Pamiętniki ENJOY THE JOURNEY
Dodaj do ulubionych
1 2

1 grudnia 2020, 11:05

Ten pierwszego grudnia.

12dc

Ostatni miesiąc tego jakże wyjątkowego roku. Przynajmniej jak ktoś zapyta za x lat, co robiłam w dwudziestym - będę pamiętać, bo jakby ktoś zapytał o taki 2015... yyyy have no idea.
Moje podejście od poprzedniego postu się nie zmieniło, może za wyjątkiem tego, że zależy mi jeszcze trochę mniej. To nie jest tak, że przestałam chcieć zostać matką, ale zdecydowanie zeszło to na inny plan, nie na dalszy, ale na inny. Patrzę na siebie jak na osobę doświadczającą życia, zrozumiałam, że zajścia w ciążę nie powinnam traktować jako cel do osiągniecia, ale jako doświadczenie, które przyjdzie w odpowiednim czasie. Ciągle mam w głowie myśl, że nie chce zapraszać dziecka do życia, które mnie samej nie zadawala. Przez chwile to pragnienie zasłoniło mi moje cele życiowe, to gdzie ja tak właściwie chce iść. Myślę, że to jest problem wielu przyszłych matek, że traktują dziecko jako swoją własność, swój najważniejszy życiowy projekt. Że jak już zostaną matkami, to ich życie zacznie się na prawdę (co za bullshit). A przecież prawda jest taka, że wydajemy tego człowieka na świat, żeby był niezależny, żeby miał szansę doświadczyć życia, taką sama szansę, jaką mieliśmy my. Więc w wieku 18 lat gdy będzie chciał pójść swoimi ścieżkami, ja nie będę miała dziury w sercu, jakby ktoś mi zabrał coś mojego.
Tak wiem, ta rozkmina jest za gruba jak na kogoś, kto nigdy matką nie był, ale tak myślę na ten moment.
Ten rok pokazał mi, że trudności, które spotykają nas w życiu, nie spotykają nas bez powodu. Jestem przekonana o tym, że każdy z nas to zrozumie, prędzej czy później.
"Jeśli nie jest dobrze, to znaczy, że jeszcze się układa"

Chciałabym, żeby ten spokój pozostał ze mną na długo. Nie wiem ile jeszcze przyjdzie mi czekać na pierworodną/go, ale ten spokój będę pielęgnować.

Wracając w bardziej przyziemne klimaty, w tym cyklu miałam zacząć stymulacje, jednak nie zaczęłam. Różne były powody, większe i mniejsze, ale najważniejszy to ten, że tego po prostu nie czułam. I znów mam wrażenie, że tak po prostu miało być - nie teraz.
Dziś zaczynam nowy produkt z inozytolem - Fertistim. Wypiłam dwa opakowania Nangi, nabrałam apetytu na to cudo.
Kupiłam też Staremu wersję dla mężczyzn, bo dawno nic nie przyjmował i mi jeszcze świecić przestanie :P
To chyba tyle.

Jeżeli to czytasz, to życzę Ci właśnie tego odpuszczenia. Jesteś kompletna taka jaka jesteś, dziecko to owoc miłości, a nie dokompletowanie Twojej samooceny. Pamiętaj to, kiedy następnym razem będziesz w rozpaczy szlochać, że znów biały test. Zadaj sobie wtedy pytanie czy jesteś szczęśliwa? Czy nie właśnie do szczęścia chcesz dziecko zapraszać? Czy to nie SZCZĘŚCIE chcesz mu pokazać? Otrzyj łzy, zacznij żyć teraz, a nie "jak już zajdę". Serio. bo przegapisz całe życie czekając.

9 grudnia 2020, 12:47

Ten ze wspomnieniem z dzieciństwa
20 dc

Nie wiem czy już pisałam tu o mojej Wojowniczce, Bohaterce mojego życia, bo jak inaczej nazwać osobę, która walczyła z całych sił, żebym na ten świat przyszła? A w zasadzie nie ja, a moja siostra, bo to ona została tą pierworodną, but still.
9 lat walki ze samą sobą, lekarzami i mężem, który czasem wspiera, a czasem wypije za dużo.
No więc moja najukochańsza rodzicielka w niedalekiej przyszłości będzie obchodzić 18te (+ 42 lata doświadczenia) urodziny.
Z tej okazji chciałam przygotować dla niej krótki filmik z jej starymi zdjęciami i filmikami z kaset VHS.
Walka z płytami CD (na których są przegrane te VHSy) okazała się trudniejsza niż myślałam. Można powiedzieć, że wydłubałam z nich jakieś krótkie fragmenty, reszta ni cholery nie pójdzie, no trudno. Te fragmenty wystarczył, żeby mnie zabrać w magiczną podróż do przeszłości. Odnalazłam tam coś, czego nawet tam nie szukałam - Siebie.

