Letnia promocja w OvuFriend!

Aktywuj abonament Premium w OvuFriend od dziś do 31 sierpnia a otrzymasz od nas prezent:

Jeżeli wykupisz abonament Premium w OvuFriend i zajdziesz w ciążę, będziesz mogła wykorzystać swój abonament w BellyBestFriend, w niesamowitym, w pełni spersonalizowanym, inteligentnym kalendarzu Twojej ciąży!

Promocja trwa do 31 sierpnia 2019 roku.

Wykup abonament Zamknij
Pamiętniki Starania o pierwsze dziecko po wycięciu tarczycy 23.08.2017r
Dodaj do ulubionych
‹‹ 3 4 5 6 7 ››

15 maja 2018, 14:34

Wczoraj na świat przyszła córka mojej koleżanki z pracy. Urodziła się na początku 28 tyg ciąży. Obie leżą na OIOM-ie. Mam nadzieję, że wszystko się dobrze skończy. Trzymajcie za nie kciuki, kto może niech się pomodli... Po moim połówkowym miałyśmy się spotkać w 4 - cztery ciężarne z naszej pracy... Pół nocy nie spałam...

23 maja 2018, 12:25

22tc (21t + 1 dzień), 2 kg na plusie, za mną już 147 dni ciąży, do porodu pozostało 133 dni:)

Nic ciekawego się nie dzieje, dni lecą jeden za drugim... Intensywnie szukamy dużego, 4-pokojowego mieszkania, max do 2 piętra. No ale w naszym mieście nie ma nic ciekawego. Przeraża mnie trochę wizja wdrapywania się z gondolą, dzieckiem, zakupami i psem na 4 piętro (i to w zimie), ale chyba nie będziemy mieli wyboru:/ Przynajmniej na razie...Kupno/budowę domu sobie odpuściliśmy totalnie - wolę te dodatkowe 100 tys. odłożyć na zabezpieczenie dzieci (tak, dzieci hehe - planujemy drugie zmajstrować jak tylko dostanę zielone światło od gina). Na dom spłukalibyśmy się totalnie, musielibyśmy wziąć kredyt, a tak przynajmniej będziemy mieli odłożone już po 50 tys na dziecko. Do tego dziadkowie miesiąc w miesiąc wpłacają 200zł na konto dziecinne. My też będziemy odkładali po dwie stówy, ale to dopiero po kupnie całej wyprawki, bo na to kupa kasy jest potrzebna. Jednym słowem bezpieczeństwo materialne moich dzieci jest dla mnie mega ważne, nie chce za 20 lat dostać zawału, bo córka lub syn będzie chciał/a studiować, wyprawić wesele lub kupić mieszkanie. Cała ja - mam plan na najbliższe 20-30 lat hehe
Oprócz poszukiwania mieszkania w ciągu dnia zajmuje się oglądaniem wózków, fotelików, łóżeczek, ciuszków, zabawek itp. Wiem, że jeszcze na to zdecydowanie za wcześnie, więc nie kupuje tylko oglądam. Marzyłam o tym od 3,5 roku. Nastraja mnie to maksymalnie pozytywnie, uszczęśliwia totalnie:)
Trzecia sprawa, która całkowicie zaprząta mi głowę to ciąża. Ciągle coś czytam, zdobywam nową wiedzę, siedzę na forach. Zawsze staram się być dwa kroki do przodu - to daje mi pozorną kontrolę nad tym czego kontrolować nie mogę;) Nadal jaram się ruchami/kopniakami małej, oglądam się codziennie w lustrze (jeszcze nie mam linii negra, pępek wklęśnięty, brzuszek już widoczny, ale na szczęście nie jest olbrzymi, na razie rozstępów brak). Porzuciłam całą chemię kosmetyczną - nie maluje paznokci, nie robię makijażu, smaruje ciało tylko organicznym olejem z kokosa, włosy farbuje naturalną i organiczną henną, nawet szampon i odżywkę do włosów zmieniłam na naturalne i myję się szarym mydłem. Tak wiem, oszalałam, ale powiem szczerze, nie wyglądam źle - włosy się tak nie przetłuszczają, naturalnie błyszczą, same się całkiem przyzwoicie układają, nie mam problemów z cerą, paznokcie stały się mocniejsze... Cuda;)
I na koniec - żeby nie było, że tylko rzygam tęczą i jest totalnie cukierkowo... Wczoraj śniło mi się, ze poroniłam i musiałam urodzić moje martwe dziecko:/ Jak tylko się obudziłam, to gadałam do młodej, puszczałam jej Czajkowskiego i Mozarta żeby się tylko obudziła i mnie skopała... Jutro natomiast mam usg połówkowe, boję się jak cholera - staram się oczywiście nad tym panować, ale mi nie wychodzi:/ Cały czas myślę, czy jest móżdżek, czy organy młodej dobrze funkcjonują, czy się rozwijają, czy serduszko jest zdrowe (ja jestem po operacji wrodzonej wady serca więc jest ryzyko), czy z nią wszystko w porządku, czy szyjka się nie skraca (ostatnio czuje ją nisko)... dużo by pisać...

Wiadomość wyedytowana przez autora 23 maja 2018, 12:36

25 maja 2018, 14:24

Badanie połówkowe wyszło super:) Móżdżek się odnalazł, ma już nawet robaka, wszystkie organy są i poprawnie działają, serduszko zostało obejrzane z każdej strony i też wszystko z nim ok. Szyjkę mam długą (ponad 4 cm), wszystko pozamykane, nic się nie dzieje przy parciu. Córeczka została nadal córeczką, nic jej między nogami nie wyrosło i raczej już nie wyrośnie hehe Usg trwało dość długo (ponad godzinę) do tego wiem, ze było zrobione na maxa skrupulatnie, przez ginekologa-położnika-genetyka. Jednym słowem kamień z serca;)

W związku z tym, że wszystko z młodą ok możemy udać się na mini wakacje!!! 31.05 jedziemy na 4 dni w nasze ukochane góry:) już się nie mogę doczekać:):):)

28 maja 2018, 10:52

Kupiłam poduszkę do spania dla kobiet w ciąży - rogala. To mój drugi typowo ciążowy zakup, pierwszym były leginsy. Innych rzeczy jeszcze boję się kupować...
Boli mnie spojenie łonowe jak za dużo pochodze:/ do tego łupie mnie w krzyżu, chodze jak paralityk:/ chyba do porodu będę musiała się oszczędzać...

10 czerwca 2018, 11:49

24tc (23t + 5 dni), 4 kg na plusie, za mną już 165 dni ciąży, do porodu pozostało 115 dni:)

Mini wakacje naprawdę nam się udały - reset pozwolił zapomnieć choć trochę o codziennych problemach, pracy, strachu o ciąże itp. W górach oboje czujemy, że żyjemy, odpoczywamy i ładujemy akumulatory. 4 dni to trochę mało i już mnie ciągnie z powrotem, może pod koniec czerwca uda nam się znowu wyjechać choćby na 3 dni... Cieszę się, że młoda z nami "zwiedza", była już w Olsztynie, Częstochowie, Wiśle, Ustroniu, Szczyrku, Żywcu. Planujemy zabrać ją jeszcze min. do Krakowa, Międzygórza i może gdzieś jeszcze jak tylko pozwolą mi siły:) Chrzest bojowy ma już za sobą - burzę z piorunami i gradem na szczycie góry:) Już nie mogę się doczekać kiedy będę ją mogła zawieźć w Tatry, może w przyszłym roku w nosidle lub chuście zaliczy Dolinę 5 Stawów, Kościeliską i Chochołowską... Byłoby cudownie;)

