Listopad... nic z tego nie będzie. Mój ból pleców zaburzył cały nasz plan wiec mysle ze w grudniu nie bedzie euforii. W dni kiedy powinnismy dzialac ból był taki że nie byłam w stanie sie ruszyć. Chyba, że jak naprawde odpuszcze to coś mnie zaskoczy 
Ciąża zakończona 25 listopada 2014
Melduje sie nadal w dwupaku ale to dobrze bo niestety dopadla nas wczoraj jelitowka. Nie wyobrazam sobie teraz rodzic a zostalo mi 5 dni do terminu. Ech my to mamy pecha
Najpierw synka cala noc meczyla goraczka a rano zwymiotowal. Myslalam ze to pewnie cos mu zaszkodzilo na zoladku ale po godzinie wzielo mnie. Tak sie meczylam ze nie dawalam rady opiekowac sie malym wiec poprosilam meza zeby sie zwolnil wczesniej z pracy. Maz przyjechal i zajol sie synkiem dzieki czemu moglam sie polozyc ale po dwoch godzinach i go wzielo. Dzisiaj byl u lekarza i dostal zwolnienie do konca tygodnia. Na jedno fajnie bo w razie czego mam go w domciu ale na drugie to takie choroby nie sa nam teraz potrzebne. Paradoks chcialam zeby synio juz sie urodzil a teraz modle sie zeby sie dziecie nie spieszylo i dalo nam czas na wyzdrowienie...
Wiadomość wyedytowana przez autora 26 listopada 2014, 14:25
Wreszcie wczoraj dojrzałam do tego, że sprawdzić sobie moje wyniki badań genetycznych. Drugie poronienie skutecznie wyleczyło mnie z myśli o ciąży, jednak mąż ostatnio zaczął znów o tejże ciąży mówić. No i sprawdziłam. Mam dodatnie obie mutacje genu MTHFR. Sprawdziłam, że to niedobrze. I oczywiście od razu zaczęłam się w internecie diagnozować. A mąż siedział obok i tylko na mnie krzyczał, żeby to zamknęła, żebym nie czytała itd. No w sumie to ja sama też nie wiem po jaką cholerę się diagnozuję. Koleżanka w pracy zdegustowana powiedziała mi, że powinnam mieć bloczek recept i sama sobie wypisywać leki, bo przecież wiem lepiej od lekarza co jest mi potrzebne. No tak, bo w Polsce jest ok.38 milionów lekarzy i ja jestem jednym z nich.
Potem trochę się uspokoiłam, bo przeczytałam, że wystarczy suplementacja metylowanym kwasem foliowym. Potem znów się zdołowałam, bo podobno większe jest niebezpieczeństwo urodzenia dziecka chorego… I taka sinusoida trwa… Ech. Ale jak będzie trzeba, to pójdę z wynikami do genetyka. I tak chodzę wszędzie prywatnie, więc co za różnica stówa w tę, czy w tę…
17 dni do wizyty u ginekologa...
Ciąża rozpoczęta 13 września 2014
Ale zaniedbałam ten swój pamiętniczek. Prawie pół roku minęło. Ogólną niechęć czułam do tego forum i do starań. Ciągle nie wierzę, że nam się uda ale wróciłam, podejmuję znów walkę. Cofnę się w czasie, bo to , że tu mnie nie było nie znaczy, że nic nie robiłam.
Sierpień - po ponad rocznej walce z samą sobą postanowiłam odwiedzić psychologa. Tam od razu został mi polecony lekarz ginekolog. Następnego dnia zadzwoniłam i umówiłam się na wizytę. Temat przewodni HSG, od razu dostałam skierowanie z informacją, że w pierwszym dniu kolejnego cyklu mam dzwonić, zostanie ustalony mi termin HSG. Boże co to był za cykl (sama myśl o hsg była dla mnie przerażająca)tak bardzo się modliłam, żeby zajść w ciążę, żebym nie musiała podchodzić do tego koszmarnego badania. Ale niestety, okres przyszedł terminowo. Cała drżąc zadzwoniłam do lekarki, kazała mi zadzwonić po południu, bo musi wszystko zorganizować. Godz 19:00 dzwonię po raz kolejny i już mam termin, za tydzień czyli 29 sierpień. Ten tydzień też był dla mnie trudny, wszystkie złe emocje wyładowywałam na mężu. Nie był też całkiem bez winy, trochę mu się należało
. Przyszedł dzień HSG, godz 9 idę na badanie, 9:20 już leżę na łóżku szpitalnym. Jeden jajowód udrożniony podczas badania, drugi drożny. I oficjalnie mogę powiedzieć - Strach ma wielkie oczy, O!