Jestem osobą wysoce wrażliwą, to nie żadna profesjonalna diagnoza, sama się tak nazwałam. Kiedy miałam 5 lat, moja mama mnie znalazła w pokoju ryczącą nad albumem z moimi zdjęciami, kiedy byłam kluską - noworodkiem.
Mama pyta więc:
-co się dzieje?
Ja siorbiąc i oblizując gile z brody:
- to ja już nigdy nie będę taka mała?
Mama odpowiada kryjąc swój uśmiech (no bo to jedno z tych pytań dzieci, gdzie myślisz sobie WTF):
- No nie Kochanie, wszyscy dorastamy, ale dalej jesteś jeszcze malutka i dużo masz przed sobą
Ja na to:
-ale nigdy nie będę już leżeć w wózku i spać łeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee

Nie wiem czy to mnie kwalifikuje do wrażliwców, ale wolę tak tłumaczyć sobie moje wylewanie łez przy muzyce w dorosłym życiu.

W tym roku jakiś wyjątkowo weszłam w świat psychologii i zrozumienia samego siebie. Zawsze zadawałam sobie dużo pytań, zawsze widziałam szerzej, ale teraz... no teraz to ja widzę tak szeroko i głęboko, że sama przecieram oczy ze zdziwienia.
To jest takie szerokie widzenie, że ciężko z kimkolwiek podjąć ten temat i nie zostać uznaną za wariatkę. Jednocześnie wiem, że jest ogrom ludzi myślących podobnie, tylko nie w zasięgu mojej ręki.

Do brzegu, czytałam kiedyś o tym, że warto wrócić do wspomnień z przeszłości, odnaleźć tego małego siebie na zdjęciach czy filmach i zatrzymać się na chwilę. No to ja przy okazji tych filmów VHS zorganizowałam sobie małe spotkanko ze samą sobą.

To, że ryczałam jak bóbr, to jest jasne, ale już nie dlatego, że "łeeee już nigdy nie będę mała łeeeeeee", ale poczułam, jaka ja byłam okropna dla tej małej dziewczynki. Ile ja przez te 29 lat jej wypominałam, ile krytyki musiała się nasłuchać.
Zrobiło mi się jej po ludzku szkoda, jej czyli właściwie samej siebie.
Przytuliłam się, przeprosiłam ją za to i opowiedziałam jej wszystko z czego może być dumna.
Kiedy tak patrzyłam na te jej zagubione oczka, bo należy zaznaczyć, że byłam typowym dzieckiem outsiderem, dość dziwnym, jednak uroczym, uśmiechniętym kiedy trzeba, ale tak bardzo widać, że tam w tej głowie dzieje się kosmos!
Opowiedziałam jej więc wszystko, o tym, do czego doszła do tej pory, co osiągnęła, w jakim miejscu w życiu jest, jakie ma wartości. No i przyznam, że strumień leż leciał jeszcze bardziej.
Ja nawet nie wiem jak to opisać, a z reguły nie mam problemu z pisaniem, to było jak chrzest, jak odrodzenie.
Poczułam taką miłość do tej małej dziewczynki, jaką chciałabym poczuć kiedyś do swojego dziecka, tak przynajmniej sobie to wyobrażam. I uświadomienie sobie, że ta mała dziewczynka to ja, że ona tam w środku mnie jest, było najpiękniejszym doświadczeniem ostatnich lat, jak nie całego mojego życia.

Pokochałam siebie.

Dlaczego to tu piszę? Bo chce każdą osobę, która to czyta, zachęcić do takiego powrotu w przeszłość i spotkania ze samym sobą. Może to być stare wideo, może to być zdjęcie, po prostu złap kontakt z tą małą, niewinną osóbką, która ma wszystko przed sobą i jest też może przerażona tym, co będzie. Uspokój ją, że wszystko jest w porządku, że dajcie rade, że przetrwaliście!
Pomyśl o tej małej, bezbronnej osóbce, której tak bardzo pragniesz jako swojego dziecka, chcesz mieć to życie, którym będziesz się opiekować i kochać. Uświadom sobie, że jedną taką osóbkę już masz, że Ty jesteś tym małym życiem, które potrzebuje miłości i akceptacji. Miej to w głowie, kiedy następnym razem powiesz "do niczego się nie nadaje".