Wracając do rzeczywistości... W piątek zamówiliśmy już wózek, bazę i fotelik. Trochę wcześnie, ale były fajne rabaty - 15%... ja to w sumie chciałam się wstrzymać, ale Ł. na mnie napierał i w końcu się zgodziłam;) Jestem też już po kontrolnych badaniach krwi i moczu - wyszły super, a to badanie na glukozę co ją trzeba wypić i trzy razy później kują wyszło nawet idealnie:) Jedynie tsh spadło mi do 0,2 (norma od 0.4), ale zmniejszyłam już odrobinę dawkę euthyroxu i myślę, że będzie ok. FT3 i 4 na szczęście w normie. Endo nawet się trochę dziwiła i mówiła, że jestem jej pierwszą pacjentką, której zmniejsza dawkę w ciąży (ponoć zwiększa się w tym czasie zapotrzebowanie na hormony), ale u mnie to zawsze wszystko na opak:/

Samopoczucie generalnie mi dopisuje, czuję jak energia mnie roznosi. Gdyby nie kokoszenie się młodej w brzuchu to nawet nie czułabym, że jestem w ciąży;) Jedynym moim "problemem" jest ból krzyża od czasu do czasu - ale odkryłam już pewną zależność: jak mała kopie mnie w brzuch (niby takie maleństwo, a brzuch aż cały chodzi) to z kręgosłupem jest ok, ale jak tylko czuje na brzuchu jej plecy (kopie po kręgosłupie) to ledwo łażę... Generalnie wydaje mi się, że zbudowałyśmy już jakąś tam więź - jak dotykam brzucha to mnie zawsze kopnie, jak do niej mówię też daje znać, że jest, jak w burzę się bała to ją uspokoiłam głaskaniem po brzuchu i mówieniem do niej (no dobra to mogą być też moje urojenia;).

Ł. jak to Ł. lata ze trzy metry nad ziemią ze szczęścia;) gada z brzuchem, całuje go na przywitanie i pożegnanie, zrobił miejsce w szafie w przedpokoju, żebym ja się tam przeniosła z ciuchami, a szafę w sypialni oddamy młodej... Ciągle coś mierzy (gdzie postawimy łóżeczko itp.), w wózku przed zamówieniem sprawdził wszystkie amortyzatory, koła jakieś tam inne bebechy, baza z fotelikiem była też dwa razy przymierzana do auta, żeby sprawdzić jakiś tam kąt;) Powiedział nawet ostatnio, że chce ze mną rodzić - przed ciąża mówił, że nie da rady, zemdleje, da w ryj lekarzowi jak ja będę się męczyła i takie tam. A teraz całkowita zmiana;) Zobaczymy co będzie jak przyjdzie co do czego hehe

Trochę się rozpisałam ... Teraz muszę zmykać szykować jedzonko na grilla, którego dzisiaj wyprawiamy dla rodziny i znajomych:) Wszystkiego dobrego dla Was:*

18 czerwca 2018, 13:39

25tc (24t + 6 dni), 4 kg na plusie, za mną już 173 dni ciąży, do porodu pozostało 107 dni:)

Czy to normalne, że ja w 25 tyg pierwszej ciąży tak dobrze i mocno czuje naszą córeczkę? Wiem gdzie jest, po czym mnie kopie (pęcherz, kręgosłup, żebra). Czy to jest normalne, że już budzę się w nocy po kopnięciu w pełny pęcherz (aż cała podskakuje)? Czy powinnam już mieć problemy z zasypianiem, bo młoda prawie codziennie buszuje po brzuchu koło 22.30-24.00? Czy tak małe dziecko może tak szaleć, że nie tylko je czuje, ale brzuch mi cały faluje (wiedzę to nie tylko ja, ale też postronne osoby)? Dodam, że skopała już pół rodziny, nie tylko Ł. Jak to wszystko jest możliwe?
Zrobiłam rozeznanie wśród starszych ciążą dziewczyn z mojego otoczenia i tych, które dopiero co urodziły. Wszystkie twierdzą, że miały takie odczucia, ale w 32-34 tyg ciąży... To dlaczego ja mam je już od 24 tyg? Do tego wszystkiego moja kumpela w 22 tyg nie czuje jeszcze ruchów dziecka (też jej pierwsza ciąża), a na usg wszystko jest ok...
I teraz rodzi się pytanie: czy może młoda jest duża jak na swój wiek (ja mam prawie 180 wzrostu, mój Ł. ma 2 metry) i dlatego tak się rozpycha, może ma po prostu taki temperament, albo ja coś źle robię... Niby nie jem słodyczy, ale owocami nie gardzę. Oczywiście w granicach rozsądku, ale jednak. Może to od cukru (glukoza i glukoza z obciążeniem w normie)? Kolacji też późno nie jadam, a koło 23.00 młoda urządza dyskoteki;) Może to dlatego, że w ciągu dnia ja jestem aktywna, a ona w większości śpi, a jak się kładę, to jej nie bujam chodzeniem i się nudzi, albo jej niewygodnie. Sama już nie wiem...
I tylko, żebym została dobrze zrozumiana - ja się strasznie cieszę, że młoda daje mi znać, że jest, rozczulają mnie te kopnięcia, falowanie brzucha itp. Tylko się martwię czy to nie za wcześnie, czy ja czegoś źle nie robię...Wizytę u gina mam dopiero za 10 dni i wtedy na pewno się wszystkiego wypytam. Do tego czasu może któraś z Was napisze swoje odczucia w tej kwestii.

Nie wiem, może po prostu szukam dziury w całym...

Ps. mam ostatnio sporo wolnego czasu i oprócz myślenia (skutki tego widzicie w moich rozkminkach wyżej;)) postanowiłam uszyć słonika sensorycznego dla młodej. Ja która nie umie szyć, nie zna ściegów i ma dwie lewe ręce do robótek handmade hahaha Dzisiaj jadę po materiały, wykrój już ściągnęłam z neta:) Dam znać co z tego wyjdzie. Tylko Ł. patrzy na mnie i się pyta czy to przez hormony ciążowe, bo to do mnie nie podobne hahahah

20 czerwca 2018, 13:36

Kupiliśmy mieszkanie!!!! Tak po prostu:) W poniedziałek znalazłam ogłoszenie, najpierw podjechał sam Ł, bo mi się nie chciało, potem podjechaliśmy jeszcze raz z rodzicami. Wczoraj podpisaliśmy umowę przedwstępną. Rzadko robię coś na wariata, ale teraz poczułam, że to to:)
Mieszkanie jest cudowne, wyremontowane, przestronne, składa się z 3 pokoi z możliwością przerobienia na 4 (remont zrobimy ewentualnie jak już będę w drugiej, zaawansowanej ciąży i będzie pewność, ze jest sens). Generalnie spełnia wszystkie kryteria, które miałam gdzieś tam w głowie myśląc o mieszkaniu idealnym: jest na pierwszym piętrze w niskim bloku bez windy, jest duże, ma dwie duże piwnice, znajduje się blisko 3 parków, kortów tenisowych, lodowiska, dwóch supernowoczesnych placów zabaw itp.
Nasze obecne mieszkanie już wystawiłam i modle się po cichu żeby szybko zeszło, bo inaczej będziemy jeść tynk ze ścian, ewentualnie rosół widelcem;) Już nawet nie wspominając, że nie bardzo będziemy mieli kasę na kupno wyprawki dla młodej hehe
Generalnie klucze dostaniemy 31.07 więc mam miesiąc na spakowanie wszystkich gratów:/ Wyprowadzać się i wprowadzać do nowego mieszkania będziemy jak ja będę na początku 8 miesiąca ciąży. Jak to zrobimy to szczerze mówiąc nie wiem;) I gdzie w tym wszystkim będziemy mieli czas na pranie i prasowanie rzeczy dla małej, ogarnianie szkoły rodzenia (zaczynam od początku sierpnia haha), kupowanie akcesoriów i innych podobnych rzeczy dziecięcych, pakowanie torby do szpitala itp. A jak się wcześniej "rozpakuje" to z młodą nawet nie będziemy miały gdzie pójść wychodząc ze szpitala... W każdym razie mam nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży i będziemy mieli nasze wymarzone mieszkanie bez żadnych większych przebojów.
Żeby tego wszystkiego było mało Ł znowu ma obrzęk na siatkówce i nie może dźwigać:/ czeka go laserowa korekcja za jakieś 3 m-ce czyli wtedy jak ja mam termin porodu:/ Normalnie śmiechowo:/ Boki zrywać:/

Żeby tylko z młodą było dobrze, resztę ogarniemy... Jakoś... Chyba...