Wrzesień - wizyta u ginekolog z wypisem szpitalnym. Temat przewodni - inseminacja. Muszę się zgłosić w przychodni, tam dostanę do niej skierowanie do kliniki, żeby w pełni skorzystać z pieniędzy które płacę co miesiąc ZUS-owi. Poszłam, dostałam skierowanie i tego samego dnia zadzwoniłam, umówiłam się na wizytę - 27 październik
W między czasie cykl bez starań, zmiana priorytetów, zmiana postawy. Chcę mieć dziecko, ale nie muszę
Październik - wizyta w szpitalu/klinice. Wcześniej wysłałam męża na kolejne badanie nasienia (niestety znów tylko 3% morfologii). Spotkanie z parą lekarzy. I co się dowiedziałam ? Ależ Wy jesteście zdrowi! (co wy w ogóle tu robicie?) Jesteście młodzi, o in vitro nawet nie myślcie, spokojnie starajcie się do tych 2 lat, a wręcz bym powiedział, że trzeba liczyć od momentu kiedy dowiedzieliście się, że jest coś nie tak, czyli od lutego 2014. Szczęka mi opadła, znowu słyszę to samo?! nie wierzę, czy już nic mi nie zostało? Ale zebrałam się w sobie i tłumaczę, że jesteśmy zdecydowani na inseminację.
Inseminację? To nie ma problemu, w którym jest Pani dniu cyklu? 13? To proszę siadać na fotel. O pęcherzyk 18mm! Możecie jutro przyjechać na inseminację.
Ale niestety - przeszkoda - urlop
postanowiliśmy pojawić się w kolejnym cyklu.
Listopad - nadszedł ten czas, kiedy mogę podjeść do inseminacji. 10 dc umówiłam się na usg u swojej ginekolog, 11 dc pojechałam na monitoring do szpitala/kliniki i tam lekarz który był taki ok podczas poprzedniej wizyty na monitoringu już ok nie jest. Wszystkie informację które mi podał okazały się jakieś sprzeczne. O pęcherzyk 17 mm, oj nie wiem czy wytrzyma do poniedziałku, raczej nie. NO jak tam chcecie, możecie zaryzykować. Do widzenia.
Wyszłam z tego gabinetu w szoku. Co? To już? I co teraz? Wsiadłam w samochód i mówię do męża - jedź.
W głowie tysiąc myśli.
W końcu podjęliśmy z mężem decyzję - nie ryzykujemy, i nie pojechaliśmy już w poniedziałek. Spróbujemy jak owulacja wypadnie na tygodniu - tak bezpiecznie.
W międzyczasie podjęłam decyzję o wizycie w poradni naprotechnologicznej. Nie mam żadnych informacfji jak leczą w Łodzi i czy są tam dobrzy specjaliści, dlatego nie będę próbować, spróbuję w Warszawie. Mam dość, ciągle słyszeć, że mam czas i że jest wszystko dobrze. Dobrze? To dlaczego jeszcze nie jestem w ciąży? Mam nadzieję, że w końcu ktoś mi odpowie na to pytanie.
badanie TSH, FT4, PROLAKTYNA, LH, FSH - (101,50 zł) wyniki piątek/poniedziałek
No więc tak... Waga przedciążowa, brzuch prawie już ok, wizyta u gina zaliczona, wszystko jest idealnie. Pani doktor powiedziała, że mogę się starać o drugie. A ja na to, że natychmiast poproszę receptę na pigułki! Żadne drugie!
