Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Póki życia, póty nadziei

Autor: empiq
18 listopada, 09:55

Minęły 4 dni od śmierci Malutkiej. Niestety mimo brania Bromergonu mam pokarm. Piersi trochę zmalały, ale zdarza się, że siedzę przy stole nad kanapką, a tu nagle bluzka mokra. Teraz też siedzę z laptopem i czuję wilgoć. Moje ciało jest takie głupie. Moje dziecko nie żyje, a piersi jak gdyby nigdy nic produkują mleko.
Prześladuje mnie wspomnienie porodu, a męża - widok twarzyczki naszej córeczki. On w przeciwieństwie do mnie miał tę odwagę ją dotknąć i popatrzeć, pożegnać się. Ponoć miała ciemne włoski i nos po nim. Położne założyły jej czapeczkę. Wcześniej pytały, czy chcę ją zobaczyć, założyć pieluszkę albo ubranko. Przecież to makabra. Patrzyłam na nie jak na wariatki, o co one mnie pytają. Przecież ja bym tam dostała obłędu pogłębiając traumę tuleniem martwego ciałka mojego dziecka. Myślałam, że zwariuję tamtej nocy przed porodem, a po porodzie jedyne czego pragnęłam to zasnąć.
I żałuję, że się nie wykrwawiłam i nie poszłam za nią. Niestety poród okazał się fizycznie lekki, za lekki. Około 6:30 podano mi następne 3 tabletki. O 7:30 ustał ból całego brzucha, już nie bolało ustawicznie jak przy okresie, ale pulsacyjnie i domyśliłam się, że to właśnie skurcze. Wmusiłam w siebie śniadanie, kuląc się na krześle. Przyjechał mąż. Poszłam do toalety, zastanawiałam się jeszcze nad lewatywą, ale ostatecznie sobie darowałam. Położyłam się na łóżku. Mąż usiadł obok i trzymał mnie za rękę. Zaczęłam mierzyć czas trwania skurczy. Ból był tak silny, że stan paniki nie mógł już nade mną zapanować, a ja paradoksalnie byłam spokojniejsza niż w nocy, chociaż cierpiałam o wiele mocniej fizycznie. Kiedy skurcze stały się dłuższe i trwały minutę, wracając co 30s, mąż zawołał położną. Szyjka się spłaszczyła, a położna wyczuła, że główka jest nisko. W tym momencie nie liczyło się już nic, tylko urodzić. W jakiś sposób ulżyło mi, że to już, że za chwilę, że dziecko się obróciło, że wydostaje się pierwsze zamiast łożyska. Była chyba 9:20, kiedy poczułam główkę w kanale rodnym. Nic nie musiałam robić, siły natury przejęły kontrolę nad sytuacją. Oddech miałam równy, tylko raz musiałam mocniej westchnąć i wtedy poczułam ramionka.
I nagle już.
Koniec.
Nie krzyczałam.
Cisza.
Usilnie patrzyłam się w sufit, potem zasłoniłam oczy dłonią. Poczułam córeczkę między udami. Była jeszcze ciepła. Nic mnie już nie bolało fizycznie, a tak bardzo marzyłam o tym bólu, o ileż łatwiej go znieść.
Chciałabym wiedzieć, czy mi kiedyś wybaczy, jeśli zrobiłam coś źle, jeśli coś zaniedbałam.
Tak bardzo za nią tęsknię, tak mi jej brakuje, naszych zabaw w hasło-odzew, kopała zawsze w odpowiedzi na moje delikatne stukanie palcem w brzuch. Tak bym chciała, żeby to był tylko koszmarny sen.
Najlepsza cząstka mnie odeszła bezpowrotnie.