Proszę Cię, pokochaj siebie.


Edit. A żeby nie było tak zupełnie nie o staraniach, to.... nie ma owulki! Moje Ciało bardzo lubi testować moją miłość do niego. Temperatura w Bożenie niedługo spadnie poniżej zera, ah ta zimna su*a, a jak widzi Starego to płonie. Kto to zrozumie? Niemniej, jestem oazą spokoju, liściem falującym na tafli jeziora. Trzymam się w tej miłości, samoakceptacji i zaufaniu do samej siebie mocno, ale kto wie, kiedy żyłka cierpliwości pęknie, wiecie, ta co tak lubi ryzykownie pulsować na czole.




Wiadomość wyedytowana przez autora 9 grudnia 2020, 16:46

10 grudnia 2020, 09:56

Ten, w którym w podskokach sprawdzam jak bardzo spadło mi TSH po żarciu magicznej pigułki.
21dc

Wyniki badań 10.12.2020
TSH 3,42 uUI/mL (0,55 - 4,78 ) było 3,70 (24.09.2020)
T4 16,6 pmol/L (9,6 - 23) było 14,0 (24.09.2020)

Czyli po c*uju spadło. 🥴
Wizyta u endo za tydzień, ale chyba już sobie zwiększę dawkę.
Brałam 25mg L-thyroxin, mam zamiar brać 50g.

Kurtyna.

16 grudnia 2020, 14:54

Ten z luźną miednicą
27 dc

Ostatnio pobolewała mnie rwa kulszowa, no bo troszkę mi się fizycznej pracy dostało, z trybu siedzenia przed kompem, przeszłam na tryb stania, chodzenia, i ruszania rękami (to co robiłam pozostawiam Waszej wyobraźni :D) no i masz babo placek. Tak bolało cholerstwo, że spać nie mogłam. Nie pomagała nawet moja kochanka Joga.
Poszłam więc wczoraj znów do mojej OsteoPsychopatki (nazwa stworzona na własne potrzeby, kobieta cud).
Pech chciał, że cały cholerny stres kumuluje mi się na dnie miednicy. Ja na prawdę staram się relaksować, pracować nad emocjami, ale jak widać ciągle to jest za mało w walce z moim stresogennym ego. Co ja mogę więcej powiedzieć, po 1 godzinie w innej czasoprzestrzeni jestem jak nowo narodzona. Teraz to dopiero czuje luz w dupie. Dosłownie ^^
Polecam każdemu zadbać o swoją miednice czy u fizjoterapeuty czy u osteopaty.

Ta moja osteopsychopatka, to taka wiariatka i samozwańcza guru ciąż (długa historia). Byłam u niej około miesiąc temu, pyta zatem czy jestem w ciąży? Mówię, że hell no, że to nie ten moment jeszcze. Ona mówi HMM, pokazuj mi tą dupę! No i jak się okazało, że jestem pospiana już nie jak spinacz, a jak zszywacz biurowy, to mówi: no to już wiem dlaczego nie jesteś.

Najciekawsze jest to, że ona ma w dupie to, że moje cykle są nieregularne, że owulacja raz jest, raz nie ma. Dla niej najistotniejsze jest to, że mam spiętą dupę i tam dziecko się nie zagnieździ. Twierdzi, że teraz czasy są ciężkie i temu dziecku trzeba na prawdę przygotować pachnącą fiołkami i zlajtowaną macicę na domek. Na koniec stwierdziła, że faktycznie jeszcze to nie był moment, że ostatnio nie miałyśmy szans wszystkiego odblokować.

No i super, na prawdę ja wychodzę stamtąd lekka jak piórko, spokojna i szczęśliwa. Jeżeli to jakaś czarna magia, to ja przepraszam, ale LUBIE TO.

No, a dzisiaj mam sraczkę. Widzicie jaki ten los bywa przewrotny.
Będzie dobrze :)


update: USG tarczycy - wszystko w porządku.

12 stycznia, 17:04

Ten, w którym to nie o mnie.