Wczoraj mieliśmy dobry dzień i bardzo słaby wieczór. Noc w miarę. A od rana... Powrót marudy! Ja oszaleję. Ja się nie nadaję. Kocham bardzo i robię co mogę, żeby mu pomóc się ogarnąć. Ale dobija mnie to psychicznie. Jak czytam u innych, że ten czas jest wspaniały i magiczny a ja marzę tylko o tym, żeby moja mama w końcu doleczyła grypę i zabrała go na cały dzień to myślę sobie, ze ja po prostu się nie nadaję... Jaka magia? Płacze, kolki, marudzenie, niewyspanie. A gdzie te słodkie uśmiechy? Gdzie gugający dzidziuś? No gdzie ta magia??? Podawałam mu pierś, bo chcę jeszcze chwilę utrzymać laktację, a on to lubi i się uspokaja. No i mam "magicznie" naderwany sutek. No magia! Nie ma co! Na spacer wyjść nie można, rodzina odwiedzić nas nie może, zabrać go chociaż do głupiego marketu też nie mogę. Za oknem szaro i zimno, dni krótkie. Ledwo ogarnę go i przysnie, uda mi się zęby chociaż umyć a tutaj już za oknem ciemno się robi. Rośnij synku! Dojrzewaj! Byle do 3 miesiąca. Wierzę póki co w tą magiczną przemianę po 12 tygodniu. I to chyba wszystko w temacie "magi macierzyństwa".
Czekam własnie na @.
Oczywiście pewności nie mam ale wolę się miło rozczarować.
Ile ja się dowiedziałam poprzez jeden miesiąc mierzenia temperatury. Szok. Taka byłam pewna swoich owulacji a tu niespodzianka. Wiem , że nic nie wiem. Człowiek się całe życie uczy.
Śmieszna sprawa wyszła z owulką a przy okazji odkryłam jak to działa na mężczyznę- te nasze serduszkowanie " bo trzeba".
Pewnego dnia mój M. patrzy jak siedzę na ovu i gapie się na mój wykres. Więc pyta co to takiego i o co chodzi. Jak juz zrozumiał to mu mówię, że w tym miesiącu owulki nie było więc możemy sobie robić co chcemy:)))) On na to, że ok. dziewczyny możecie mi nie wierzyć, ale jak tylko mu to powiedziałam, ze odpuszczamy, serduszkuje dwa razy pod rząd jednego wieczoru:))))) Taka ma ochotę. Zero problemów. Teraz wiem, że niepotrzebnie nakręcamy tych naszych facetów. Oni też muszą mieć ochotę a poza tym zobaczcie jak działa stres na mężczyznę! Po co im mówić te wszystkie historie o jajeczkach , owulacjach i innch????My myślimy, że on to olewają a tu się okazuje, że strasznie się przejmują swoją "męskością" a to powoduje problemy. Tak więc postanowiłam ograniczyć wiedzę mojego M. do minimum a nawet nie informować go, że to te dni:))))
Parę dni później tez M. siedzi rano przy kompie więc mu kazałam wpisać temperaturę. Jak wpisał to mówi: Zobacz tu jakieś kreski czerwone się pojawiły. Ja patrze a tu owulacja jednak zaznaczona hahahahapotem trzy razy przesuwana hahaha a my się nakręcamy jak szalone. Cykl się zaczyna to latamy jak nakręcone. Po co???? I tak nie znamy dnia ani godziny kiedy się nam uda!!!!
Na kolejny cykl zaopatrzyłam się już w testy owulacyjne na allegro. Przysłali razem z ciążowymi w gratisie. Już dwa sobie zrobiłam dla checy oczywiście. Zeby samej sobie udowodnić, że już to mnie nie rusza tak jak kiedyś. I nie ruszyło. Negatyw-trudno. Doszłam do wniosku, że nie będę podporządkowywac całego swojego życia pod " zajście" i nakręcac mojego M. Przyjdzie czas na wszystko... jesli będę czuła się dość silna, pójdę do lekarza i zacznę walczyć. Ale to JA mam czuć, że jestem silna i to przetrwam. Na dzień dzisiejszy tak nie jest więc po co mi to???? Mam stany depresyjnie z powodu każdej złej wiadomości ( chodzi o moją pracę) mój M. dopiero zaczyna pracować po 5 latach przerwy ( kłopoty ze zdrowiem). To wszystko spowodowało , że coś się we mnie zmieniło. Ze mój organizm sam się broni przed mną samą. Czuje, że to jeszcze nie ten moment żeby chodzić po lekarzach, robić badania itp. Jak będę silna to się tym zajmę.
Ostatnio rozmawiałam z moja znajomą. Urodziła niedawno dziecko. Pytam się jej czy się długo staraliście? Ona mi na to , ze 5 lat. Ja zrobiłam wielkie oczy. A jej mąż powiedział, że nawet nie chodzili do lekarza przez 5 lat bo nie chcieli. Tym bardziej się zdziwiłam bo to przeciez 5 dłuuugich lat. Ale w końcu się udało. Może mi się też uda. Jak przyjdzie na to czas. Jak Bóg da (jak mawia mój M. )
Ciąża zakończona 28 października 2014
W kilka dni po ostatnim wpisie, pełnym obaw ale i nadziei, trafiłam na oddział do szpitala z lekkim krwawieniem. Zostałam na obserwacji, nie szło tak jak byc powinno, jednak cały czas lekarze powtarzali mi, że jest dobrze. Po kilku dniach leżenia zobaczyłam bijące serduszko naszego maleństwa, rosło, w związku z czym wypisano mnie do domu, z zaleceniem leżenia, a krwawienie uznano (w związku ze złymi wynikami moczu) jako zakażenie układu moczowego. Z ciążą niby wszystko miało byc ok. Do lekarza prowadzącego miałam zgłosić się na wizytę 27 października i tak też zrobiłam. Czekałam na tą wizytę z niecierpliwością, zaczynał się już 10 tydzień, bardzo chciałam zobaczyć znów moją kochaną kruszynkę. Czułam niepokój, ale czułam też ekscytację. Kiedy lekarka rozpoczeła badanie USG, od razu wiedziałam, że coś jest nie tak... Zapadła tak grobowa cisza a minuty dłużyły się w wieczność. Leżałam, a ona nie mówiła nic. Widziałam, że dzidzia się nie rusza i widziałam na ekranie, że nie ma akcji serduszka, ale przekonywałam w myślach sama siebie, że pewnie zaraz je zobaczę, że może sprzęt jeszcze nie jest całkiem uruchomiony. Lekarka nadal milczała, ale jej wyraz twarzy był pełen przerażenia. Serce waliło mi już jak młot, w gardle sucho, a w oczach już łzy. Myślę sobie "niech ona wreszcie coś powie!" W końcu podłączyła Dopplera, żeby sprawdzić przepływ krwi. Wszędzie krew płynęła, tylko nie w moim kochanym dzidziusiu
Zaczęła wrescie mówić, ale nieśmiało i powoli:
- Wygląda na to, że dzidziuś prawie nie urósł od ostatniego USG w szpitalu i... serduszka też nie widać... nie ma też widocznego przepływu krwi...
Oblały mnie zimne poty i zapytałam szybko:
- Czy to znaczy, że dziecko... NIE ŻYJE?!
- Na to wygląda -odpowiedziała -Bardzo mi przykro. Ale ja się mogę mylić, chodzi o życie człowieka, potrzebna jest tu konsultacja innego lekarza. Wypiszę skierowanie do szpitala. Jeśli osoba trzecia potwierdzi moją diagnozę, konieczny będzie zabieg usunięcia ciąży. Sama Pani nie poroni, ze względu na duże dawki Luteiny potrzymującej ciąże, które Pani zażywała do dziś.