23 czerwca 2018, 11:48

Odebraliśmy wczoraj ze sklepu wózek, fotelik, bazę. Wózek jest śliczny: biało-grafitowy. Został u moich rodziców (mieszkają w bloku z windą), bo nam się nie chciało tego wszystkiego taszczyć do nas na 4 piętro.

Od czwartku zaczęłam edukację przedporodową na NFZ (godzina raz w tygodniu, zajęcia aż do porodu), czuje się jakbym wróciła na studia, ciągle tylko słucham i notuje. Informacji dostajemy bardzo dużo, ale są one przedstawione w super dostępny sposób. Zakumplowałam się tam już z jedną dziewczyną w 30 tyg. i umówiłyśmy się, że przy ćwiczeniach ona będzie matką (bo jest położną i mniej więcej wie co i jak), a ja będę ojcem (chaotycznym i niewiele wiedzącym - do tej roli nadaje się idealnie hehe).

Dzisiaj na Dzień Ojca dałam Ł w imieniu młodej symboliczny prezent - kubek z napisem "Tato Łukaszu! Tak baaaaardzo Cię kocham! Oliwka" i grafiką czarnego słodkiego kotka z rozpostartymi na maxa łapkami. No i się chłop wzruszył... Bardzo. I powiem Wam tak szczerze, że ja nie jestem w stanie ogarnąć umysłem jak on bardzo chce i chciał tego dziecka. I po takich akcjach widzę dopiero jak musiał cierpieć przez te lata jak nie dane nam było się starać przez tą głupią tarczycę... Zaraz się chyba poryczę... Dobra biorę się w garść, bo siara wyć do laptopa... I Ł znowu będzie się pytał czy to przez hormony ciążowe;) A i tak, młoda zostanie chyba Oliwką - to imię podoba się i mnie i Ł. Do mnie jeszcze przemawiała: Anastazja, Kornelia, Luiza, Laura, ale Ł się przy tych imionach kwasił:/

I ostatnia rzeczy, o której chciałam napisać: na 95% mamy kupca na nasze mieszkanie. Ma czas na podjecie decyzji do niedzieli, albo się decyduje i podpisujemy umowę, albo rezygnuje. Wydaje się napalony na kupno, ale wiecie jacy są ludzie... Może narobi nadziei i zniknie:/ No nic nie ma co zapeszać. Trzymajcie kciuki. Tfu, tfu.

25 czerwca 2018, 11:20

26tc (25t + 5 dni), za mną już 180 dni ciąży, do porodu pozostało 100 dni:)

Miał być zajebiście optymistyczny "stódniówkowy" wpis, a zamiast tego siedzę, siwieję ze zgryzoty i gdybym obgryzała paznokcie to byłyby już obgryzione do kości:/ Znowu kwalifikuje się do psychiatryka bez badań:/ Przed wczoraj (sobota) miałam w normalnym mlecznym śluzie ciążowym takie milimetrowe brązowe skrzepiki (takie kropeczki), co prawda niedużo, ale jednak. Natomiast wczoraj do południa trochę takiego bardzo jasno brązowego śluzu. Dzisiaj nic. Młoda się rusza, skurczy chyba nie czuje, krwi nie ma. Nadal cały czas biorę luteinę. Mam się tym martwić? Wizytę u gina mam dopiero w czwartek wieczorem:( Któraś może tak miała??? Zwariuje:/

Ps. Wczoraj byliśmy na chrzcie u dzidzi siostry Ł (to ta, którą kocham jak siostrę). Z powodu zamartwiania się plamieniami zgubiłam kopertę z kasą:/ Kapnełam się w restauracji, z prędkością światła pognaliśmy pod kościół i na szczęście leżała na ulicy w deszczu i błocie (musiała mi wypaść jak wsiadałam do auta)... Kasa nienaruszona, kartka okolicznościowa nie nadawała się już do użytku...Po jaką cholerę ją brałam do tego kościoła to nie wiem:/ Także tego...

Edit:
No i zrobiłam z siebie panikarę totalną, ale co tam;) Zadzwoniłam do gina, powiedział, że jeśli to było incydentalne, nie krwią, brzuch nie boli, czuje ruchy młodej to mam się jakoś szczególnie nie martwić i przyjechać w czwartek. Takie plamienia się ponoć zdarzają. Mam tylko teraz pilnować ruchów młodej i jakby coś było nie tak (zmniejszona ruchliwość, krwawienie, nasilenie plamienia itp.) to mam do niego od razu dzwonić. No dobra, przyjęłam do wiadomości i staram się jakoś uspokoić szajbę.

Wiadomość wyedytowana przez autora 25 czerwca 2018, 12:11

26 czerwca 2018, 12:57

Na razie od 1,5 dnia plamień brak tfu, tfu. Jutro idę o 8.00 do gina na nfz to sprawdzi mi tętno młodej, i zbada szyjkę. W czwartek jedziemy na usg. Mam nadzieję, że to nie było nic groźnego... Młodą czuję, rusza się więc chyba żyje... (tak wiem optymizm mam w chwili obecnej porażający:/)

Wczoraj podpisaliśmy umowę przedwstępną sprzedaży naszego mieszkania. Babeczka dała mi znać dzisiaj, że przelew na poczet zadatku poszedł. Teraz zostało nam tylko czekanie... I na wieści o młodej i przelew. Jeśli wszystko będzie ok to w piątek wyprawiam 31! urodziny (kiedyś myślałam że do trzydziechy będę miała już dwójkę dzieci... taaaa jasne, za marzenia nie karają;)), a od soboty zaczynam powoli pakowanie. Mam ponad miesiąc więc dam radę ogarnąć temat nie przemęczając się. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Wczoraj żeby się zając umówiłam nas na 15.07 na sesję brzuszkową (to tak w ramach zaklinania rzeczywistości). Brzuszek będzie jeszcze wtedy ładny (będę jakoś tak chyba w 29 tc) i będę miała siłę pozować. Do tego później załatwianie wszystkich formalności, przeprowadzka, szkoła rodzenia i nie byłoby czasu, a myślę, że to fajna pamiątka będzie.