Gdzieś w okolicy października, kiedy to mój wykres wyglądał obiecująco, ale testy były białe, wyliczyłam sobie kiedy ten mały skórnik by przyszedł na świat, gdyby się udało. Czerwiec 2021- miesiąc moich urodzin, no przecież najpiękniejszy prezent na te 30ste.
Okazało się jednak, że to kolejny z moich turbo długich cykli. Początkowo poczułam zawód nad moją przecież nieomylną intuicją, która tak silne znaki dawała chyba pierwszy raz. Gówno prawda, niedługo po tym poczułam, że tak właśnie miało być, że to przecież nie ten moment. Ciężko się ze samą sobą dogadać.
W tym samym miesiącu dostałam najcudowniejszą wiadomość tego pojebanego 2020 roku - moja siostra jest w ciąży! Serce mi urosło, jednakowo poczułam ogromną ulgę, że nie musi przechodzić przez te okropne starania, które tak ciężko przyjąć z godnością. Poczułam też ulgę, bo wreszcie moi rodzice doczekają się wnuka. Cały ciężar starań jakby zniknął, odwróciło to kompletnie moją uwagę od samej siebie. Przecież jest to nowe życie, jest! Przecież to też moja krew.
Pokochałam tego kropka w trybie natychmiastowym. 6 tydzień, serduszko bije jak dzwon... Termin porodu - czerwiec 2021. To ten kropek, którego czuła moja intuicja, to właśnie on, tylko nie u mnie, u mojej siostry! Nie czułam żalu, czułam czyste szczęście, szczęście na które czekałam od dawana, takie szczęście, że budząc się rano z uśmiechem szczypiesz się w tyłek, by upewnić się, że to nie jest tylko piękny sen.
Obarczona mroczną wiedzą z tego forum, drżałam każdego dnia o Nią i jej maleństwo. Jednocześnie ciesząc się, że ona jest tego wszystkiego nieświadoma, choć radość z tej ciąży sobie dozowała. Nie mówiła nikomu, czekała cierpliwie na badania genetyczne I trymestru, by upewnić się, że wszystko jest w porządku.
Do czasu tych badań - wszystko super, serce bije jak dzwon, mały kropek macha do mamy na usg. Siostra czuje się wyśmienicie i już nawet nasz dość konserwatywny Padre, zaakceptował nowego członka rodziny, który pojawi się przed ślubem.

Pierwsze USG genetyczne - wszystko wygląda w jak najlepszym porządku. Siostra decyduje się na test pappa, dla pewności.
I tu kończy się ta cukierkowa historia. Wyniki testu bardzo złe, wysokie ryzyka chorób genetycznych. Lekarz skierował ją do innego specjalisty. Tam pani doktor już na swoim dokładnym sprzęcie widzi wszystkie nieprawidłowości. Łożysko cienkie, mało wód płodowych, główka za duża w porównaniu do tułowia. Serduszko bije - Chłopiec. Pani doktor nie daje nadziei - "To się źle skończy, niestety". Skierowanie na amniopunkcję.

Świat mi się zawalił, przecież to nie tak miało być, przecież miało być dobrze. Nie odpuszczałam wiary i nadziei, przewertowałam cały internet, tyle przypadków cudownie narodzonych zdrowych dzieci. Tak właśnie będzie!
Z tyłu głowy jednak był lęk i strach i ogromny smutek, dlaczego moja kochana siostra musi przeżywać taki stres podczas pięknego stanu błogosławionego. Dlaczego ona?
To było w czasie Świąt, trzeba było udawać normalne życie, kiedy w głowie były same pytania bez odpowiedzi. Chyba każda Kobieta czekająca na to badanie, a później na wyniki przechodzi piekło, a wraz z nią jej bliscy.
Badanie było trudne, nie dało się pobrać odpowiedniej ilości materiału, ciężko było się wkłuć. Ostatecznie została wykonana biopsja kosmówki.
Wyniki przyszły wczoraj.
Zespół Edwardsa, trisomia 18. Macica nie rozciąga się, dziecko jest ściśnięte. To cud, że jeszcze walczy.
Jutro wizyta u genetyka, jednak nadzieja odeszła w zapomnienie.

Czuje taki zawód tym światem, czuje żal, niesprawiedliwość.
Staram się zaakceptować to, co się dzieje, wyciągnąć z tego ile się da, przecież to jest już mój mały siostrzeniec, który po prostu nie chciał lub jego misją nie było przyjście na Świat. Co on nam chce przez to powiedzieć? Czego nauczyć?
I czuje się winna, kiedy myślę, żeby już się to skończyło, żeby sam odszedł, żeby miała szansę na kolejną, zdrową ciąże. Wiem, że Siostra nie zdecyduje się na terminację, a dalsza ciąża to tylko cierpienie dla niej i dla niego i traumatyczny poród. Jakby już ta sytuacja nie była cholernie ciężka.
Mimo wszystko widzę, że jest bardzo silna. Nigdy nie poznałam jej od tej strony, zawsze myślałam, że jest słabsza ode mnie, a teraz widzę, że to ja powinnam się uczyć siły od niej.
Co mam więcej napisać, serce mi pękło na pół. Łącze się w bólu ze wszystkimi, którzy przechodzili przez stratę swojego dziecka, czy dziecka swoich bliskich.