Wstałam z kozetki i wszystko dalej potoczyło się jakby poza mną. Ubierałam się płacząc, do domu wracałam zanosząc się z płaczu, nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Mąż też się popłakał, ale przyznam szczerze, ze pozbierał się dużo szybciej niż ja. W związku z tym, ze nie wzięłam już Luteiny, jeszcze tego samego wieczoru zaczęłam mocno krwawić i pojawiły się skurcze porodowe i ogromne bóle. Pojechaliśmy w nocy do szpitala. Poronienie się zaczęło. niestety usłyszałam, że sama nie urodzę, ale zabiegu tez nie mogą mi wykonać, ponieważ jadłam niedawno i żaden anestezjolog nie podejmie się wprowadzenia mnie w narkozę, z zawartością pokarmową w żołądku. Zatem przyjęcie na oddział, zastrzyk rozkurczający, leżenie i zabieg rano. Oczywiście całą noc przepłakałam, nie mogłam zasnąć nawet na chwilę. Traumy związanej z tym wszystkim co było później opisywać nie chcę. Chcę tylko powiedzieć, że z badań genetycznych dowiedzieliśmy się, że to była córeczka. Boli jeszcze bardziej
przy zgłoszeniu urodzenia dziecka martwego w Urzędzie Stanu Cywilnego nadaliśmy jej imię Kasia
wiemy, że zawsze będzie już w naszych sercach. Ja nie wyszłam jeszcze z tego ani psychicznie, ani fizycznie. Po zabiegu nastąpiły powikłania, dostałam zakażenia błony śluzowej macicy i przydatków. Ból tak straszny, że przez kilka dni chodziłam po ścianach, aż wreszcie trafiłam znów do szpitala i dwa tygodnie na zastrzykach. Trochę pomogło, ale, krwotok utrzymuje się już miesiąc i nie wiem co dalej robić, lekarze mówią, że tak być nie powinno, ale przyczyny również nie znajdują. Psychicznie jest różnie, raz lepiej, raz gorzej. Boli. To na pewno. Nadziei póki co nie mam i planów na następną ciążę też nie. Na pewno przyjdzie to z czasem, a Nowy Rok może przyniesie nowe nadzieje i siłę...
Hmm... Moje wyniki idealne, więc o co chodzi?
jutro wizyta w Poradni, więc mam nadzieję, że coś ruszy się do przodu.
Czy każde moje zachowanie, które odbiega od wymagań otoczenia musi być komentowane słowami "weź się już w garść, nie stał się koniec świata" itp?
Jutro druga wizyta u pani psycholog.
A im bliżej świąt tym większą niechęć mam do czegokolwiek.
25cs – 13 dc Inseminacja part 2 + dupek
Wczoraj stała pod znakiem zapytania, bo Pan mój pracuje poza WWa i ma dziadowskiego szefa
Ale udało się..do ostatniej chwili nie wiedziałam czy pojedzie
bo wczoraj po pracy pytam czy rozmawiał z typem czy załatwił - nie
miał dzwonić wieczorem - poszedł spać a ja już bałam się pytać
myślę sobie nie jest małym dzieckiem, jemu też zależy poczekam
dzisiaj pojechał na 6 do pracy
w klinice miał być 8-8:30 po 9 dzwoni, że stoi w korku
i straciłam nadzieję
no ale dotarł do 10 więc spoko
tyle nerwów..
zajeżdzam na 12:30 bo co się będę spieszyć - poprzednim razem siedziałam z godzine i czekałam a tak oszczędzam czas
wchodzę pusto zaglądam do położnych mówią czekać .. mijam się z jakimiś dwoma typami jeden mówi do drugiego, że pacjentka mu zginęła hehee jełopka jakaś sobie myślę
położna mówi, żeby czekać to czekam rozpłaszczam się odczepkuję, bo przecież nie wejdę na spotkanie z "chłopakami" taka rozwichrowana.. znowu ci lekarze..
no zginęła mi pacjentka.. patrzą na mnie.. czy pani Reni
mówię tak a on uff zapraszamy.. ja pierdziu na trójkąta? myślę sobie..
no dobra weszłam do pokoju … a tam późny gierek.. no masakra.. cofnęłam się w czasie
zabieg na zwykłej kozetce lampka taka okrągła.. pomyślałam sobie, że lekarzowi brakuje takiej lampki na czole jak mają górnicy
no dobra.. wchodzę a lekarz do mnie proszę się rozebrać i wygodnie położyć..
niestety jest pani ostatnią pacjentką i nie ma pani wyboru została ostatnia fiolka z preparatem podpisany „mąż reni”.. ot zgrywusek .. no to i ja w ten deseń – trudno biorę co macie
…. I stoją we dwóch i się gapią .. to ja cyk..nachy w dół.. (kuźwa wczoraj miałam długą za tyłek koszulkę a dzisiaj ledwo za pępek i to obcisła.. nawet nie mam jak się zasłonić ..