Trzymam kciuki za wszystkie ciąże z przebojami, a te bez przebojów niech takie zostaną do szczęśliwego rozwiązania:)

Edit:
Dostaliśmy zadatek. No to mieszkanie można powiedzieć mamy sprzedane w 6 dni:)

Wiadomość wyedytowana przez autora 26 czerwca 2018, 17:59

27 czerwca 2018, 17:30

Byłam dzisiaj u gina na nfz, zbadał mnie, powiedział, że szyjka wysoko, wszystko szczelnie zamknięte, macica ma dobre odruchy (jak to sprawdził i o co dokładnie w tym chodziło to pojęcia nie mam). Śladu po plamieniu brak. Położna zbadała mi też tętno młodej, więc nie tylko ją czuje, ale też dzisiaj słyszałam pięknie pukające serduszko:) Plamienia od dwóch dni nie mam, wrócił biały ciążowy śluz. Morfologia minimalnie się rozjechała (na moje oko mam odrobinę za mało żelaza, ale nad tym popracuje), mocz super, glukoza 85!
Byłam też dzisiaj na tych naukach przedporodowych na nfz. Jak tylko dorwałam położną to od razu się wypytałam wszystkiego co dot. tego mojego plamienia. I ona mi powiedziała (a wydaje się naprawdę kompetentną, mądrą i doświadczoną kobitką), że to najprawdopodobniej był ślad po okresie. Wcześniej tego nie miałam, bo szyjka była mega szczelnie zamknięta, teraz się ciążą rozpulchniła i coś tam delikatnie wyleciało. Teraz tak mogę mieć ponoć co miesiąc do porodu. I powiedziała, że to niby normalne. Nie powiem trochę odetchnęłam, ale i tak dla mnie najważniejsze jest jutrzejsze usg.
I jeszcze jedno - umówiłam nas na 08.08 do notariusza. Do tego terminu chcemy (a nawet musimy, bo poród będzie za rogiem) zamknąć temat sprzedażny i kupna mieszkania.

Oby tylko z młodą było wszystko ok. Reszta to mały pikuś...

29 czerwca 2018, 12:10

27tc (26t + 2 dni), za mną już 184 dni ciąży, do porodu pozostało 96 dni:)

Wczoraj miałam 31 urodziny i dostałam najpiękniejszy prezent jaki można dostać - z młodą wszystko jest ok:) Waży już 901g i wszystkie wymiary ma w normie. Szyjka wysoko, szczelnie zamknięta, brak śladu po plamieniu. Z zaleceń: mam przyjmować żelazo w tabletkach, najmniejszą dawkę (ale to chyba sobie odpuszczę i na razie spróbuje nadgonić ten temat dietą) oraz luteina pod język brana nadal dwa razy dziennie do 35 tyg. ciąży (czyli od samego początku - 5 tygodnia, do prawie samego końca echchch).

Dzisiaj wyprawiam urodziny, a jutro ruszamy z pakowaniem:) Oczywiście wszystko na spokojnie, powolutku, robiąc przerwy na odpoczynek, bo nie chce powtórki z tymi plamieniami.

9 lipca 2018, 12:26

28tc (27t + 5 dni), za mną już 194 dni ciąży, do porodu pozostało 86 dni (ze względu na okoliczności ten temat jest na razie nie aktualny;))

Przytyłam 9,5 kg i co najgorsze nie wiem kiedy...:/ Miałam nadzieję skończyć na 16, a tu początek 7 miesiąca i już prawie dycha:/ Niby tego jakoś bardzo nie widać (oprócz oczywiście wystającego brzuszka, ale takiego nieotłuszczonego tylko napiętego, ciążowego), wchodzę w spodnie z przed ciąży (cisną mnie tylko pod brzuchem)... Zaczęłam brać jednak to dodatkowe żelazo na rozjechaną morfologię i znowu mam jazdę z zaparciami, do tego woda mi się chyba zatrzymuje w organizmie i są efekty:/ Od jutra odstawiam gluten, całkowicie słodycze i ograniczam nabiał, natomiast dokładam buraki, orzechy, szpinak, dużo zielonych warzyw. Znowu jak przed ciąża zaczynam jeść co 3 h. Nie zaszkodzi, a nóż pomoże. Na szczęście rozstępów brak.

Tycie tyciem, ale pojawił się na horyzoncie gorszy problem związany z ciąża:/ Zaczęło się od tego, że zrobiłam rekonesans prywatnych szpitali położniczych w województwie i wszędzie wymagana jest wizyta kwalifikacyjna. Trzeba na nią zabrać konsultacje specjalistyczne - jestem po operacji serca i wycięciu tarczycy więc muszę mieć dwie takie konsultacje. Myślałam, że to tylko formalność tym bardziej, że chcę spróbować urodzić naturalnie. O jaka ja naiwna jestem to szok:/ Zaczęłam od kardiologa i mam niezły meksyk:/ Poszłam do dwóch lekarzy rodzinnych ze specjalizacją kardiologiczną z mojej przychodni. Obaj powiedzieli, że mi nie wypiszą takiego dokumentu, bo są zakontraktowani jako interniści. Myślę sobie "Polska", ale luz, mam przecież inne opcje. Cudem dostałam się do mojej kardiolożki, która prowadzi mnie od 2012r. - też mi nie podpisze, bo badania (holter,echo) miałam robione w innym szpitalu (na lepszym sprzęcie). Do tego mi mówi, ze najlepiej jakbym poszła na 3 dni do szpitala na diagnostykę kardiologiczną, no ale skierowania to już mi nie wypisze. Myślę sobie - zajebiście... No nic pójdę prywatnie, to za kasę mi przecież taki dokument wypiszą... Nic bardziej mylnego, doktorek stwierdził, że widzi mnie pierwszy raz w życiu to się nie będzie podkładał. Moją ostatnią deską ratunku był szpital, w którym robiłam echo i holtera. Niestety mój lekarz, którym mi zlecał te badania i mnie prowadził jest od lipca do września na urlopie i nie przyjmuje w poradni. Nikt inny mi tego nie podpisze, bo nie. Tak po prostu... Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że wszyscy ci pożal się Boże "specjaliści" mówili mi w kółko, że serce mam jak dzwon, wyniki wychodzą super, bez problemu urodzę naturalnie blablabla A teraz jak jestem w siódmym miesiącu ciąży nagle się boją podpisać konsultacje... Bo niby poród naturalny jest za dużym wysiłkiem, a cesarka obciąży serce znieczuleniem. Niech mi ktoś teraz wyjaśni jak ja w takim razie mam to dziecko urodzić, bo już po prostu nie wiem. Żeby tego było mało w szpitalu państwowym, z najwyższym stopniem referencyjności w województwie też potrzebuje takich konsultacji, bo muszą się ponoć przygotować na taką pacjentkę. Ręce, cycki i gacie opadają:/ Teraz jestem na etapie "pi*rdole nie rodzę"... także tego:) Stwierdziłam, że mam to w "najgłębszym poważaniu" i powiem o tym mojemu ginowi 24.07. Niech on myśli jak to obejść, bo ja tego nie przeskoczę. Tyle w temacie;)

W piątek wywozimy 3/4 dobytku na nowe mieszkanie (właściciele oddadzą nam jeden zamykany pokój). Większość rzeczy mamy już popakowane, trzeba tylko całość zorganizować logistycznie i organizacyjnie - pomoże rodzina i znajomi także luz.

Jednym słowem na nudę nie narzekam... Cieszę się, ze mimo wszystko psychicznie funkcjonuje w miarę ok, z młoda raczej spoko, plamień brak. może będzie dobrze...

Wiadomość wyedytowana przez autora 9 lipca 2018, 14:14

18 lipca 2018, 19:20

30tc (29t + 1 dzień), za mną już 203 dni ciąży, do porodu pozostało 77 dni:)

Po krótce z mojego podwórka:
- dokumenty do aktu notarialnego mamy już załatwione;
- 3/4 dobytku przewieźliśmy do nowego mieszkania;
- konsultacja endokrynologiczna załatwiona, hormony tarczycowe wyrównane, obniżam jeszcze dawkę euthyroxu;
- zlitował się nade mną kardiolog (ten co jest na urlopie do września) i może uda się coś w kwestii konsultacji ugrać, wynik holtera już jest gotowy, muszę go tylko odebrać (ciekawe tylko jakie tam kwiatki znowu powychodziły:/);
- glukoza nie jest jednak taka idealna jak mi mówił gin na NFZ - nie ma prawie wcale skoku (na czczo 85, po godzinie 86, po dwóch 89 - niby w normie, ale czemu nie ma skoku??!), dzisiaj robiłam powtórkę badania i zrzygałam się po godzinie do kosza na śmieci w poczekalni pełnej ludzi... w sekundzie mnie zemdliło i byłam bez szans na dolecenie do kibelka (szczerze mówiąc nawet mnie to nie ruszyło, jak skończyłam otrzepałam pióra, przepłukałam zęby i poszłam do endokrynologa haha)... oczywiście badanie do powtórki:/ No jeszcze tylko cukrzycy mi do mojego kramiku nieszczęść brakuje... Od jutra profilaktycznie przechodzę na dietę cukrzycową;
- żelazo trochę lepiej więc smutki nadal przepijam sokiem z pokrzywy i przegryzam burakiem;)
- nadal jestem na etapie "pie*dole nie rodzę", zobaczymy co mi ten mój kardiolog wymyśli, ewentualnie być może mam jeszcze jedną opcję... zobaczymy;
- moja wyprawka do szpitala, jest na tym samym etapie co wyprawka młodej - czyli nie istnieje;) nawet nie mam listy, bo nie wiem gdzie i jak będę rodziła (każdy szpital, który biorę pod uwagę ma inne wymogi)... Ciuszki małej przypadkowo wywiozłam na nowe mieszkanie, właściciele są na urlopie, więc na razie nie mam szans się do nich dostać;
- auto nam się sypie, zastanawiamy się czy warto je robić czy może lepiej sprzedać (mam tyle na głowie, że w sumie jedna sprawa w tą czy w tą;));
- Ł gorzej widzi i zastanawiamy się czy ten laser nie zrobić wcześniej (tylko cholera kiedy??!);
- na ten moment jeszcze nie zwariowałam z tego wszystkiego;)

Tyle tytułem gorzkich żalów:) 24.07 jedziemy na usg, niech tylko z młoda będzie wszystko ok... o nic więcej nie proszę...

Wiadomość wyedytowana przez autora 18 lipca 2018, 19:22

24 sierpnia 2018, 12:21

35tc (34t + 2 dni), za mną już 240 dni ciąży, do porodu pozostało 40 dni (jak mi kalkulator to przeliczył to prawie padłam na zawał... jak to już? tak szybko??!)

Daaaaawno mnie tu nie było, ale tyle się działo, że po prostu nie miałam kiedy usiąść i napisać nawet najkrótszego wpisu...
Dla upamiętnienia, napisze co u nas się działo:
1) Dom
- Mieszkanie sprzedaliśmy, ale nie obyło się bez przygód: kupująca tydzień przed aktem notarialnym napisała, że nie dostała kredytu hipotecznego i nie ma kasy (tak po postu), potem nie odbierała telefonów, łaskawie kontaktowała się tylko sms-owo, generalnie o 0 informacji... W końcu po tym jak ją postraszyliśmy, że zadatek jej przepadnie to się jakoś zorganizowała i skołowała kasę (pożyczkę na jej mieszkanie wzięła mama i jej brat). Tydzień wyrwany z życiorysu, ile nas to nerwów niepotrzebnych kosztowało to szok... Naprawdę czasem zastanawiam się czy ludzie mają jeszcze jakąś przyzwoitość, czy gen odpowiedzialności jest na wymarciu, czy naprawdę nie ma czegoś takiego jak cywilna odwaga??:/
- Nasze obecne mieszkanie kupiliśmy już bez problemu. Mini remont zrobiony, ściany pomalowane, meble poustawiane, teraz tylko posprzątać na błysk. W tą sobotę się wprowadzamy!!!:) I dzięki Bogu, bo za stara już jestem na mieszkanie z teściami (Pytania, kiedy wrócę, gdzie idę, po co idę, dlaczego robię tak, a nie inaczej itp., ciągłe gadanie, że co tylko nie zrobię to zaraz urodzę, a jak urodzę wcześniej to ona mi da... Nie było niby jakoś tragicznie, ale te 3 tyg to max ile byłam w stanie psychicznie wytrzymać).
2)Ciąża
- Hipotrofia: nasza mała ma za mały brzuszek (o 2 tyg) względem reszty ciała. Niby rośnie, przybiera na wadze (waży już 2100g), organy są widoczne, no ale jest jednak długa i chuda (doktorek twierdzi, że po nas, ale gdzieś tam w głowie fakt podejrzenia wady dziecka jednak jest). Niby granica błędu, niby usg wychodzi super, ale od miesiąca nie myślę o niczym innym... Teraz jeździmy do gina co dwa tyg sprawdzać dobrostan młodej - przepływy, stan łożyska (na razie 1 stopień, nie starzeje się więc luz) itp. Staram się nie czytać w necie o hipotrofii, bo ostatnio skończyło się na dwudniowym ryku:/
- Szyjka: z 4 cm spadła mi do 2,39 (przeprowadzki, sprzątania, forsowanie się to w zaawansowanej, zagrożonej ciąży naprawdę nie jet dobry pomysł):/ Za 5 dni odstawiam w końcu luteinę więc istnieje opcja, że wcześniej się rozpakuje... Obym dotrwała minimum do końca 38 tyg, będę zaciskała nogi;)
- Choroba: tyle wytrzymałam zdrowa, przyjechał teściu z delegacji i przywlókł jakiegoś syfa ( niby tylko gardło go bolało od picia zimnej wody... taaa jasne) i wszystkich nas skosiło choróbsko:/ Katar, kaszel, gardło całe w stanie zapalanym:/ Jak na razie jest trochę lepiej, ale bez wizyty na szpitalu z gorączką się nie obyło. Dostałam paracetamol w najmniejszej dawce (3 dni, 2x1), bo na duomox jestem uczulona:/ Poprawa jest delikatna, ale nadal szału nie ma:/
- Konsultacja kardiologiczna - wczoraj ją zdobyłam, prawie siłą, ale mam:) A więc brak przeciwwskazań do porodu naturalnego. I super. W końcu coś do przodu.
- Torba do szpitala: spakowana w 90%, na więcej na razie nie mam czasu, ale powinnam go naleźć ze względu na okoliczności.
- Szkoła rodzenia - chodzimy. Ostatni zjazd 18.09 - nie wiem czy dam radę dotrzymać.
- Wyniki: anemii już prawie nie ma, glukoza z obciążaniem wyszła pięknie, morfologia już prawie książkowo, tarczyca też daje radę.
- Samopoczucie: psycha ryła mi glebę przez tą hipotrofię, krótką szyjkę, problemy ze sprzedażą mieszkania i parę innych spraw rodzinnych, o których nie chciałbym tu pisać. Teraz jest trochę lepiej. Generalnie moje nastawienie można opisać hasłem: ch*jowo, ale bojowo;) Zobaczymy na jak długo...
3) Zabieg na oko Ł
Nie odbył się bo ten ubytek się wchłoną... Cud???
4) Moja praca
Są zwolnienia, degradacje, chusteczkowa atmosfera, ludzie skaczą sobie do gardeł... Szczerze - mam to w bardzo głębokim poważaniu. Serio nie obchodzi mnie to. To tylko praca, jak nie ta to inna.
5) Pies
Kolejna rzecz (jego zachowanie, bo pies to oczywiście nie rzecz, a członek rodziny), o którą się martwię... Mieszkamy u teściowej, chodzimy na nowe mieszkanie, na stare nie i chyba nie bardzo biedny ogarnia co się dzieje. Ja ledwo łażę (jak posprzątam, pozałatwiam urzędowe sprawy to przez ten upał zdycham), nie mam siły ani czasu się z nim tak intensywnie bawić, miziać go, łazić na długie spacery... Jest zagubiony, smutny. Martwię się o niego. Ile tylko mogę poświęcam mu czasu, łazi za mną wszędzie, nie schodzi z kolan, nawet do kibelka do mnie włazi, stał się jakiś taki wylękniony, nie bardzo chce jeść, zje tylko z mojej ręki... Cholera ma chyba chłopak depresje. I do tego teraz w sobotę przeprowadzka, ja się mogę w każdej chwili rozsypać, jak będę w szpitalu to mnie z nim nie będzie i jak wrócę przyniosę małe rozdarte coś... Boję się jak on sobie z tym wszystkim poradzi:( Nie mam wyjścia, zaciskam mocno nogi, żeby miał minimum miesiąc na adaptacje do nowych warunków i miał mnie tylko i wyłącznie dla siebie.