Wiem, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze usłyszymy niejeden śmiech dziecka, ale nigdy nie usłyszymy Jego.
Nawet Cię nie poznałam, ale już za Tobą tęsknie Robaczku.

Życie już nie będzie takie samo.

Dlaczego? Odpowiedzi brak, przyczyn może być wiele, w jej przypadku odpada wiek, bo ma dopiero 31 lat, nie pije, nie pali, brak wad genetycznych w rodzinie. Być może błąd matrixa, być może taki los był jej pisany i przez taką naukę musi przejść. Ciężko przyjąć na klatę taki ból i poczucie niesprawiedliwości i kroczyć z podniesioną głowa dalej przez życie. Wiele łez musi upłynąć.

Ja sama muszę ochłonąć zanim wrócę do starań.


13 stycznia, 14:28

Ten, w którym jestem wdzięczna za Was

Dziewczyny, nawet nie wiecie jak silną energię wysłałyście mi wczoraj. Poczułam ją autentycznie głęboko w sercu. Uniosłyście moją zranioną duszę na wyżyny. Moja siostra również, opowiedziałam jej o Was, o tych różnych, czasem bardzo ciężkich historiach, jakimi tu się dzielicie. Zarówno o happy endach, jak i o tych zranionych sercach matek.
Jestem ogromnie wdzięczna za to, że ponad rok temu tu trafiłam, wtedy nie miałam pojęcia co mnie czeka, jaką drogę będę musiała przejść do dnia dzisiejszego. Wsparcie jakie sobie okazujemy tu nawzajem czuć chyba najbardziej w obliczu takich tragedii.
DZIĘKUJĘ.
Dziękuje moim Wojowniczkom Bożenkom, które bez względu na to w jakim są miejscu w życiu, zawsze potrafią podnieść na duchu, wesprzeć ciepłym słowem, opierdolić - kiedy trzeba. Dziękuje tym, które nie pozwolą mi się poddać! Babki, bądźcie na zawsze! Każda jedna wyjątkowa i wspaniała.
Dziękuje Staraczkom z Francji, dzięki którym czuje się mniej samotna na tej obcej Ziemi. Za to, że tak sobie kibicujemy będąc jednocześnie obcymi dla siebie ludźmi rozbitymi po całym terenie akurat tego samego kraju. Evil, której historia jest tak mocnym dowodem na to, że piękne jeszcze przed nami. Głęboko w to wierzę.
Dziękuje każdej jednej z Was, która tu jest, była, przeżyła, przecierpiała.
Każda z nas ma inna drogę do przejścia, inny szlak do przetarcia. Każde Nasze cierpienie jest tak samo ważne, każde jest niesprawiedliwe. Takie jest życie, a my jesteśmy SIŁĄ, która przez to życie brnie w zaparte.
Kocham Was i trzymam kciuki za Wasze Dobro, Ciepło, Szczęście i Spokój.

Potrzebowałam to wszystko wyrzucić, dzięki temu jestem silniejsza. Mam nadzieję, że choć troszkę i ja Wam pomogłam, że czasem to Wy poczułyście lub poczujecie ciepło wysłane ode mnie, bo wysyłam je nieustannie i głęboko wierzę w to, że odnajdziecie szczęście czy to w macierzyństwie, czy gdzieś zupełnie indziej.

Moja siostra już jest po wizycie u genetyka. Wszystko już jest jasne. Jutro wizyta u ginekologa i być może ostatni podgląd małego, nie wiemy w jakim jest stanie na ten etap. Lekarz dał dwie opcje, albo czekanie na samoistne obumarcie, albo wywołanie porodu. Decyzja należy do niej i wie, że ma moje wsparcie w obu wariantach. Ona i jej partner wiedzą, co dla nich najlepsze i wiem, że podejmą najlepszą dla nich decyzję.
Siostra już myśli o kolejnej ciąży, w czym też będę ją wspierać, jeżeli tak właśnie czuje.

Trzymajcie się zdrowo! I jeszcze raz Dziękuję.
1 2
Fundusze Europejskie: Inteligentny Rozwój Narodowe Centrum Badań i Rozwoju Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego