężko mi się cieszyć. Nie przypuszczałam, że to będzie dla mnie taki stres i lęk. Cały czas boję się, że coś pójdzie nie tak, a jednocześnie jestem zła na siebie, że nie wierzyłam w swojego kropka, tylko nie wiem jak mam zmienić podejście, co zrobić, żeby się nie bać?
Święta będą spokojne, kolejna wizyta przed nowym rokiem u lekarza prowadzącego. Powoli mam też zacząć schodzić z leków.
Wiadomość wyedytowana przez autora 22 grudnia 2021, 17:54
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.