Wiadomość wyedytowana przez autora 18 listopada, 11:31

7 komentarzy (pokaż)
25 listopada, 18:29

Dziękuję za wszystkie komentarze, za odwiedziny, za to, że jesteście. Dzięki Wam nie czuję się taka trędowata i jakby skażona. Bo wewnętrznie wciąż tak właśnie się czuję, napiętnowana, gorsza, naznaczona martwym urodzeniem własnego dziecka. Mąż dziś pyta, czy może mi jakoś pomóc. No nie może, więc odpowiadam "Jak? Zamienisz się ze mną ciałem?" Czuję tak ciężkie brzemię śmierci córeczki. Przytłacza mnie bezsilność, jakiej doświadczyłam i jakiej teraz doświadczam. Nie wiem, czy tam w środku wszystko dobrze się goi, czy antybiotyk zwalczył bakterię ecoli, którą znaleźli w macicy, czy zajdę jeszcze w ciążę, czy uniknę zrostów. Martwię się, bo mija 11 dzień od porodu, a ja wciąż krwawię, niewiele, ale jednak. Jestem taka niecierpliwa, już bym chciała, by moje cialo wróciło do zdrowia, chociaż tyle, a to wszystko tyle trwa, od tej niepewności dostaję obłędu. Brzuch też wciąż większy. Tym też się martwię, czy macica się obkurcza tak, jak powinna. Mam tyle lęków w sobie i rezygnacji jednocześnie.
Dziś rozmawiałam z mamą, ona chlipie mi w słuchawkę, ja się trzymam podczas rozmowy, ale potem, gdy się rozłączam wyję i wołam córeczkę, by wróciła po mnie. Są takie dni, że płaczę co chwila i takie, kiedy usypiam to cierpienie w sobie i pozornie wyglądam na pogodzoną z losem.
Łzy przychodzą falami, przypływy i odpływy, czasem marzę, że już wkrótce ją spotkam po tamtej stronie i to marzenie jest takie kojące, że może już jutro albo za tydzień, a potem czar pryska, osuszam znowu oczy i widzę tą beznadziejną rzeczywistość wokół mnie bez granic marną.

1 komentarz (pokaż)
30 listopada, 20:12

16 dni po porodzie.
Nie mam jeszcze wyników sekcji. Ciągle nic nie wiem.
Na szczęście przestałam już krwawić. Skończyłam też zastrzyki Clexane i antybiotyk. Teraz już czekam na konsultację z ginekologiem i pierwszą @.
Martwię się bardzo o męża. Stał się nerwowy, bardzo zagubiony. Byliśmy u teściowej i znowu się czułam jak na szpilkach. Mąż nie potrafi się z nią dogadywać, a ja jestem za to obwiniana przez teściową. Masakra. Dziś wyjechaliśmy i odzyskałam względny spokój.
Chciałabym gdzieś wyjechać sama, ale czuję, że mąż mnie potrzebuje. Zresztą sam to ciągle powtarza, że teraz potrzebuje mnie jeszcze bardziej.
Szukałam w sklepach jubilerskich zawieszki na łańcuszek w kształcie jaskółki. Nigdzie nie było. Na początku myślałam o aniołku albo gwiazdce, ale potem przypomniał mi się motyw jaskółki w jednym filmie i jeden tekst, uznałam, że to będzie ten odpowiedni symbol pamięci o mojej córeczce i symbol tęsknoty za nią.

Quote:
Jaskółka czarny sztylet, wydarty z piersi wiatru
Nagła smutku kotwica, z niewidzialnego jachtu
Katedra ją złowiła w sklepienia sieć wysoką
Jak śmierć kamienna bryła
Jak wyrok naw prostokąt.
Jaskółka błyskawica w kościele obumarłym
Tnie jak czarne nożyce lęk, który ją ogarnia.

Jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca
Ponad głowami ludzi, w których się troska błąka
Jaskółka znak podniebny jak symbol nieuchwytna
Zwabiona w chłód katedry przestroga i modlitwa.

Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą
Lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą
Przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła
Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła.

Na wieczne wirowanie, na bezszelestną mękę
Na gniazda niezaznanie, na przeklinanie piękna.


Wiadomość wyedytowana przez autora 30 listopada, 20:18

0 komentarzy (pokaż)
7 grudnia, 12:46

24 dzień po porodzie

Za mną tragiczny dzień. Od rana płakałam. Potem koło 11 zwlekłam się z łóżka, bo własna działalność, zobowiązania zmuszają mnie, bym chociaż w minimalnym stopniu zadbała o interes. Wszystko odwlekam, przełożyłam deadliny, byle tylko mieć czas dla siebie. Z drugiej strony praca ułatwia wyłączenie myślenia chociaż na chwilę.
Wczoraj tylko odbębniłam, co było konieczne, a potem znowu myślenie, wspomnienia i płacz. Mój umysł wyświetla na przemian widok sali porodowej, przygotowania do łyżeczkowania, poród, widok z okna szpitala, rękę męża, którą ściskałam w czasie skurczy, lekarza aplikującego mi domacicznie te cholerne tabletki...
Byłam wtedy tak potwornie samotna, bylo tak ciemno, tak cicho, nigdy nie czułam się bardziej samotna, niż tamtej nocy, opuścił mnie wtedy nawet Bóg i już nie wrócił.

Obrzydza mnie moje ciało.
Kiedy mąż próbuje mnie dotknąć, przytulić, pocałować, to cała się spinam i drętwieję. Wczoraj sobie wymyslił, ze mnie wymasuje. Płakałam cały czas. Jego czułość wręcz mnie dobija. Mam do mojego ciała olbrzymi wstręt. Było grobem mojej córeczki, czuję się jakaś sprofanowana fizycznie przez lekarzy, przez ten poród, przez los. Tak bardzo żałuję, że nie umarłam wtedy. Nie musiałabym znosić teraz siebie i tych uczuć.
A już apogeum rozpaczy dopadło mnie wieczorem. W ramach odmóżdżenia oglądaliśmy "Piękne i odważne". W kilku momentach nawet się uśmiałam, ale potem zerknęłam na ich instagramy, zobaczyłam tę ich nieznośną lekkość bytu bijącą ze zdjęć i pękło wszystko. Nie potrafilam się opanować przy mężu, chociaż wcześniej zawsze płakałam w ukryciu albo nocą.
Miewam wyrzuty sumienia, gdy mam lepszy dzień, lepsze popołudnie, gdy prześpię całą noc.
Czuję się wyrodną, nieczułą matką, gdy się uśmiechnę, bo gdzieś z tyłu głowy rodzi się pytanie "Nie wstyd Ci, dopiero 3 tygodnie, a Ty już suszysz zęby?
Czasem wydaje mi się, że zwariuję od tych myśli, że mój umysł nie udźwignie tego, że się posypię i stracę kontakt z rzeczywistością. Jeśli gdzieś jest piekło, to tutaj wokół mnie i w mojej głowie.
W przyszłym tygodniu wypadałoby iść do lekarza. Chciałabym to odwlec, najchętniej poszłabym dopiero po miesiączce, ale mąż się niepokoi i chce, byśmy poszli teraz, sprawdzili, czy nie ma już bakterii, czy się wszystko oczyściło. Czy już zawsze będę musiała się zmuszać, robić wszystko wbrew sobie?
Mam opory przed ginekologiem, przed kolejnym rozkładaniem nóg i stresowaniem się diagnozą.

1 komentarz (pokaż)
12 grudnia, 18:59

Jutro chyba pójdę do lekarza. Chyba, że @ przyjedzie, a zbliża się, bo pojawiły się pryszcze i humory mam ciężkostrawne, te z gatunku:
2ae2e23625e755d4c6fd78a7c30d61a4--catwoman-movie-quotes.jpg

A wybieram się do doktorka nie dlatego, że coś mi dolega, ale dlatego, że dziś dzwonili do męża(nie do mnie - paranoja kolejna) ze szpitala, że są wyniki histopato. A żeby je zobaczyć, to muszę mieć lekarza, do którego te wyniki przefaksują, bo mnie wysłać listem poleconym nie mogą. Osobiście wyników nie odbiorę, bo jestem jakieś 600km od nich.
Kretynizm i popieprzona biurokracja. Oczywiście znowu dziś płakałam, że znowu muszę iść do lekarza, że nienawidzę bycia kobietą, a potem żal zmienił się w złość, którą odreagowuję, żrąc śmieci. Na śniadanie alpejskie mleczko popijam kawą z mlekiem i cukrem(nigdy wcześniej nie słodziłam kawy-pycha) po jakimś obiedzie w stylu "2 kawałki mięsa z gulaszu" odpalam "Cesarzową Ki" mój ukochany serial i zażeram do niego chipsy 240g, co popijam oczywiście pepsi(dietetyczną). Mąż przerażony, ale nie śmie nic powiedzieć. Niech tylko spróbuje. Około 15:00 robię sobie drzemkę, nawet 2godzinną, mimo że śpię ze 12 godzin. Wieczorem oglądam 2 odcinki dextera z chłopem. Potem idę spać i na chwilę zapominam o koszmarze zwanym moim życiem.
Wczoraj skończyłam łykać probiotyk po antybiotykoterapii.
Teraz ćpam jedynie acard i witaminy, jak mi się przypomni. Może jutro przyjedzie @, to nie będę musiała iść do konowała.

0 komentarzy (pokaż)
13 grudnia, 15:37

Mam dziś dosyć. Nie dość, że dziś pierwsza miesięcznica, to jeszcze mam przeboje z NFZ.
Zadzwonili dziś rano ze szpitala, że są wyniki histopato. Oto mam poprosić swojego obecnego lekarza(którego jeszcze nie mam), by na piśmie wnioskował o udostępnienie wyników badań, które to pismo trzeba przefaksować do szpitala na Warmii i tam łaskawie w odpowiedzi wyślą wyniki. Zdeterminowana stwierdziłam, że trzeba iść do poradni i mieć to za sobą. W poradni nie mają faksu, ale w szpitalu mają (drugi koniec miasta). W szpitalu w rejestracji tłumaczę, jaka jest sytuacja. Wysyłają mnie do sekretariatu oddziału gin. W sekretariacie nie mają faksu, ale dostaje adres email, na który pacjentkom innych szpitali dosyłają m.in. wyniki różnych badań. Dzwonię na warmię i pytam, czy mogą wysłać na email. Nie mogą. Mogę ostatecznie upoważnić kogoś. Tylko kur... ja tam nikogo nie mam, nawet w całym województwie. Mam ochotę opierxxlić tego babsztyla, wylać na nią wiadro pomyj, dlaczego utrudnia mi i tak trudną sytuację. Idę znowu do sekretariatu. Mówię, że się nie zgadzają na email. Babka jest wyraźnie zdziwiona, ale spoko, Warmia to chyba trzeci świat. Wysyła mnie do pokoju lekarzy. Tam wystawiają oczy, bo przecież te wyniki są moje, wszystkie wyniki pacjenta należą do pacjenta, zdziwieni, czemu nie chcą mi tych wyników wysłać poleconym, ale tłumaczą, że teraz wszystkie placówki NFZ podchodzą pod szpital. Lekarz proponuje, bym zarejestrowała się w jakiejkolwiek poradni, poprosiła lekarza o taki wniosek, z tym wnioskiem mam udać się do sekretariatu szpitalnego, tam przefaksują papier na numer szpitala warmińskiego i jest szansa, że dostanę wyniki.
Jutro ciąg dalszy tego koszmaru. Trzymajcie kciuki, bym jutro wywalczyła, co moje.
Szczerze mam ochotę to wszystko olać.

3 komentarze (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)