no nic położyłam się na tej śmiesznej kozetce patrzę a obok leży stos gazet.. jak zerżnąłem pomoc domową, zgubione majtki na dnie jeziora itd.. wooow.. to ten gabinecik dla panów myślę sobie..
no dobra ..okazało się, że ten drugi typek to jakiś student/rezydent czy ktoś tam w każdym razie się uczy.. ale że co że na mnie a jak nie w tą dziurę pociśnie..czekam
a panowie ucięli sobie pogawędkę (a ja leżę z wywaloną śmieszną)..
no i widzisz tu masz twardy cewniczek tam miękki tu wziernik wkładasz to potem to zapodajesz to i już… a preparat to są wyłapane najlepsze, dodatkowo mają podany taki płyn wiesz taki plemnikowy redbul 
podszedł do mnie założył wziernik, hop hyc podane .. uczniak stanął za lampą i zagląda.. a ja czuję, że poliki zaczynają mi płonąć.. lekarz nie dość, że przystojny, ten głos… razem robimy dziecko hahaha za to uczniak pożal się boże wymoczek …nie zdzierżyłabym nerwowo drugiego przystojniaka..
no doktorek po wszystkim powiedział na zdrowie uśmiechnął się mhhmmmm i wyszedł 
poleżałam chwilę i do pracy
udało się!

Wiadomość wyedytowana przez autora 25 listopada 2014, 14:59
Dziś mi się przypomniało, jak po pierwszym poronieniu lekarka powiedziała mi, że 60% ciąż przed 12 tc ulega poronieniu... horror... takie coś to chyba tylko u człowieka i tylko w dzisiejszych czasach. Nawet nie wiem, co o tym myśleć. Wiem, że nawet gdy zajdę w ciążę, strach będzie moim wrogiem i będę musiała z nim walczyć. ;/
Zanim zabrałam się za pisanie, najpierw sporo przeczytałam innych pamiętników i pomyślałam, że być może pomoże mi to uporać się z moimi emocjami. We wrześniu tego roku postanowiliśmy z moim partnerem starać się o dziecko. Zawsze bardzo je chcieliśmy mieć i doszliśmy do wniosku, ze to jest odpowiedni moment. Decyzję tą, że dobrze byłoby już, podjęliśmy też trochę pod wpływem informacji jaką jakiś czas temu usłyszałam od lekarza. A mianowicie to, że jestem zarażona wirusem HCV czyli wirusowe zapalenie wątroby typu C. Czeka mnie leczenie, które wyniszcza organizm, długi okres karencji, w którym staranie się o dziecko nie jest dobrym pomysłem. Więc w sumie starania o dziecko przedłużyłyby się (jeśli wszystko by dobrze poszło) o jakieś 3-4 lata. A jak wiadomo zajście w ciąże nie jest takie proste. Najmłodsi już też nie jesteśmy, ja 29 a Adam 34 więc taki długi okres oczekiwania mógłby działać na naszą niekorzyść. Obydwoje "wkręciliśmy" się w starania. Zmieniliśmy dietę, przebadaliśmy się, zażywamy witaminki. Ja codziennie skrupulatnie prowadzę wykres. No i nic. Wiem, że to dopiero 3 cykl ale ja jestem bardzo niecierpliwą osobą i ostatnio nie potrafię myśleć o niczym innym. No ale przecież w końcu się uda
Dodatkowym problemem jest to, ze mam baaaardzo nieregularne miesiączki. Ostatni cykl miał 35 dni , dziś jest już 37 dzień a ja nawet nie czuję się jak zwykle przed okresem. Postanowiłam zmienić ginekologa bo wydawało mi się, że poprzednia pani doktor niezbyt skrupulatnie do naszego starania podchodzi. W piątek 28go wizyta więc zobaczymy. Chyba powinnam trochę dać na luz, może wtedy się uda 
Już jutro pick up "jajeczek". aaaaaa....
stres mnie dopada, ale i zarazem szczęście gdzieś się przebija, że dopiero co czekaliśmy na wizytę kwalifikacyjną a tu już po zastrzykach.
a do tego wszystkiego boję się.. że znów jak w każdym stymulowanym cyklu torbiele się pojawiły.. albo, że pęcherzyki będą puste.. albo, że przez to, iż mój Luby nie rzucił palenia plemniki nie "ogarną" się w porę.. że nawet jak będzie jakaś komórka to się nie zapłodni... echh STOP.. muszę się wyciszyć..
Tak bardzo pragnę takiej małej kopii mojego M.... Boże spraw by była choć jedna komórka, by się zapłodniła i zdrowo rozwijała.. By mogła zamieszkać u mnie pod sercem jako blastusia i być ze mną dobrych parę miesięcy w brzuszku potem cieszyć nasze oczy i serca.. Błagam...
mam kwalifikacje czekam na @ miesiąc brania tabl anty i jedziemy z ivf 
9cs
8dc
wtorek
Mój ból żołądka związany był z ananasem.
W niedzielę kupiłam sobie sok ze świeżo wyciśniętego ananasa, bez żadnych dodatków. Wypiłam jakieś 300 ml i zaraz po tym zaczął boleć mnie żołądek. Ból ustał, po kilku godzinach i zjedzeniu posiłku. Ból był okropny, prawie mdlałam z bólu.
Dziś zgodnie z rozpiską diety, którą stosuję, miałam na pierwszą przekąskę 4 plastry ananasa świeżego. Zjadłam i ból zaczął się na nowo. Od razu zażyłam krople żołądkowe oraz zjadłam część obiadu. Ból ustał po 2 godzinach.
Przyszłam z pracy i zaczęłam grzebać w necie w sprawie ananasów i żołądka. Okazuje się, że osoby z owrzodzeniem żołądka nie powinny jeść ananasów, gdyż zakwaszają soki trawienne. No i mam przyczynę.
2 lata temu robiłam gastroskopię. Okazało się, że mam polipy (4), które mi wtedy usunięto. Badanie potwierdziło też bakterię helicobakter pyroli, czyli bakterię, która powoduje wrzody i owrzodzenia żołądka i dwunastnicy. Zostałam przeleczona antybiotykami, ale widać helicobakter wróciła... Badanie histopatologiczne nie wykazało zmian nowotworowych w wyciętych polipach.
Wniosek: nie mogę jeść ananasów i pochodnych.
Powinnam iść do lekarza rodzinnego i przeleczyć się na helicobakter pyroli jeszcze raz (trudno to wyleczyć i ewidentnie u mnie bakteria ma się znakomicie).
Dzień 49.
dzień senny, leniwy i luźny 
rano poleniuchowałyśmy,obejrzałyśmy film o cudzie narodzin , wieczorem z mężem oglądamy ostatnią część - poród 
później posmażyłyśmy z mamą naleśniki z nutellą mm
a mała straszyła mnie od rana, bo mało ruchliwa, nawet po czekoladzie! Ale po godzinie się obudziła 
zaliczyliśmy z T. spacerek i można odpoczywać 
Polunia troszkę się przy kolacji wygina, maleństwo moje 
w domu już temat Świąt, pomysły na prezenty już są 
w sobotę idziemy do kina na :Igrzyska śmierci
i na zakupki mikołajkowe - mąż chce bluzę a ja leginsy i sukienkę ( by wyglądać jakoś na święta) 
dzisiaj 27+3 :
Do wizyty : 6 dni!
Obwód brzucha : 87 cm.
Waga: 50 kg. (na plusie 5)
Do porodu: 91 
Dziś dzień w pracy minął dobrze , wszyscy już wiedzą bo nie chciałam tego ukrywać. Na szczęście dyrekcja nie zareagowała źle
No ja już jestem 3 osobą w ciąży
. Ale jakoś dziwnie boli mnie brzuch jakbym okresu miała dostać i nie wiem czy to kwestia po ciągłym chodzeniu czy od stresu o dziecko. Zastanawiam się nad zwolnieniem w pracy. Czy ja panikuję? Czy ten ból jest normalny? Napiszcie proszę.
Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.
Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.
Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.