Dużo by jeszcze pisać, ale nie mam czasu. Wszystkim życzę wszystkiego dobrego. Buziaki dla Was od nas:)



Wiadomość wyedytowana przez autora 24 sierpnia 2018, 12:32

10 września 2018, 14:19

36+6, do terminu porodu zostały 3 tyg.!!!

U nas po staremu czyli ciągle coś:) Jestem prawie w 38 tyg ciąży, a nadal nie wiem gdzie i jak będę rodziła (i tak już chyba zostanie). Biorę pod uwagę dwa szpitale - jeden wojewódzki z 3 stopniem referencyjności, drugi prywatny z porodem na NFZ. Jutro jadę do tego prywatnego na wizytę kwalifikacyjną i zobaczę co mi powiedzą - czy jest szansa wypakować się u nich czy jednak przez tą tarczycę i serdeucho nie. Wiadomo lepsze warunki, sala porodowa jednoosobowa, sale poporodowe max dwuosobowe z łazienką, dobre jedzenie, wyszystkie badania przesiewowe+jakieś tam dodatkowe, ponoć położne super, nie zwlekają z cc jak coś się dzieje (nie tak jak w szpitalach państwowych). Ale... no bo zawsze musi być ALE:/ Szpital ma drugi stopień referencyjności, są tylko dwie, jednoosobowe sale porodowe węc jak są zajęte to odsyłaja z bólami gdzie indziej (mimo podpisanej umowy), nie znam tam żadnego lekarza... W tym państwowym wiadomo rzeź niewiniątek, taśmówka totalna (nawet dziecka po porodzie nie dają do kontaktu skóra do skóry, bo ich zdaniem to zbędne), z cc zwlekają ile się da,warunki a'la wczesny PRL (na sześć 3-4 osobowych sal 1 łazienka!), w zimie tak zimno, że dziewczyny zatykały recznikami okna (takie są szpary, nie dosć, że wiało to śnieg się dostawał), jedzenie ochydne, wszystkiego brakuje... Ale z drugiej strony muszą przyjąć, druga sprawa ten 3 stopień referencyjnośći (kardiologia na miejscu, jakbym nie udźwignęła tematu) - jak coś się dzieje to z tego prywatnego wiozą właśnie do tego państwowego... I teraz będź tu człowieku mądry:/ W każdym razie jutro jadę do tego szpitala prywatnego na wizytę kwalifikacyjną, pojutrze do tego mojego gina-położnika-genetyka, który pracuje w tym państwowym (niestety w instytucie genetyki, on porodów raczej nie przyjmuje). W czwartek muszę podjąć ostateczną decyzję, czego oczywiście się boję jak diabeł święconej wody:/
Wizja porodu zaczyna mnie powoli przerażać... Serio. Jak sobie przeliczyłam ostatnio, że zostały 3 tyg to mną delikatnie mówiąc trochę wstrząsnęło. Kiedy to zleciało??? Ja jeszcze nie zdąrzyłam się tą ciążą nacieszyć... Jak będę żyła bez tych kopniaków w brzuch i wszystko inne, jak mam funkcjonować bez dużego brzuszka, do którego tak bardzo się przyzwyczaiłam, jak mam myśleć o sobie w liczbie pojedyńczej, a nie mnogiej??? A jeśli to moja pierwsza i ostatnia ciąża??? Jeśli już nigdy tego nie przezyję? I do tego ten brak poczucia bezpieczeństwa (a raczej kontroli) - prawie 38 tydz., a ja nie wiem gdzie będę rodziła. I te moje zajebiste sny - ostatni o tym, że teściu wywoływał mi poród parówkami (których nie jadam, bo od 16 lat nie jem mięsa)... I przeczucie, że nie dotrwam do terminu porodu (od samego poczatku ciąży tak czuje)... I strach, że nie dam rady przy porodzie (będą musieli ja wyciągać kleszczami, złamią jej bark, bo nie będę miała siły jej wypchnąć itp.), a potem, że nie poradzę sobie z młodą, że nie będę potrafiła jej ubrać czy przewinąć, że będę baznadziejna, że nie będę miała mleka i przez to ona będzie głodowała, że nie będę w stanie funkcjonować bez snu, że ne będę miała tyle cierpiwości ile bym chciała, że nie uchronie jej przed całym złem świata, że z tego wszystkiego wpadnę w deprechę poporodową i takie tam różne... Nie wiem czego się bardziej boję - porodu czy czasu zaraz po min:/ Jednym słowem z jednej strony chciałabym młodą mieć już przy sobie, ale z drugiej nie wiem czy podołam... Mam taki bajzel w głowie, że szok:/ mam tylko nadzieję, ze to przez hormony i kiedyś (byle szybko) znowu powróci ta poukładana, ogarniająca chaos, niebojąca się wyzwań ja.
Ł. jak to Ł. szaleje po całości:) Nie pije alko, bo nigdy nie wiadomo kiedy poród się zacznie, ogarnął auto, nauczył się zakładać bazę z fotelikiem, pozakładał oświetlenie nad łóżeczkiem młodej itp... Ale na moje pytanie co zrobi jak poród się zacznie niespodziewanie i pójdzie strasznie szybko odpowiedział: "Położe Cię na podłodze, rozłoże Ci nogi i będę czekał". Na co konkretnie będzie czekał to nie bardzo był w stanie określić hehe O tym, że nie zadzwoni nawet po pogotowie to nie wspomne. Na początku się z tego śmiałam, ale teraz przestało mnie to bawić - nie ma szans, żeby on sam udźwignął poród (ja to myślę, że on nie bardzo zdaje sobie sprawę z tego na co się pisze asystując mi w tym czasie) i co musiałabym urodzić sama, bo tatusia młodej by zamroczyło z wrażenia??! Koniec czarnych scenariuszy, bo tylko się niezdrowo nakręcam. A uwierzcie mi wyobraźnia mi hula;)
Kilka słów co u nas. Mieszkanie w miarę ogarniętę, ale nadal ciągle coś wyłazi do zrobienia. Zepsuła się nam pralka, którą kupiliśmy dwa tyg temu - walnęła po drugim praniu (wybraliśmy droższą, niby nieawaryjną hehe). Właśnie czekam na serwis ciekawe co Panowie wymyślą... Infekcja można powiedzieć wyleczona - oczywiście musiałam wziąć antybiotyk po trzech tygodnach łażenia z katarem i kaszlem:/ Torba do szpitala spakowana nadal w 95% - jakoś nie mam weny, żeby się za nią zabrać... Jak będzie spakowana to wtedy tak już na serio ten poród może się wydarzyć... eeeeeeeeetam poczekam jeszcze trochę i pozaklinam rzeczywistość;) Dzisiaj robiłam badania tarczycowe - jestem ciekawa jakie wyjdą przez te moje przedporodowe schizy;) Pies się w miarę ogarnął. Mam z nim tylko teraz jazdę z jedzeniem. Burżuazja załapała, że jak nie zje jednego, to mu zaraz coś innego wymyślę. I ciągle liczy na rarytaski: karma tfu, kurczaczek spoko, ale nie dwa razy pod rząd, kiełbaska tylko jego ulubiona, warzywka bleeee itp. Już się za niego wzięłam, bo mu się z dobrobytu w tyłku poprzewracało;)
I jeszcze nadmienie o moich objawach, że tak powiem cielesnych. Młoda dziubie mnie w krocze coraz cześciej (nie wiem czy trafia w jakiś nerw, ale boli jak cholera), zaczyna boleć/uciskać mnie chyba miednica (rozcluźnianie spojenia łonowego?), do tego czuje takie dźgania w pachwinie lewej, śluz mi znaczaco zgęstniał... Myślę sobie cholera coś jest na rzeczy... Wyczytałam co tylko znalazłam w internecie i całkiem prawdopodobne, że tak mój organizm przygotowuje się do porodu. I wiecie co? Wszystko mi przeszło jak ręką odjął (oprócz oczywiscie dziubania młodej, bo ona nie wie, że to na poród;)) a na ten śluz to w ogóle nie patrze:) Przeczytałam, też w końcu ksiązkę "W oczekiwaniu na dziecko", oczywiście pomijając temat porodu. To ma przeczytać Ł. Ech... tak pięknie idzie mi zaklinanie rzeczywistości;)
Na razie tyle. C.D.N.

14 września 2018, 12:38

37+ 2 do terminu porodu zostało 19 dni.
Na ten moment 10 - 11 kg na plusie (zależy od dnia - taz jest 9,5 kg raz prawie 11kg).
Wyniki badań: mofologia prawie wyrównana, tsh - 0,970!, ft3 i 4 super, GBS ujemny, biocenoza pochwy taka jak powinna być, HIV, HCV, HBS, toxo - wszystko gra i buczy. Przed porodem muszę jeszcze tylko powrórzyć morfologię, zrobić drugi raz grupę krwi (wynik musi być potwierdzony) oraz zrobić aptt.
Usg - młoda waży 2880g (oczywiście granica błędu pomiaru +/- 400g). Ułożona jest już głowką w dół i powoli próbuje włożyć ją do kanału rodnego (dziubie i dziubie mnie w to krocze, dlatego tak mnie boli to spojenie łonowe i pachwiny). Na razie wód płodowych dużo, przepływy i łożysko spoko. Lekarz mówi, że córcia raczej gigantem nie będzie, wiec przynajmniej w teori powinnam ją łatwiej urodzić.
Poród - plan A: szpital prywatny, plan B (jeśli nie będzie miejsca w prywatnym): szpital państwowy z "docenieniem" położnej. Jednym słowem spontan;)
Wizyta kwalifikacyjna do porodu w szpitalu prywatnym - masakra:/ Rozmowę przeprowadzał lekarz od zabiegów nietrzymaia moczu, plastyki pochwy itp., jeden z właścicieli szpitala. Opinie na znanylekarz.pl w 70% negatywne, ale sobie pomyślałam co mi tam, to tylko krótka wizyta, nie będę przecież z nim rodziała. Takiego buraka to ja chyba w życiu nie spotkałam... Na wejście podaje mu wszystkie dokumenty z listy (która jest na stronie szpitala), a on na to, że to on będzie prowadził rozmowę, bo to on jest u siebie, a nie ja... No ok, może za wyrywna byłam (taki mam temperament, że zawsze wychodzę z inicjatywą). Później zaczął zadawać pytania zamknięte więc odpowiadałam: tak lub nie - na co doktorek kąśliwie poprosił, żebym odpowiadała pełnym zdaniem... Myślę sobie no ok, dam radę robię to dla młodej. Na kolejne pytanie odpowiedziałam: tak i zaczęłam krótko uzasadniać odpowiedź. Na co lekarz przerwał mi w połowie pierwszego zdania twierdząc, że nie ma czasu na opowieści... Nosz k*urwa to w takim razie w jaki sposób mam się z nim komunikować??! No ale nic, zacisnełam zęby i stwierdziłam, ze nie dam się sprowokować. Odpowiadałm więc przez zęby yhy, no to mnie poinformował, że czegoś takiego nie ma w słowniku polskim. No to się zagotowałam. Widział, jak bardzo mnie zirytował, więc w końcu odpuścił. Modliłam cię tylko, żebym wizyta skończyła się jak najszybciej i żebym dała radę mu nie odpyskować. Ale to jeszcze nie koniec;) Jak już wizyta miała się ku końcowi to zapytał mnie o przyczynę wycięcia tarczycy. Powiedziałam w krótkich żołnierskich słowach: G-B nie do opanowania farmakologią, wole guzkowe toksyczne i tu doktorek mi przerwał stwierdzeniem (uśmiechając się z politowaniem), że według jego wizedzy medycznej G-B nie leczy się wycinaniem tarczycy.Się znalazł k*urwa specjalista od siedmiu boleści:/ Zagiełabym go pierwszym lepszym pytaniem. Miałam już na końcu języka odpyskować tekstem, że według mojej wiedzy medycznej oraz zalecań PTGP nie ma czegoś takiego jak cesarka na życzenie klientki i mając ją w prywatnej ofercie szpitala robią krzywdę i matce i dziecku,no ale najwyraźniej dla właścicieli liczy się wyłącznie kasa, kasa, kasa. Ciekawe czy na taki tekst odpowiadałby pełnymi zdaniami czy może użyłby stwierdzenia yhy, którego nie ma w polskim języku hehe Łłłłłłło dawno już mnie tak nikt z równowagi nie wyprowadził, muszę naprawdę kochać swoje dziecko, że dałam radę ugryźć się w jezyk. W innych okolicznościach... W kazdym razie skierowanie do tego szpitala dostałam. Obym tego człowieka nie spotkała już nigdy na swojej drodze. Zwłaszcza po porodzie. A opinie i tak mu wystawie, ale oczywiście już po wszystkim:)
Pierwsze ktg - młoda tak waliła rękami, nogami a później pupą w głowicę od tętna i pelotę od pomiaru skurczy, że badania nie dało się wykonać. Myślałam, że mi skórę rozerwie. No ale ona nie cierpi jak się ją uciska, na badaniu usg też kopała w głowicę. Temperament to widać ma po mamusi hehe W każdym razie położna kazała mi się przełżyć na lewy bok, delikatnie głaskać brzuch i do niej szeptem pogadać. No to ją uśpiłam. Badanie wyszło średnio miarodajne, bo albo szalała, albo spała i nie dała sie obudzić. Już w brzuchu ma swoje humory, jak ją ogarniemy po urodzeniu to nie wiem;)
U nas tyle. Ogarnęłam się już w miarę z tym porodem. Powoli zaczęłam nastawiać się na niego psychicznie. Dzisiaj w planach mam spakowanie w 100% torby do szpitala. Nie ma już odwrotu, jak tam wlazła, to teraz musi jakoś wyjść;)

19 września 2018, 14:44

39 tc (38+0), do terminu porodu zostały 2 tyg., nadal +/- 10 kg na plusie.
Torba do szpitala w 99% spakowana. Zostały mi już tylko do dopakowania kosmetyki codziennego użytku (krem, tonik, aktyperspirant, szczotka do włosów itp.) oraz dodatkowy komplet baterii do laktatora. Nawet dokumenty mam spakowane. Trwało to wszystko co prawda 5 dni, ale już mam to z głowy.
W wolnej chwili czytam "Język niemowląt" - w teorii super książka, ciekawe jak będzie z praktyką... Dzisiaj idziemy chyba na "ostatnią wieczerze" na mieście ze znajomymi. Będzie pizza, lody, piwo bezalkoholowe... Mam tylko nadzieję, że z nadmiaru szczęścia się nie porzygam;) Nie wiem czy do porodu będziemy mieli jeszcze czas i ochotę na takie spontaniczne wyjścia. W każdym razie dzisiaj musimy się choć trochę rozerwać, bo zwariujemy;) Zwłaszcza ja - to napięcie i niepewnośc zaczynają mnie wykańczać psychicznie:/
Wczoraj byliśmy na ostatnim zjeździe szkoły rodzenia. Zaczynając ją (31.07)myślałam, że nie dotrzymam w dwupaku do jej zakończenia, a tu proszę 39 tydzień i jak na razie żadnych sygnałów przedporodowych. Brzuch moim zdaniem na razie jeszcze nie opadł, żadnego podbarwionego krwią śluzu (sam biały ciążowy w ilościach mega obfitych), żadnych skurczy przepowiadających (choć w sumie nie bardzo wiem czego się mam spodziewać) - nic takiego oczywistego, wyraźnego, co by mnie zaniepokoiło. No może częściej chodzę do kibelka, trochę szybciej się męczę, no i to spojenie łonowe mnie boli przy przekręcaniu z boku na bok w nocy, ale to tyle. Nic więcej. W każdym razie na ten tydzień planów na wywołanie porodu brak (tylko sobie w ramach relaxu po melisce na rozluźnienie na noc strzelamy), ale już w następnym się będzie działo hehe Po pierwsze sex (pierwszy po 8 miesiącach, czuje się jak dziewica), po drugie minimum dwa naprawdę dłłłłłłłłlugie spacery dziennie, po trzecie herbarka z liści malin, po czwarte pikantne jedzenie, po piąte dwie śliwki dziennie;) Nie chce mieć wyoływanego porodu oksytocyną, nie chce też mieć cc w 41 lub 42 tyg ciaży, bo nic się samo nie rusza. Chce ten temat mieć za sobą w 40 tyg ciąży. Tak to sobie umyśliłam hehe Udaję sama przed sobą, że kontroluje sytuację;)
W międzyczasie obmyśliłam też plan (posiłkując się oczywiście literaturą) na ogarnięcie laktacji i harmonogramu dnia młodej. Czuje się z nim psychicznie lepiej, choć wiem, że i tak pewnie nie zda on egzaminu w życiu codziennym;) Do tego wszystko już sobie poprałam, wyparzyłam, łóżczko pościeliłam, poukładałam potrzebne akcesoria na półkę itp. Ćwiczę też ubieranie młodej i zakładanie jej pieluchy na miśkach... Nie wiem dlaczego to wszystko mnie tak przeraża, powoduje, że myślę, że bez tych wszystkich ćwiczeń nie dałabym sobie rady. Pięć lat temu jak brałam psa, to się niczym nie przejowałam i wszystko odbyło się na spontanie. Najpierw go wzięłam, potem zaczęłam kupować akcesoria, nie przejmowałam się brakiem doświadczenia (nigdy wczesniej nie miałam psa), czy umiejętności wychowawczych... I co? I przeżył, z głodu nie umarł, jest w miarę grzeczny, słucha się, nie ma problemu z załatwianiem się na dworze itp. Więc dlaczego teraz tak świruje??? Hormony? Starość? Szajba? Perfekcjonizm?
Co do mojego strachu przed porodem - przeanalizowałam swoje podejscie i doszłam do wniosku, że oprócz oczywistego czyli bólu boję się tak naprawdę braku kontroli nad sytuacją oraz konieczności powieżenia swojego i młodej życia/zdrowia w obce ręce. I tu tkwi chyba problem. No i tego to już chyba niczym nie przeskocze.
Miał być krótki wpis, a się znowu rozpisałam. Wniosek jest jeden - mam za dużo czasu na myślenie, za dużo cuduje, analizuje, wymyślam plany;) Nie ma jak to Ł., który stwierdził, ze zacznie się stresować jak już będzie jechał na porodówkę. Wcześniej to bez sensu. A dać radę sobie damy ze wszystkim, bo będziemy razem. No i jak ja z takim gościem mam siać swoją panikę, uprawiać czarnowidztwo i dramatyzować;) Normalnie jestem bez szans ;D

20 września 2018, 14:22

39 tc (38+1), do terminu porodu zostało 13 dni...
No i sprawa się rypła... Byłam dzisiaj na ktg i wizycie u gina na nfz. Do teraz nie mogę wyjść z szoku mimo, że minęły już ponad 4 godz;) Na ktg widoczne skurcze, po badaniu Pani ginekolog (mój Jasiek jest na urlopie w tym tyg) stwierdziła, że połowę porodu już mam za sobą...! Zaczęła mówić coś tam o miękkiej szyjce, stawiającej lub niestawiającej się macicy i coś tam jeszcze, ale to już do mnie nie docierało;) Niby ten poród właściwy może zacząć się już dzisiaj np. w nocy, ale może i za dwa, trzy dni, albo tydzień. Nie wiadomo. W każdym razie nawet nie pamiętam momentu zejścia z fotela i ubierania się. No na takie wieści to ja przygotowana nie byłam:) Teraz pomału dochodzę do siebie, strzeliłam już jedną meliskę, zaraz strzelę drugą;) O 15.00 mam te nauki przedporodowe na nfz więc dorwę położną i z nią jeszcze temat obgadam. Chce się konkretnie dowiedzieć co znaczy to sformowanie dot. tej połowy porodu za mną.
Przeraża mnie też jeszcze jedna rzecz - młoda na ostatnej wizycie (12.09) ważyła 2880g. Jak się teraz urodzi to biorąc pod uwagę 400g (niektórzy ginekologowie podają nawet 500g) granicy błędu pomiaru to ona może nie dobić nawet do 2,5kg. Będzie maleństwem, jak na standard mojej i Ł rodziny (ja ważyłam 3800, mój brat prawie 4500, Ł - 3400 i jego siostra też jakoś tak). Oczywiście zdaję sobie sprawę, że może to iśc w drugą stronę i młoda przekroczy 3kg (oby!), ale ciągle mam w głowie ten młodszy o 2 tyg brzuszek... Nie dość, że może być malusia to jeszcze te dwa tyg w tył:/ Tak wiem, dramatyzuje, sieje czarnowidztwo i pesimizm, ale męczy mnie to. Ciąle sobie powtarzam, że córeczka tej mojej koleżanki z pracy urodziła się w 28 tyg, ważyła tylko 900g i wszystko jest z nią już ok. I z młodą też będzie ok. MUSI.
C.D.N., bo odwrotu już nie ma;)

ps. Wczorajsze wyjście ze znajomymi nam się naprawdę udało... Tego było mi trzeba... Teraz się śmiejemy, że cała nasza ekipa uczestniczyła w porodzie młodej hehe

24 września 2018, 12:30

39 tc (38+5), 9dni do terminu porodu
Nadal w dwupaku:) żadnych sygnałów, objawów itp. Dwa razy dziennie strzelam sobie meliskę, książki przeczytałam, wszystko już poogarniałam, cały czas coś tam jeszcze dłubie, ale jesteśmy myślę w 98% przygotowani. Uspokoiłam się trochę (placebo meliskowe hehe), wyluzowałam i czuję minimalne podekscytowanie:) Chyba powoli chce żeby już się zaczęło:) Jutro jedziemy do tego mojego gina prywatnego, a w czwartek mam gina i ktg na NFZ. Zobaczymy czy coś się rusza z tematem czy wprowadzamy nasz plan z wywoływaniem porodu hehe
‹‹ 3 4 5 6 7 ››
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego

Projekt OvuFriend: "Opracowanie nowych w skali światowej rozwiązań w obszarze uczenia maszynowego wspierających w planowaniu rodziny i pokonywaniu problemu niepłodności" współfinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Inteligentny Rozwój 2014-2020.

UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do OvuFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)